logo
 
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji

Autor Wątek: Równoległe wszechświaty, matrix i superinteligencja Rozmowa z Michio Kaku.  (Przeczytany 4936 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Michał-Anioł

  • między niebem a piekłem
  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1338
  • Płeć: Mężczyzna
  • Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym
    • Zobacz profil
    • Imaginarium
Rozmowa z Michio Kaku. Choć uważany jest za jednego z najbardziej medialnych fizyków i nie wszyscy się z nim zgadzają, ma przynajmniej jedną zaletę – w sposób przystępny i zrozumiały mówi o kwantowych teoriach, 11 wymiarach, martwych kosmosach, hiperprzestrzeni, równoległych i urojonych rzeczywistościach i mrówkach, które nigdy nie zrozumieją czym jest autostrada przebiegająca koło ich kopca. Czy to jeszcze nauka czy już fantastyka? Jakkolwiek by nie było, jest ciekawie.

- Co obecnie najbardziej pana zajmuje?

- Kilka spraw. Osobiście pracuję nad czymś, co nazywa się teorią superstrun lub „teorią M”. Jej celem jest odnalezienie równania, być może wcale nie tak długiego, które pozwoli nam, jak mawiał Einstein, „odczytać umysł Boga”.

Innymi słowy, chcemy stworzyć jednolitą teorię, która da nam eleganckie przedstawienie sił, które rządzą kosmosem. Dziś, po dwóch tysiącach lat deliberacji nad naturą materii fizycy dochodzą do wniosku, że odpowiadają za to cztery główne siły.

Niektórzy fizycy spekulowali, że istnieje i piąta siła, która może mieć charakter nieco paranormalny lub nadprzyrodzony, jednakże jak do tej pory nie odnaleziono dowodów na jej istnienie.

Za każdym razem, gdy udało się poznać jedną z tych sił znacznie zmieniało się oblicze ludzkości. Kiedy Newton odkrył prawo grawitacji stworzył też i mechanikę, która pociągnęła za sobą odkrycie silnika parowego a ostatecznie rewolucję przemysłową, która była jednym z najważniejszych procesów w dziejach człowieka.

Druga z wielkich sił to siła elektromagnetyczna, która przyniosła nam oświetlenie, Internet, komputery, tranzystory, lasery, mikrofale, promienie rentgenowskie i wiele więcej. W latach 60-tych XIX wieku James Clerk Maxwell, szkocki fizyk, spisał swe równania, które pozwoliły na rozkwit ery elektryczności i informacji, które radykalnie zmieniły historię człowieka. Może trudno w to uwierzyć, ale równania Newtona czy Einsteina mimo swej przełomowości były bardzo krótkie.

Zatem opanowanie dwóch kluczowych sił pozwoliło na wystąpienie dwóch ważnych z punktu naszej cywilizacji rewolucji. Jednak ostatnie dwie siły to nuklearne oddziaływanie silne i słabe, które pozwoliły nam już na poznanie sekretu gwiazd i być może gdzieś w dalekiej przyszłości ludzkość będzie ostatecznie w stanie wykorzystać energię nie tylko gwiazdy, ale i stworzyć na Ziemi odpowiednie reaktory, które będą opierać się na powszechnie dostępnych paliwach i równocześnie nie będą produkować radioaktywnych odpadów.

Mówiąc zatem krótko, odkrycie każdej z tych sił powodowało rozpoczęcie nowej epoki w dziejach ludzkości, jednakże dziś fizyka staje przed najcięższym zadaniem, którym jest unifikacja wszystkich czterech sił w jedną teorię. Pierwsza z nich, grawitacja, reprezentowana jest przez ogólną teorię względności Einsteina, która daje nam Wielki Wybuch, czarne dziury i rozszerzający się wszechświat.

Druga z teorii, teoria kwantowa, mówi o czymś innym. Pozwala ona nam na unifikację siły elektromagnetycznej oraz oddziaływania silnego i słabego. Opiera się ona na niewielkich porcjach energii nazywanych kwantami oraz o prawdopodobieństwa w przeciwieństwie do pewników wynikających z równań Einsteina. Zatem owe dwie teorie podsumowują nam cała wiedzę o fizycznym wszechświecie. Każde inne równanie go opisujące wywodzi się ostatecznie z tych dwóch teorii. Problem polega jednak na tym, że są one radykalnie odmienne. Opierają się bowiem o różne założenia i zasady oraz wyliczenia. Praca fizyków polega na połączeniu obydwóch w jedną spójną teorię, jednak czas pokazał, że nie byli tego w stanie zrobić nawet giganci XX wieku.

Dla przykładu, Niels Bohr, jeden z twórców fizyki atomowej oraz teorii kwantowej, podchodził bardzo sceptycznie do prób stworzenia jednolitej teorii pola. Pewnego dnia noblista Wolfgang Pauli prowadził na ten temat wykład i, jak mówi anegdota, Bohr przebywający na tyłach sali wstał i powiedział: „Panie Pauli, tutaj z tyłu zgadzamy się co do tego, że pana teoria jest szalona. Dzieli nas tylko to, czy jest dostatecznie szalona.” Dziś zdajemy sobie sprawę, że jednolita teoria pola musi być dziwaczna, fantastyczna, niezwykła, prowokująca i szalona, ponieważ wszelkie zdrowe alternatywy zostały zbadane i odrzucone.

Dziś mamy również teorię strun, która opiera się na założeniach, że cząsteczki subatomowe, jakie obserwujemy w naturze są niczym innym jak nutami zawieszonymi na cieniutkiej wibrującej strunie. Jeśli ją poruszyć, wówczas elektron przekształca się w neutrino a jeśli zrobić to raz jeszcze, wibrująca struna przekształci go w foton lub grawiton. Jeśli jednak szarpniemy struną dostatecznie mocno i często, będzie ona dawać nam kolejne cząsteczki.

Dlatego też niekoniecznie musimy mieć do czynienia w przyrodzie z tysiącami cząsteczek subatomowych, których wyczekujemy w wielkich akceleratorach. Musimy po prostu znaleźć sposób ich tworzenia dzięki odpowiedniej „wibracji”. Gdy owe struny zderzają się, formują się atomy i jądra. W pewnym sensie melodie, jakie można zapisać na danej strunie odpowiadają prawom chemii, zaś fizyka zredukowana jest do praw harmonii, jakie możemy tam umieścić. Wszechświat jest zatem symfonią strun. Czy to jest ów umysł Boga, o którym pisał Einstein? Zgodnie z tym obrazem jest on muzyką pobrzmiewającą w dziesięcio- lub jedenastowymiarowej hiperprzestrzeni. Oczywiście pojawia się tutaj pytanie, czy jeśli istnieje symfonia, to gdzieś znajduje się jej kompozytor? To jednak zupełnie inna kwestia…

- Co myśli pan o poglądach Sir Martina Reesa dotyczących ryzyka, jakie niesie ze sobą stworzenie na Ziemi czarnych dziur?

- Nie czytałem jego książki na ten temat, ale pan Rees odnosi się zapewne do wielu prasowych relacji, w których wyrażano obawy o to, że Ziemia może zostać pochłonięta przez czarną dziurę, którą wytworzą naukowcy. Wszystko zaczęło się od listu skierowanego do redaktora magazynu Scientific American, w którym pytano go, czy akcelerator cząsteczek w Brookhaven może stworzyć taką niszczycielską czarną dziurę. Wkrótce informacja o tym rozeszła się po świecie i żyje do dziś [echa pobrzmiewają w obawach związanych z Wielkim Zderzaczem Hadronów-przyp.INFRA] sprawiając, że fizyków zasypuje się pytaniami na temat dramatycznej przyszłości, jaką możemy sobie zgotować.

W swych pracach pan Rees mówi jednak też o multiwszechświecie, co jest również tematem mojej pracy pt. „Parallel Worlds” („Światy równoległe”). Nie wszyscy fizycy wierzą już w istnienie wszechświata. Być może istnieje multiwszechświat, który przypomina wrzącą wodę. Kiedy ta gotuje się, formują się bąbelki, które gwałtownie się rozszerzają. Jeśli wszechświat jest taką bańką wśród gotującej się wody, to zjawisko znane nam jako Wielki Wybuch może zachodzić bezustannie.

Idea multiwszechświata zgodna jest z teorią superstrun w tym względzie, że teoria ta ma miliony rozwiązań, z których każde wydaje się odpowiednie, zatem w pewnym sensie tonie ona w swym bogactwie. Zamiast przewidywania unikalnego wszechświata rysuje ona nam wizję, gdzie jest on tylko jednym z całej grupy podobnych.

Może to również pomóc nam w odpowiedzi na pytania, jakie stawia koncepcja zasady antropicznej. Nasz wszechświat zdawał się bowiem wiedzieć, że nadchodzimy. Warunki niezbędne do powstania życia wydają się być bardzo restrykcyjne – organizmy żywe i świadome mogą istnieć jedynie w wąskim zakresie fizycznych parametrów. Dla przykładu, jeśli protony nie byłyby stałe, całe wszechświat zapadłby się w bezużyteczną masę elektronów i neutrin. Jeśli zaś protony miałyby nieco inną masę to rozkładałyby się a wraz z nimi wszystkie nasze molekuły DNA.

W rzeczywistości jednak zdarzyło się wiele zbiegów okoliczności, bardzo szczęśliwych w swej naturze, które sprawiły, że na Ziemi wystąpiło życie. Ono samo, a w szczególności świadomość, wydają się być szczególnie wrażliwe. Wszystko zależy od stabilnej materii, jak protony, które istnieją przez miliardy lat w stabilnym środowisku i tworzą molekuły, które mogą się reprodukować i dawać nowe życie. Wydaje się, że w fizyce bardzo trudno stworzyć taki rodzaj wszechświata, gdyż należy użerać się z liczbami, przepisami i parametrami, które pozwalają na pojawienie się życia.

Jednakże idea multiwszechświata wyjaśnia ten problem, ponieważ oznacza ona, że po prostu współegzystujemy z masą nieżywych wszechświatów, gdzie protony nie są stałe. W jeszcze innych wszechświatach mogło dojść do Wielkiego Wybuchu, który szybko stał się Wielkim Kryzysem lub też gdzie przeszedł on w Wielki Mróz, kiedy temperatury spadły tak nisko, że życie nie miało szans.

Zatem w przypadku multiwszechświata wiele z wszechświatów może być w rzeczywistości martwych, zaś nasz w jakiś sposób może być wyszczególniony przez to, że w nim istniejemy. W filozofii judeochrześcijańskiej pojawia się idea mówiąca, że wszystko zaczęło się w jednej chwili słowami „niech stanie się światło”, jednakże w buddyzmie istnieje pogląd mówiący, że wszechświat jest bezczasowy – nie ma ani początku, ani końca, po prostu jest. Ale idea multiwszechświata pozwala nam połączyć te dwie szkoły myślenia w jedną. Mówi bowiem, że na początku rzeczywiście nie było niczego oprócz hiperprzestrzeni – dziesięcio- lub jedenastowymiarowej. Była ona jednak niestabilna, wskutek czego w nicości pojawiły się pewne fluktuacje. Oznacza to, że pośrodku niczego zaczęły formować się bąble, które następnie rozszerzały się dając nam wszechświat.

Pojawia się także możliwość wystąpienia wszechświatów podobnych do naszego oprócz jednej kwantowej różnicy, czyli jednego wydarzenia sprawiającego, że bieg spraw przybiera inny wymiar. Być może od innych wszechświatów różnimy się tylko nim. Wciąż jednak nie wiadomo do końca, jak ta sprawa zostanie rozwiązana. Wszystko kręci się bowiem wokół tzw. kota Schrödingera, którego sprawa wciąż pozostaje do końca niewyjaśniona. W każdej teorii kwantowej istnieje możliwość, że atomy istnieją na raz w dwóch miejscach w tym samym czasie i stanie. Erwin Schrödinger, pionier mechaniki kwantowej, zadał następujące pytanie: dajmy na to, że umieszczamy kota w pomieszczeniu, gdzie znajduje się pojemnik z trującym gazem rozbijany młotkiem, który z kolei reaguje na działanie licznika Geigera, który to z kolei znajduje się w pobliżu próbki uranu. Promieniotwórczość jest zjawiskiem kwantowym, możemy zatem obliczyć jedynie prawdopodobieństwo jej wystąpienia.

Jeśli uran ulega rozpadowi aktywuje licznik Geigera, który z kolei wprawia w ruch młotek rozbijający pojemnik z trucizną, który może zabić kota. A co jeśli nie? Czy kot jednak jest martwy, czy nadal żyje? Można wierzyć lub nie, ale fizycy muszą w tym przypadku nałożyć lub dodać do siebie falową funkcję martwego kota i taką samą kota żywego. Sprawia to, że odpowiedź na to pytanie brzmi, iż kot nie jest ani żywy ani martwy.

To z pewnością jedno z najważniejszych pytań odnośnie teorii kwantowej, gdzie porusza się kwestie znaczenia rzeczywistości. Jeśli chodzi o filozofię, to myśliciele tacy jak Berkeley uznawali, że jeśli w lesie pada drzewo i nikt tego nie słyszy, to zapewne drzewo to nadal stoi. Jednakże już newtoniści dodawali do tego fakt, że świadkiem tego zdarzenia nie musiał być człowiek. Ale całkowicie nowego biegu nadaje sprawie teoria kwantowa. Mówi ona, że nim rzuciliśmy okiem na drzewo mogło się ono znajdować w każdym możliwym stanie – mogło być nadpalone, złamane, pochylone – innymi słowy, mogło znajdować się w jednym z nieskończonej ilości stanów. Jednak dopiero gdy patrzymy na nie nagle zaczyna ono istnieć i staje się drzewem. Einstein nigdy nie lubił takiego rozumowania. Gdy ludzie pytali go o nie, odpowiadał: „Spójrzcie na Księżyc. Czy istnieje on dlatego, że patrzy na niego jakaś mysz?” Właściwie w pewnym sensie tak, bowiem według kopenhaskiej szkoły Bohra obserwacja determinuje egzystencję…

Istnieją co najmniej dwie szkoły rozwiązania tej kwestii. Pierwsza to szkoła wignerowska (której twórcą był jeden z ojców bomby atomowej i Noblista Eugene Wigner), która zakłada, że to obserwacja tworzy wszechświat. Aby to się jednak stało potrzebna jest nieskończona sekwencja obserwacji i być może istnieje „ktoś” w rodzaju „kosmicznego obserwatora”, pewnego rodzaju boga, który sprawia, że wszechświat ma miejsce. Pojawia się jednak i druga teoria nazywana dekoherencją, która mówi, że wszechświat ulega nieustannym podziałom. Możemy zatem żyć w świecie, gdzie wymieniony powyżej kot żyje i istnieje oraz taki, gdzie owego zwierzęcia już nie ma. Innymi słowy, ów drugi świat to również świat zamieszkany przez ludzi, którzy myślą, że jest on jedynym z możliwych i co ciekawe, nasz świat i tamten mogą ze sobą wzajemnie współistnieć.

Oznacza to prawdopodobieństwo, że istnieje wszechświat, w którym ktoś nigdy nie przyszedł na świat, ale wszystko wokół wydaje się takie same. Być może istnieje i taki, w którym ma się dodatkowe rodzeństwo i większą rodzinę. Wszystko to można porównać do siedzenia w pokoju i słuchania radia. Kiedy to czynimy można usłyszeć wiele częstotliwości. Wszystkie z nich znajdują się naokoło w pokoju, choć radio ustawione jest tylko na jedną. W ten sam sposób w pokoju znajduje się funkcja falowa dinozaurów, obcych czy też naszych przodków. Wszystkie współistnieją ze sobą w pokoju, jednakże tak jak w przypadku jednego kanału radiowego, odbiorca może nastawić się tylko na jeden kanał rzeczywistości i jest to kanał, w którym egzystujemy. Zatem w jakimś sensie prawdą może być to, że współistniejemy ze wszystkimi możliwymi wszechświatami, ale problemem jest to, że nie możemy się z nimi komunikować, ani do nich wejść. Mimo to uważam, że w pewnym punkcie w przyszłości może być to nasz jedyny ratunek. Wszystko wskazuje bowiem na to, że wszechświat nie zwalnia, a przyspiesza, co oznacza, że i on wejdzie kiedyś w stadium wielkiego mrozu, kiedy to zapanują tak niskie temperatury, że istnienie inteligentnego życia stanie się niemożliwe.

Kiedy umiera Wszechświat pojawia się tylko jedna możliwość przetrwania – opuszczenie go. Jedna z biologicznych praw mówi, że jeśli środowisko staje się nieprzyjazne, trzeba albo z niego uciec, albo umrzeć. Jednakże gdy sprawy osiągną krytyczny punkt, nie pojawi się możliwość przystosowania do nowych warunków. Szczególnie surowe są tu prawa termodynamiki, które mówią wprost – albo uciekamy, albo umieramy. Oznacza to oczywiście, że musimy stworzyć technologię umożliwiającą nam wejście w wielowymiarową hiperprzestrzeń. To wciąż jedynie spekulacje, jednakże teoria strun może być w pewnym sensie naszym jedynym ratunkiem.

- To sprawia, że pojawia się nam kolejne pytanie o technologie i wizje oparte na pojęciu równoległych światów.

- Technologia, którą oglądamy w filmach może odpowiadać osiągnięciom cywilizacji I lub II typu. Fizycy w kosmosie nie szukają małych ludzików w latających spodkach a charakterystycznych sposobów wykorzystywania energii przez cywilizacje mogąc zamieszkiwać kosmos. Nawet jeśli istoty inteligentne starają się ukryć swoją obecność, to drugie prawo termodynamiki sprawia, że powinniśmy być w stanie wykryć ich dzięki naszym detektorom.

Cywilizacje klasyfikować możemy na podstawie wykorzystania źródeł energii [co zaproponował radziecki uczony, Nikołaj Kardaszew-przyp.INFRA]. Typ I obejmuje cywilizację, która posiadła wszystkie możliwe formy kontroli nad zasobami energetycznymi danej planety. Chodzić może m.in. o aurę, wulkany, trzęsienia ziemi czy wykorzystywanie oceanów – innymi słowy wszystko, co oferuje dana planeta. Typ drugi zmierza jednak w kierunku gwiazdy. Cywilizacje tego typu wykorzystywać mogą słoneczne flary, mogą poruszać gwiazdami, zapalać je, modyfikować białe karły. Kolejny typ to cywilizacja galaktyczna w tym sensie, że „podbiła” ona swój cały układ słoneczny i jest w stanie wykorzystywać np. czarne dziury czy energie grup gwiazd.

Okres między jedną a drugą cywilizacją jest bardzo długi, dlatego też można wyliczyć, w którym punkcie cywilizacje zaczynają opanowywać odpowiednie technologie. Aby móc wykorzystywać tzw. dziury robacze czy równoległe wszechświaty, cywilizacja musi osiągnąć trzeci z zakładanych stadiów rozwoju, kiedy to ma ona możliwość, aby móc eksperymentować energią Plancka, która sprawia, że czasoprzestrzeń staje się niestabilna. Można pokazać to na następującym przykładzie: jeśli bylibyśmy w stanie podgrzać w kuchence mikrofalowej kawałek czasoprzestrzeni o wartość energii Plancka, w środku mogłyby uformować się pęcherzyki, z których każdy mógłby przekształcić się w mikrowszechświat.

Jedną z wizji, na jaką możemy natrafić w dziełach fantastyki naukowej jest to, że maszyny tworzą sztuczną rzeczywistość. Może to być realne u cywilizacji, które wyprzedzają nas rozwojem o setki czy tysiące lat.

Musimy sobie jednak odpowiedzieć na praktyczne pytanie: czy możliwe jest stworzenie implantów, które mogą mieć dostęp do zasobów naszej pamięci tworząc fikcyjną rzeczywistość i czy maszyny mogą stać się niebezpieczne? Pojawia się tu wizja cyborgów z neuronowymi implantami. Technologia taka nie istnieje i pewnie przez długi czas istnieć nie będzie, bowiem na obecnym etapie rozwoju jesteśmy w stanie wykonywać jedynie bądź co bądź nadal prymitywne eksperymenty z ludzkim mózgiem.

Drugie pytanie, na które zwraca nam uwagę wielu autorów wiąże się z tym, czy maszyny mogą stać się niebezpieczne. Odpowiedź brzmi: być może, jednakże na obecnym etapie rozwoju nasze roboty nie dysponują wielką inteligencją w tym sensie, że najtrudniejszymi problemami dla technologii sztucznej inteligencji jest rozpoznawanie wzorów oraz rozsądek. Pierwsza z możliwości oznacza zdolność widzenia i słyszenia oraz wyciągania wniosków z napływających bodźców. Rozsądek to z kolei zdolność do rozumienia sensu otaczającego świata. Te dwa problemy pozostają w dużej mierze nierozwiązane. Uważam, że w ciągu następnych dziesięcioleci powinniśmy być w stanie tworzyć roboty dorównujące inteligencją małym zwierzętom, jednak stąd jeszcze daleka droga do niebezpiecznych maszyn.

- Czy istnieje jakaś możliwość, że nasz wszechświat to wielka symulacja?

- Mówiąc filozoficznie, zawsze istnieje taka możliwość, że nasz świat jest jedynie snem. Jednakże nauka opiera się o powtarzalne wyniki. Kiedy idziemy spać a następnego dnia wstajemy obracamy się w tym samym wszechświecie. Wszystko jest powtarzalne. Niezależnie zatem od tego, jak byśmy chcieli unikać pewnych niemiłych sytuacji, zawsze będą one do nas powracać. Zatem rzeczywistość jest powtarzalnym eksperymentem czy też powtarzalnym odczuciem, więc z zasady nigdy nie można wykluczyć faktu, że świat może być snem, jednak faktem w tej materii jest to, że wszechświat, który istnieje jest powtarzalnym wszechświatem.

W fantastyce komputerowa symulacja działa tak, że jest powtarzalna. Za każdym razem gdy się budzimy mamy do czynienia z tą samą rzeczywistością wirtualną. Technologia taka oczywiście nie łamie praw fizyki, jednak ani teoria względności ani teoria kwantowa nie wspominają nic, aby to było niemożliwe. Mimo wszystko moc komputera niezbędnego do tworzenia wszechświata oraz technologia niezbędna to tworzenia neuronowych implantów wyrasta bardzo daleko poza nasze możliwości techniczne, stąd też jest to raczej osiągnięcie przynależne do cywilizacji I lub II rzędu.

- Czy cywilizacja I typu mogłaby poradzić sobie z tym problemem?

- Tak, bo to kwestia łamania cyfr. Na chwilę obecną naukowcy nie wiedza, jak oddziaływać na mózg i jednym z głównych problemów jest to, że mózg wcale nie działa jak komputer. Nie jest to też maszyna Turinga – czyli pudełko z wlotem, wylotem i jednostką centralną. Mózg w rzeczywistości jest maszyną do uczenia się, jest siecią neuronów. Być może wiele ludzi w to nie uwierzy, ale nie ma czegoś takiego jak system Windows zarządzający mózgiem, który jest ogromną kolekcją niezliczonej ilości neuronów. Niektóre z nich są genetycznie zaprogramowane, aby dawać nam instynkt, jednak przez większość czasu nasza kora mózgowa musi być programowana na nowo, gdy tylko stykamy się z rzeczywistością.

W konsekwencji tego nie możemy po prostu umieścić w naszym mózgu chipu, który wzmacnia możliwości pamięci czy inteligencji. Pamięć i myślenie, jak obecnie zauważamy, są rozsiane po całym mózgu. Dla przykładu możliwe jest funkcjonowanie osób, które posiadają tylko połowę mózgu.

Zatem mózg może operować ze znacznym ubytkiem swojej masy, jednak kiedy z komputera usuniemy jeden z tranzystorów, to ten padnie. Istnieje zatem spora różnica w funkcjonowaniu komputerów a sieci neuronów. Wydaje się zatem, że jeśli stworzymy bardzo zaawansowany komputer, symulacje będą nadal wyświetlane tylko na ekranie. Nie można będzie ich po prostu przenieść do ludzkiego mózgu, ponieważ brak mu systemu operacyjnego.

- Książka Raya Kurzewila pt. „Singularity is Near” przewiduje, że najprawdopodobniej w ciągu najbliższych dziesięcioleci pojawi się na Ziemi superintelignecja, która zostawi ludzkość daleko za sobą. Co pan myśli o tej idei?

- Brzmi to interesująco, jednak to tego czasu upadnie prawo Moore’a. Mówi ono, że co 18 miesięcy podwaja się moc komputerów, ale nie będzie to trwało przez wieki. Teoria kwantowa daje nam możliwość tworzenia tranzystorów, które mogą być umieszczane na coraz mniejszych krzemowych chipach. Inżynierowie z firmy Intel przyznają, że czeka ich koniec. Chodzi o to, że fizyka desperacko poszukuje rozwiązań pozwalających na położenie podwalin pod epokę pokrzemową. W grę wchodzą komputery kwantowe, optyczne, atomowe, molekularne itp. To, co zastąpi krzem zależy tylko od zasobów finansowych eksperymentatorów. Oznacza to, że nie da się przewidzieć kierunku, w którym rozwinie się sztuczna inteligencja. Niektórzy uważają, że prawo Moore’a obowiązywać będzie przez wieki, zaś ludzie zredukowani zostaną do roli zwierząt w zoo, kiedy planetą zawładną maszyny.

Może do tego ostatecznie dojść, jednak teoria kwantowa wskazuje nam na problem, z którym będziemy zmuszeni radzić sobie za 15-20 lat. Obecnie pojawiły się nowe metody ucieczki od tego problemy, jednak nieważne jakbyśmy się starali kiedyś przekroczymy magiczną granicę i zmuszeni będziemy do tworzenia rozwiązań nowej generacji, która opiera się na teorii kwantowej, atomach i molekułach.

Oczywiście nie istnieje prawo, które zaprzeczałoby możliwości stworzenia komputera, który przewyższa inteligencją człowieka. Chciałbym zwrócić jednak główną uwagę na to, że naukowcy próbują bezskutecznie odnaleźć następcę krzemu, którego jak na razie brak, co oznacza, że w ciągu najbliższych lat prawo Moore’a upadnie.

- Zatem według pana komputery kwantowe i nanokomputery nie będą jeszcze dostępne?

- Nie twierdzę, że nigdy nie powstaną. Mówię tylko, że to skomplikowana sprawa. Problem z komputerami kwantowymi polega na tym, że jakiekolwiek zanieczyszczenie, każda atomowa pomyłka, niszczą układ atomów, które potem przeradzają się w losowość. To niezwykle trudne, ponieważ wiele czynników, takich jak choćby cząsteczka powietrza, czy każde inne zakłócenie, mogą zniszczyć układ takiego komputera czyniąc go bezużytecznym. […]

Co więcej, gdyby udało się zbudować z powodzeniem komputer kwantowy, od razu przeraziłyby się tym wszystkie tajne służby i rządy, ponieważ byłby w stanie złamać każdy kod stworzony przez maszynę Turinga. Wykonywałby także rozbudowane zadania, które innym komputerom mogłyby zająć nieskończoną ilość czasu. Nie mówię jednak, że zbudowanie komputera kwantowego jest niemożliwe. Jest to po prostu piekielnie trudne.

- Czy kiedyś znajdziemy obcych?

- Osobiście uważam, że SETI [program poszukiwania inteligencji pozaziemskiej – przyp.INFRA] kieruje uwagę w złe miejsca. Dam taki przykład. Kiedy idziemy sobie polną drogą, to czy widząc mrowisko zatrzymujemy się mówiąc: „Mam dla was paciorki, wiedzę, lekarstwa, technologię jądrową, więc uczyńcie mnie królem”? A może po prostu depczemy po mrówkach nie zwracając na nie uwagi? Każda z cywilizacji, która jest w stanie dotrzeć na Ziemię to zapewne cywilizacja III typu, zaś porównanie człowieka z mrówką to bardzo dobry przykład różnic między nami a potencjalnymi gośćmi przybywającymi z tak zaawansowanej cywilizacji. Być może będą oni mieli zupełnie inne plany wobec naszej cywilizacji lub całkowicie odmienne i niezrozumiałe przesłanie.

Wyobraźmy sobie bowiem, że obok mrowiska buduje się wielką autostradę. Pojawia się tu problem, czy mrówki będą wiedzieć co to jest, do czego służy lub jak porozumiewać się pędzącymi po niej autami lub robotnikami, którzy ją budowali? Odpowiedź brzmi nie. Jedno z nasuwających się tu pytań dotyczy tego, czy nawet jeśli cywilizacja III typu istniałaby w naszej galaktyce, to czy wiedzielibyśmy o jej obecności? Jeśli zwrócić na to uwagę, to można dojść do wniosku, że istnieją spore szanse na to, że ludzkość niczym mrówki w kopcu nie będzie w stanie zrozumieć wielu jej aspektów.

Oznacza to, że nawet jeśli taka cywilizacja istnieje pod naszym nosem, możemy nie być jeszcze na tyle sprytni, aby ją odnaleźć. A gdyby druga strona zdecydowała się nagle na nawiązanie kontaktu? Niekoniecznie będzie to wysłannik do jednego z naszych liderów. Zaawansowane cywilizacje mogą wysyłać w kosmos samoreplikujące się sondy, które badają kosmos wzdłuż i wszerz – są to tzw. sondy Von Neumanna. Działa to na zasadzie podobnej ddo wirusa, który choć nieskomplikowany potrafi zawładnąć całym kompleksowym organizmem. Jak to się dzieje?

Dajmy na to, że samopowielająca się sonda ląduje na Księżycu, gdzie buduje swe własne kopie, które następnie przemieszczają się do innych systemów gwiezdnych, na inne planety i ich satelity tworząc kolejne miliony kopii. Ostatecznie wokół macierzystej planety utworzy się rozszerzająca z wielką prędkością siatka sond i być może to właśnie jest najlepszym wyjściem jeśli chodzi o kolonizację galaktyki. Oznacza to, że być może gdzieś na naszym Księżycu czeka uśpiona sonda tego typu, która czeka na nasze przejście ze stadium cywilizacji typu zerowego do pierwszego. […]

Kiedy staniemy się już cywilizacją I typu zaczniemy wyglądać atrakcyjnie. Staniemy się istotami w pełni planetarnymi, zdolnymi do przekraczania barier, które nas dzielą. Musimy czekać jeszcze wieki na to, aby życie na naszej planecie stało się rajem opartym na wiedzy i dobrobycie.

Źródło oryginalne: KurzweilAI.net
Tłumaczenie i źródło polskie: Infra
http://www.kurzweilai.net/index.html?flash=1
http://wolne.media.pl/

<a href="http://www.youtube.com/v/fVJAVET6eRE&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;&quot;&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name=&quot;allowFullScreen&quot; value=&quot;true&quot;&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name=&quot;allowscriptaccess&quot; value=&quot;always&quot;&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src=&quot;http://www.youtube.com/v/fVJAVET6eRE&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;&quot; type=&quot;application/x-shockwave-flash&quot; allowscriptaccess=&quot;always&quot; allowfullscreen=&quot;true&quot; width=&quot;640&quot; height=&quot;385&quot;&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;" target="_blank" class="new_win">http://www.youtube.com/v/fVJAVET6eRE&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;&quot;&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name=&quot;allowFullScreen&quot; value=&quot;true&quot;&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name=&quot;allowscriptaccess&quot; value=&quot;always&quot;&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src=&quot;http://www.youtube.com/v/fVJAVET6eRE&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;&quot; type=&quot;application/x-shockwave-flash&quot; allowscriptaccess=&quot;always&quot; allowfullscreen=&quot;true&quot; width=&quot;640&quot; height=&quot;385&quot;&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;</a>

<a href="http://www.youtube.com/v/rSooeXDwudI&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;&quot;&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name=&quot;allowFullScreen&quot; value=&quot;true&quot;&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name=&quot;allowscriptaccess&quot; value=&quot;always&quot;&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src=&quot;http://www.youtube.com/v/rSooeXDwudI&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;&quot; type=&quot;application/x-shockwave-flash&quot; allowscriptaccess=&quot;always&quot; allowfullscreen=&quot;true&quot; width=&quot;480&quot; height=&quot;385&quot;&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;" target="_blank" class="new_win">http://www.youtube.com/v/rSooeXDwudI&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;&quot;&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name=&quot;allowFullScreen&quot; value=&quot;true&quot;&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name=&quot;allowscriptaccess&quot; value=&quot;always&quot;&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src=&quot;http://www.youtube.com/v/rSooeXDwudI&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;&quot; type=&quot;application/x-shockwave-flash&quot; allowscriptaccess=&quot;always&quot; allowfullscreen=&quot;true&quot; width=&quot;480&quot; height=&quot;385&quot;&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;</a>
Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!
www.imaginarium.org.pl

Offline Michał-Anioł

  • między niebem a piekłem
  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1338
  • Płeć: Mężczyzna
  • Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym
    • Zobacz profil
    • Imaginarium
Odp: Równoległe wszechświaty, matrix i superinteligencja Rozmowa z Michio Kaku.
« Odpowiedź #1 dnia: Sierpień 18, 2010, 15:44:54 »
Michio Kaku przygląda się kwestii celowości istnienia człowieka we wszechświecie. Czy rzeczywiście jesteśmy jedynie ziarenkiem grochu w niepojętej strukturze, a może jest zupełnie odwrotnie, choćby jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że życie i inteligencja może zaistnieć tylko w przypadku spełnienia bardzo rygorystycznych warunków. Czy zatem celem wszechświata może być, jak uważają niektórzy, stworzenie istot zdolnych do jego obserwacji i determinujących w ten sposób jego istnienie? Czy możliwe, że skoro my, jako istoty żywe i obdarzone inteligencją, dopasowaliśmy się do wszechświata, to on dopasowuje się również do nas?
___________________
Michio Kaku, Parallel Worlds

część I

W 1863 r., Thomas H. Huxley napisał: „Najważniejsze ze wszystkich pytań dla ludzkości, które leży poza wszystkimi innymi i jest ze wszystkich najbardziej interesujące, dotyczy determinacji miejsca człowieka w naturze i jego związku z kosmosem."

Huxley był słynnym obrońcą Darwina i zażarcie bronił teorii ewolucji w konserwatywnej Anglii. Tamtejsze społeczeństwo uznawało jeszcze, że ludzkość znajduje się na szczycie drabiny stworzenia - Słońce jest nie tylko centrum wszechświata, ale to ludzkość jest szczytowym osiągnięciem w jego działaniu, bowiem miał on stworzyć nas na swoje podobieństwo.

Sprzeciwiając się tej religijnej ortodoksji, Huxley musiał bronić teorii Darwina przez zakusami religijnego establishmentu starając się dotychczas panujące teorie zastąpić naukową próbą podejścia do naszego miejsca w drzewie życia. Dziś wiemy, że wśród gigantów nauki miejsce to pomogli nam znaleźć Newton, Einstein i Darwin.

Każdy z nich zmagał się z teologicznymi i filozoficznymi implikacjami swych prac mającymi określać nasze miejsce we wszechświecie. We wnioskach swych „Principiów" Newton oświadczył, że: „Najpiękniejszy system słońca, planet i komet mógł powstać jedynie za radą i pod władzą inteligentnej i potężnej istoty." Jeśli zatem Newton odkrył prawa ruchu, musiał istnieć też nadrzędny prawodawca.
Einstein mówił o Bogu:  „W kwestii istnienia Boga zajmuję stanowisko agnostyka. Jestem przekonany, że aby uświadomić sobie zasadnicze znaczenie zasad moralnych w czynieniu naszego życia lepszym i szlachetniejszym, nie musimy odwoływać się do idei osobowego prawodawcy, zwłaszcza takiego, który karze i nagradza."

Einstein również był przekonany o istnieniu kogoś, kogo nazwał Starcem, który nie interweniuje jednak w ludzkie sprawy. Jego zadaniem było bowiem nie wychwalanie Boga, a próba „odczytania jego umysłu". Mówił: „Chciałbym się dowiedzieć, jak Bóg stworzył ten świat. Nie interesują mnie poszczególne zjawiska. Chcę znać myśli Boga. Reszta to tylko szczegóły". Einstein usprawiedliwiał swe zainteresowanie sprawami teologicznymi dochodząc do wniosku, że „nauka bez religii jest niepełna, jednak religia bez nauki jest ślepa."

Darwin nie mógł jednak zdecydować się na odpowiedź na pytanie, jaka jest rola ludzkości we wszechświecie. Mimo że uważa się go za osobę, która wytrąciła ludzkość z centralnego miejsca w biologicznym wszechświecie, w swej autobiografii pisał on o istnieniu „niezwykłej trudności albo raczej niemożności pojęcia tego ogromnego i wspaniałego wszechświata, w tym człowieka obdarzonego zdolnością spoglądania daleko w przeszłość i w przyszłość, jako wytworów zwykłego zbiegu okoliczności czy też konieczności." Jednemu ze swych przyjaciół wyznał on kiedyś: „Moja teologia to zwyczajny nieład."

Niestety, „określenie miejsca człowieka w naturze i jego relacji z kosmosem" wypełnione jest niebezpieczeństwami, szczególnie dla tych, którzy otwarcie sprzeciwiali się panującym dogmatom. Nie dziwi zatem, że Kopernik na łożu śmierci pisał swe największe dzieło będąc już poza zasięgiem Kościoła. To także z tego powodu Galileusz, chroniony przez długi czas przez swych możnych protektorów, spotkał się z wrogością Kościoła wskutek stworzenia teleskopu - narzędzia, które odsłaniało wszechświat tak bardzo niepodobny do tego, o jakim mówiło chrześcijaństwo.

Mieszanka nauki, filozofii i religii posiada dość duży potencjał, jednak o tak zmiennej wartości, że wielkiego filozofa, Giordano Bruno, spalono na stosie w roku 1600 za odmowę wyrzeczenia się swych wierzeń odnoszących się do niezliczonej liczby planet w kosmosie, które zamieszkują również niezliczone rodzaje istot żywych. Bruno pisał: „Tak wielkość Boga powiększyła się a wspaniałość jego królestwa stała się jawna. Jest on czczony nie przez jedno, ale przez niezliczone słońca, nie przez jedną Ziemię - jeden świat, ale przez ich tysiące tysięcy."

Grzechem Galileusza i Bruno było nie to, że odważyli się porwać na odwieczne prawa ustanowione przez niebiosa. Prawdziwe przewinienie wiązało się z detronizacją ludzkości z jej dotychczasowego miejsca w centrum wszechświata. Dopiero po 350 latach Watykan zdecydował się rehabilitować Galileusza. Bruno już takiego szczęścia nie miał.

Z perspektywy historycznej

Galileusz przed rzymskimi inkwizytorami. Obraz C. Bantiego.
Od czasów Galileusza nastąpiła seria rewolucji w naszym pojmowaniu wszechświata oraz tym, jaką rolę w nim odgrywamy. W wiekach średnich wszechświat uznawany był za ciemne i zakazane miejsce. Ziemia była mała płaską sceną, na której rozgrywały się spektakle przesiąknięte znamionami upadku człowieka oraz grzechem. Otaczała ją tajemnicza niebieska sfera, na której okazjonalne pojawianie się omenów w postaci komet wywoływało strach królów i ich poddanych. Jeśli zaś człowiek nie oddawałby czci Bogu w należyty sposób, mogła czekać go kara wymierzona rękoma losu lub Kościoła.

Newton i Einstein wyrwali człowieka z pęt mistycyzmu i przesądu. Pierwszy z nich przekazał nam dokładne mechaniczne prawa rządzące wszystkimi ciałami niebieskimi, w tym również naszą planetą. Einstein z kolei zrewolucjonizował nasze postrzeganie życia jako sceny. Nie tylko bowiem nie dało się zdefiniować jednej miary czasu i przestrzeni, ale sama scena była nieco zakrzywiona. Zastąpiła ją wizja gumowej maty, która wciąż się rozciąga – wszechświata.

Rewolucja kwantowa dała nam jednak jeszcze dziwaczniejszy obraz naszego świata. Z jednej strony upadek determinizmu oznaczał, że ludzie - kukiełki występujące na scenie, podcięły sznurki i zaczęły żyć same. Przywrócono wiarę w wolną wolę, jednak za cenę wiecznej niepewności. Oznaczało to w wymiarze kwantowym, że aktorzy na scenie świata mogli nie tylko przebywać w dwóch miejscach jednocześnie, ale nawet znikać i pojawiać się na powrót. Okazało się, że nie da się nawet powiedzieć, w którym miejscu dokładnie znajduje się aktor i jaki jest dokładny czas.

Dziś koncepcja multiwszechświata sprawia, że dokonuje się kolejna zmiana. Samo słowo „wszechświat" wydaje się nawet nieco przestarzałe. Wraz z multiwszechświatem pojawia się wiele równoległych scen, na których toczy się spektakl życia. Jedna znajduje się nad drugą, a wszystkie razem łączą zapadnie i ukryte przejścia. Jednak same sceny dają życie nowym scenom i nowym prawom fizyki w niekończącym się procesie bezustannego genesis. Najprawdopodobniej tylko niektóre z tych scen pozwalają, aby pojawiło się na nich życie oraz istoty świadome swojego istnienia.

Dziś ludzkość to aktorzy żyjący w czasie trwania I aktu sztuki o życiu we wszechświecie. Znajdujemy się na początku odkrywania tajemnic kosmosu. W akcie II, jeśli w międzyczasie nie zniszczymy naszej planety wskutek wojen i zanieczyszczeń, będziemy być może w stanie ją opuścić w celu badania gwiazd i innych ciał niebieskich. Z czasem uświadomimy sobie jednak, że istnieje także akt III, końcowy. W nim scena staje się tak zimna, że dalsze przebywanie na niej jest niemożliwe. Sztuka kończy się, aktorzy znikają. Jedynym możliwym rozwiązaniem staje się wówczas opuszczenie naszego miejsca przez któreś z ukrytych przejść i rozpoczęcie całego przedstawienia od nowa.

Zasada kopernikańska i antropiczna

W przechodzeniu od mistycyzmu wieków średnich do fizyki kwantowej, rozumienie naszej roli w kosmosie zmieniło się radykalnie. Świat zaczął ewoluować zmuszając nas do zmiany naszej własnej koncepcji o nas samych. Kiedy patrzy się na to z perspektywy historycznej, można spotkać się z dwoma przeciwstawnymi nastawieniami. Rozmyślając o niezliczonej ilości gwiazd we wszechświecie czy też liczbie form życia na Ziemi można dojść do wniosku, że jest się niczym wobec potęgi wszechświata. Blaise Pascal, rozmyślając nad tym problemem napisał: „Wieczne milczenie tych nieskończonych przestrzeni napawa mnie przerażeniem." Z drugiej jednak strony nie można nie fascynować się zdumiewającym zróżnicowaniem form życia i kompleksowością naszego biologicznego istnienia.

Dziś, gdy nauka zbliża nas do odpowiedzi na pytanie o naszą rolę we wszechświecie, pojawiają się dwa sprzeczne punkty widzenia reprezentowane przez fizyków: zasada kopernikańska i antropiczna.

Pierwsza z nich mówi, że w naszym położeniu w kosmosie nie ma nic nadzwyczajnego. Jak do tej pory zdawały się na to wskazywać wszystkie obserwacje astronomiczne. Kopernik wytrącił Ziemię z położenia w centrum wszechświata, zaś Hubble uczynił to samo z Droga Mleczną, zastępując wszystko wizją rozrastającego się kosmosu z miliardem galaktyk. Ostatnie odkrycia związane z ciemną materią i energią wskazują, że wyższe pierwiastki, które tworzą także nasze ciała stanowią jedynie 0.03 procenta całkowitej zawartości materii w naszym wszechświecie. Wraz z pojawieniem się teorii o inflacji kosmologicznej, musieliśmy zmierzyć się z faktem, że widzialny wszechświat jest jak ziarnko piasku osadzone w znacznie większym od niego płaskim wszechświecie, zaś ten może wciąż wydawać na świat coraz to nowe podobne mu twory. Ostatecznie, jeśli potwierdzi się teoria - M, będziemy musieli zmierzyć się z faktem, że liczbę wymiarów, do której się przyzwyczailiśmy będzie należało zwiększyć do jedenastu. Nie tylko zatem wyrzucono nas ze środka wszechświata, ale skazano nas na bycie maleńką jego cząstką.

Biorąc to pod uwagę, Stephen Crane napisał:

Człowiek powiedział do wszechświata, „Panie, ja jestem!"
„Jednakże" - odparł wszechświat, „
Ten fakt wcale nie wzbudza we mnie,
Poczucia obowiązku".

Po drugiej stronie znajduje się z kolei zasada antropiczna, która sprawia, że zdajemy sobie sprawę z tego, że istnieje cudowny zestaw zbiegów okoliczności, który sprawił, że istniejemy w trójwymiarowym wszechświecie. Istnieje bowiem nazbyt wąski zakres parametrów, który pozwala na istnienie inteligentnych form życia, a nam się jakoś to udało. Stabilność protonów, rozmiar gwiazd, istnienie wyższych pierwiastków i inne czynniki sprawiają, że wszystko wydaje się być odpowiednio dostosowane do powstania złożonych form życia i świadomości. Można spierać się oczywiście, czy jest to zamierzony akt stworzenia czy też może kolejny przypadek, jednak nie da się zaprzeczyć, że istniejemy tylko dzięki bardzo zawiłym procesom.

Stephen Hawking zauważył kiedyś: „Jeśli współczynnik ekspansji wszechświata po wielkim wybuchy byłby mniejszy choćby o jedną część na sto tysięcy milionów, wszechświat zapadłby się zanim osiągnąłby dzisiejszy rozmiar... Istnieje wiele przeszkód na drodze do tego, aby nasz świat nie wyłonił się ze zdarzenia, jakim był wielki wybuch. Myślę, że być może są tu jakieś religijne wątki."

Często nie doceniamy, jak cenne jest życie i jego świadomość. Zapominamy, że coś tak prostego, jak woda w stanie ciekłym może być najbardziej cenną substancją w kosmosie. Być może również nasz mózg jest jednym z najbardziej kompleksowych obiektów, jakie natura stworzyła w całym układzie słonecznym. Kiedy spoglądamy na jaskrawe, choć pozbawione życia pejzaże na Marsie czy Wenus, uderza nas fakt, że nic tam zupełnie nie ma. We wszechświecie to pewnie nie wyjątek. Istnieją całe światy pozbawione życia, a już na pewno znacznie więcej jest tych, na których brak inteligentnych form życia. Choćby z tego powodu powinniśmy uświadomić sobie kruchość istnienia oraz fakt, że pojawiło się ono na Ziemi.

Zasady kopernikańska i antropiczna są w pewnym sensie sprzeczne, jeśli chodzi o widzenie naszej roli w kosmosie. Pierwsza z nich nakazuje nam spojrzeć na bezkresność wszechświata, a może nawet i multiwszechświata, podczas gdy druga wskazuje nam na fakt, jak rzadkie może być występowanie form życia oraz rozwiniecie się świadomości.

Ostatecznie jednak debata między zwolennikami obu koncepcji nie jest w stanie wyjaśnić nam naszego położenia, bowiem wymaga to spojrzenia z większej perspektywy, tj. z punktu widzenia teorii kwantowej.

Znaczenie kwantowe

Świat nauki kwantowej rzuca nam wiele światła na to, kim jesteśmy w kosmosie, jednak czyni to w bardzo oryginalny sposób. Jeśli komuś odpowiada interpretacja paradoksu o żywym-martwym kocie, jaką przedstawił Winger, zatem wszędzie możemy widzieć „świadomą rękę". Nieskończony łańcuch obserwatorów przyglądających się sobie nawzajem sprawia, że dochodzimy w końcu do ostatniego z nich - kosmicznego obserwatora, którego ktoś może nazwać Bogiem. W tym scenariuszu, wszechświat istnieje dlatego, że patrzy na niego bóstwo. Jeśli interpretacja Wheelera jest poprawna, cały wszechświat zdominowany jest przez świadomość i informację.

Punkt widzenia Wingera zainspirował Ronnie Knoxa do napisania wiersza o spotkaniu sceptyka z Bogiem, w którym poruszany jest dawny problem, czy jeśli drzewo przewraca się w miejscu, gdzie nikt go nie widzi, to czy ono istnieje?

Był człowiek, który rzekł: „Boże
Wydać ci się dziwnym może,
Jednak  ktoś jest pewien fest,
Że to drzewo jednak jest,
Chociaż nikogo nie ma wokoło."

Anonimowy autor odpowiedział mu następującym utworem:

Drogi panie, już dość biadolenia,
Zawsze gdzieś jestem,
I dlatego,
Jest też drzewo,
Bo na nie patrzę, Bóg. Pozdrowienia.

Innymi słowy, drzewa istnieją, ponieważ jest też kwantowy obserwator.

Interpretacja Wingera spycha sprawę świadomości do samego centrum podstaw fizyki. Są to echa słów wielkiego astronoma, Jamesa Jeansa, który napisał: „Przed 50 laty na kosmos patrzano jak na maszynę... Gdy dostosujemy się do którejś z opcji, czy to kosmosu jako całości, czy też do wnętrz atomu, mechaniczna wizja natury nie wytrzymuje. Mierzymy się z tworami lub zjawiskami, które nie są w żadnym sensie mechaniczne. [...] Wszechświat zdaje się być bliższy wizji wielkiej myśli aniżeli wielkiej maszyny."

Znalazło to swe rozwinięcie w teorii Wheelera. „My nie tylko dostosowujemy się do wszechświata. Wszechświat dopasowuje się także do nas." Innymi słowy, tworzymy swoją własną rzeczywistość przez dokonywanie obserwacji. Wheeler nazywa ten proces „genesis przez obserwację". Twierdzi on, że żyjemy w „uczestniczącym wszechświecie".

Czy Wszechświat ma Stwórcę?

O tym samym wspomina laureat Nobla, biolog George Wald. „Źle byłoby być atomem we wszechświecie, jeśli nie byłoby fizyki. Fizycy z kolei składają się z atomów. Fizyk to zatem sposób atomów, aby dowiedzieć się o samych atomach." Gary Kowalski podsumowuje to w tych słowach: „Wszechświat, można rzec, istnieje aby celebrować siebie i odsłaniać swe własne piękno. Jeśli rasa ludzka jest jedną z płaszczyzn kosmosu na drodze do osiągnięcia swej własnej świadomości, naszym celem musi być przetrwanie i napędzanie naszego świata, jak i badanie go, nie zaś niszczenie czy profanacja tego, czego stworzenie zajęło tak wiele czasu."

Według tej linii myślenia, wszechświat posiada sens w postaci tworzenia istot podobnych do nas, które mogą obserwować to, że on sam istnieje. Zgodnie z tym, najwyższy cel wszechświata związany jest z możliwością stworzenia inteligentnych istot, które mogą go obserwować.

Interpretacja teorii kwantowej autorstwa Wingera może się wielu ludziom podobać. Istnieje jednak wyjaśnienie alternatywne, które wiąże się z perspektywą wielu światów i daje nam zupełnie inne spojrzenie na rolę ludzkości we wszechświecie. Kot Schrödingera może być zarówno martwy, jak i żywy tylko dlatego, że wszechświat dzieli się wtedy na dwa oddzielne twory...

Albert Einstein twierdził, że istnieją dwa rodzaje Boga – taki, który kieruje ludzkimi losami, karze za grzechy i czyni cuda oraz taki, który manifestuje się przez harmonię wszechświata. W takiego „boga” wierzą niektórzy fizycy, ale czy mają rację? Czy najnowsze teorie mówiące nam o budowie wszechświata mają szansę dotrzeć do sedna, a może skazani jesteśmy na wieczne poszukiwania z wbudowanym w człowieka mechanizmem doszukiwaniem się we wszystkim sensu, którego tak naprawdę we wszechświecie nie ma...?
___________________
Michio Kaku, Parallel Worlds

część II / część I

Znaczenie w multiwszechświecie

Łatwo jest zgubić się w nieskończoności analizując teorię o wielu światach. Moralne implikacje tych równoległych kwantowych wszechświatów przedstawił w swej noweli pt. „All the Myriad Ways" („Na wszystkie miriady sposobów") Larry Niven. W historii tej detektyw por. Gene Trimble bada sprawę fali tajemniczych samobójstw. Nagle bowiem w całym mieście ludzie, którzy przedtem nie wykazywali psychicznych zaburzeń, skaczą z mostów, strzelają sobie w głowę albo popełniają masowe masakry. Tajemnica pogłębia się, kiedy Ambrose Harmon, miliarder i założyciel Crosstime Corporation, skacze z 36. piętra z okna swego luksusowego apartamentu po wygraniu pięciu tysięcy dolarów w pokera. Bogaty, potężny i z dobrą siecią kontaktów ma po co żyć, a więc odebranie sobie przezeń życia nie ma sensu. Trimble jednak ustala z czasem pewien wzorzec. Z pilotów zatrudnionych w Crosstime Corporation aż jedna piąta zakończyła życie śmiercią samobójczą. Wszystko zaczęło się miesiąc po założeniu firmy.
Scena z serialu „The Time Tunnel" (lata 60-te ub. wieku). Podróże w czasie od dawna były punktem zainteresowania wielbicieli science-fiction, zaś naukowcy, jak się potem okazało, mają do nich zróżnicowane podejście.

Grzebiąc w sprawie detektyw dowiaduje się, że Harmon odziedziczył po dziadkach wielką fortunę, którą następnie roztrwonił. Ostatecznie jednak udało mu się zebrać fundusze na dość ryzykowne przedsięwzięcie. Zgromadził kilku fizyków, inżynierów i filozofów, aby zbadać możliwość istnienia równoległych linii czasowych. W końcu udało się wynaleźć maszynę, która mogła wejść w zupełnie nową linię czasową, zaś podróżujący w czasie piloci mogli przywozić z wypraw nowe wynalazki. Wkrótce zaczęto stosować ten proceder na masową skalę a Crosstime stało się korporacją przynoszącą miliardowe zyski, stając się właścicielem patentów najważniejszych wynalazków tego okresu. 

Każda linia czasowa, jaka była odwiedzana, różniła się od innych. Odkryto np. Imperium Katolickie, Amerindiańską Amerykę, Imperialną Rosję a także masę martwych radioaktywnych światów, które przepadły wskutek wojen atomowych. Ostatecznie jednak podróżnicy w czasie natykali się na coś niepokojącego, a mianowicie na własne węglowe kopie, które toczyły żywoty niemalże identyczne co oni, za wyjątkiem pewnych dziwacznych różnic. W innych światach bohaterowie mogli albo realizować swe najbardziej skryte marzenia, albo toczyć życie w najgorszym koszmarze. W niektórych wszechświatach osiągali sukces, w innych czekała ich sromotna porażka. Niezależnie od tego, co robili, istniała cała masa ich kopii, które podejmowały niezliczoną ilość decyzji wywołujących taką samą ilość konsekwencji. Dlaczego np. nie obrabować banku, skoro w którymś z równoległych wszechświatów skok na pewno się uda?

Trimble zauważył: „Nie ma nigdzie szczęścia. Każda decyzja miała dwie strony. Każdy mądry wybór miał towarzyszy w postaci wszystkich innych możliwych dróg. Tak to działało przez całą historię." Bohatera ogarnia desperacja, kiedy dochodzi do pewnego wniosku. We wszechświecie, w którym wszystko jest możliwe, nic nie ma żadnego sensu moralnego. Trimble uświadamia sobie, że nie mamy żadnego wpływu na nasze losy i niezależnie od naszych decyzji, nie mają one jakiegokolwiek sensu.

Ostatecznie decyduje się on iść w ślady samobójców i przystawia sobie do skroni lufę, jednak nawet kiedy się zastrzeli, to w jakimś innym wszechświecie pistolet może się zaciąć albo strzał nie okaże się śmiertelny...

Kiedy wyobrażamy sobie kwantowy wszechświat stajemy wobec tego samego problemu, co Trimble. Istnieje możliwość, że nasze odpowiedniki żyjące w innych kwantowych wszechświatach mogą mieć dokładnie ten sam kod genetyczny, jednak w kluczowych momentach ich życie potoczyło się inaczej, co sprawiło, że powstały zupełnie nowe historie życiowe i całkiem różne przeznaczenia.

Jeden z takich dylematów może nas wkrótce czekać. Być może już za kilka dekad klonowanie ludzi stanie się powszechne. Choć klon jest w założeniu istotą odmienną od „oryginału", to etyczne konsekwencje tego procesu są dość niepokojące. Kiedy dojdzie do sklonowania człowieka, nieuchronnie pojawią się pytania m.in. odnośnie tego, czy klon posiada duszę, albo czy jesteśmy odpowiedzialni za czyny naszego klona? W kwantowym wszechświecie posiadamy nieskończoną liczbę kwantowych klonów. Jednak jeśli dokonują one złych uczynków, to czy możemy brać za nie odpowiedzialność?

Na wiele kwantowych egzystencjalnych pytań nie ma jeszcze odpowiedzi. Jeśli spojrzymy na świat, w którym znajduje się niezliczona ilość światów, przytłoczyć nas może przypadkowość toczących się w nim losów. W teorii o multiwszechświecie zaproponowanej przez fizyków, każdy oddzielny wszechświat podlega newtonowskim prawom na skalę makroskopową, zatem toczymy nasze życia dość przyjemnie wiedząc, że nasze czyny będą miały dające się przewidzieć konsekwencje. W każdym wszechświecie istnieją prawa przeciętności. W każdym z nich, jeśli popełnimy przestępstwo, najprawdopodobniej pójdziemy do więzienia. Możemy przeprowadzać różne czynności nie zdając sobie zupełnie sprawy, że obok nas istnieją równoległe rzeczywistości.

Co fizycy myślą o sensie wszechświata?

Steven Weinberg - amerykański fizyk, noblista.
Debata o znaczeniu życia została podsycona przez prowokacyjne oświadczenia Stevena Weinberga zawarte w książce pt. „The First Three Minutes" („Pierwsze trzy minuty"). Pisze on: „Im bardziej kosmos nabiera dla nas sensu, tym bardziej jest bezcelowy... Wysiłek położony na drodze do zrozumienia wszechświata to jedna z niewielu rzeczy, która wynosi życie ludzkie ponad stadium farsy i dodaje mu pewnej godności tragedii." 


Weinberg najwyraźniej czerpał jakąś przyjemność z wprowadzania zamętu, śmiejąc się z tych, którzy starają się doszukiwać sensu we wszechświecie. Podobnie jak Szekspir wierzy on, że cały świat jest jak scena, jednak „tragedia nie jest spisana, a tragedią jest to, że nie ma żadnego pisma."

Weinberg mówi o czymś podobnym do poglądów Richarda Dawkinsa, biologa z Oxfordu, który twierdzi, że „we wszechświecie ślepych sił fizycznych, niektórzy ludzie mogą jedynie się skrzywdzić, inni zaś będą mieli na tyle szczęścia, że nie znajdą w nim żadnego rymu, powodu ani sprawiedliwości. Wszechświat, który obserwujemy ma dokładnie takie cechy, jakich się spodziewamy, a u jego podstaw nie leży żaden plan, cel, żadne zło, dobro - nic poza ślepą i nieczułą obojętnością."

Rzuca on jednak również pewne wyzwanie. Jeśli bowiem według niektórych wszechświat ma cel, to jaki on jest? Kiedy astronomowie zaglądają w jego głębię i widzą ogromne, znacznie większe od naszej gwiazdy, które rodzą się i umierają we wszechświecie, który przez miliardy lat rozszerzał się w nieskończoność, trudno dostrzec cel w celowym zaaranżowaniu wszystkiego dla mieszkańców maleńkiej planety, która kręci się wokół jednej z niezliczonej ilości gwiazd. 

Choć jego poglądy wywołały sporą dyskusję, mało kto się z nimi zmierzył. Kiedy jednak Alan Lightman i Roberta Brawer zdecydowali się na przeprowadzenie rozmów z czołowymi kosmologami, których zapytali, czy zgadzają się z opinią Weinberga, co ciekawe, tylko kilkoro z nich zaakceptowało jego punkt widzenia. Jedną z jego zwolenniczek była Sandra Faber z University of California, która powiedziała: „Nie wierzę, aby Ziemia została stworzona dla ludzi. Planeta powstała wskutek naturalnych procesów a w ich dalszej konsekwencji pojawiło się życie i istoty inteligentne. Myślę, że w ten sam sposób, tj. z wykorzystaniem tych samych naturalnych procesów powstał wszechświat a nasze pojawienie się w nim było naturalnym wynikiem działania praw fizyki w pewnym jego rejonie. Daje się z tego według mnie wywnioskować, że we wszechświecie istnieje jakaś motywująca wszystko siła, która posiada cel wykraczający daleko poza ludzkie istnienie. Ja w nią nie wierzę. Zgadzam się zatem z Weinbergiem, że wszechświat z perspektywy człowieka jest całkowicie bezsensowny."

Jednak znacznie większa grupa kosmologów była przeciwnego zdania. Według nich wszechświat posiada jakiś cel, nawet jeśli nie umiemy go wskazać.

Margaret Geller, profesor Harardu stwierdziła: „Mój pogląd na życie jest następujący: żyjemy, a samo życie jest krótkie. Celem jest zdobycie tylu doświadczeń, ile się da. To właśnie dlatego robię to, co robię. Staram się robić coś twórczego i uczyć ludzi."

Jeszcze inna część kosmologów widziała sens wszechświata, ale w rękach istoty nadrzędnej. Don Page z University of Albera, były student Stephena Hawkinga, powiedział: „Mogę stwierdzić, że cel taki istnieje. Nie wiem, jaki on jest, jednak być może jednym z celów Boga było stworzenie człowieka, aby nawiązał z nim związek. Wyższym celem mogło być to, że stworzenie wielbi swojego twórcę." Page widzi dzieło Boga nawet w abstrakcyjnych zasadach fizyki kwantowej: „W pewnym sensie prawa fizyki zdają się być analogią do języka i gramatyki, jakie Bóg wybrał, aby się z nami porozumiewać."

Charles Misner z University of Maryland, jeden z pionierów na polu analizowania ogólnej teorii względności Einsteina, znalazł z Page’em płaszczyznę porozumienia. „Według mnie w religii znajdują się pewne bardzo poważne wątki, takie jak istnienie Boga czy braterstwo ludzi, a pewnego dnia nauczymy się je doceniać być może przy użyciu innego języka i na inną skalę. Uważam zatem, że istnieją w nich pewne prawdy a w tym sensie wiążą się one z wielkością wszechświata."

Oczywiście pytania o stwórcę pociągają za sobą kolejne powiązane z nimi kwestie, m.in. taką, czy nauka może cokolwiek powiedzieć nam o Bogu? Teolog Paul Tillich powiedział kiedyś, że fizycy jako jedyni naukowcy mogą powiedzieć słowo „Bóg" i nie wzdrygnąć się. To właśnie oni są wśród tych uczonych, którzy być może pomogą odpowiedzieć ludzkości na najbardziej ważne dla niej pytania, w tym również to dotyczące stworzenia. Jeśli istnieje dzieło, to czy istnieje stwórca? Jak dojść do ostatecznych wniosków? 

Teoria strun pozwala nam patrzeć na cząsteczki subatomowe jak na nuty wibrujące na nici. Prawa chemii odpowiadają melodiom, jakie można na nich zagrać. Z kolei prawa fizyki odpowiadają prawom harmonii, która zarządza strunami. Wszechświat to zatem symfonia strun, a przysłowiowy einsteinowski umysł Boga można uważać za kosmiczną muzykę wibrującą w hiperprzestrzeni. Jeśli porównanie to jest bliskie prawdy, to pojawia się kolejny problem, a mianowicie kwestia kompozytora. Czy ktoś nastroił cały mechanizm tak, aby mogła powstać mnogość możliwych wszechświatów, z którymi spotykamy się w teorii strun? Jeśli wszechświat jest perfekcyjnie zorganizowanym mechanizmem, to czy musi mieć swego twórcę?

W tym sensie teoria strun rzuca nam nieco światła na pytanie, czy Bóg miał wybór? Kiedy Einstein tworzył swe teorie, zawsze zadawał sobie następujące pytanie: jak ja stworzyłbym wszechświat? W tej kwestii skłaniał się on ku wersji, że nie miał on w tym przypadku wyboru. Potwierdza to teoria strun. Kiedy połączyć z nią teorię względności, otrzymamy zestaw teorii, w których czają się fatalne pomyłki.

Einstein, który często pisał o „Starcu" (jak nazywał Boga), zapytany kiedyś został o sprawę istnienia nadrzędnej istoty. Jak powiedział, istniały dla niego jego dwa typu. Pierwszy był to bóg osobowy, taki który odpowiada na modlitwy - bóg Abrahama, Izaaka, Mojżesza, tj. taki który dzieli morze na dwa i sprawia cuda. Ale w takiego Boga nie wierzą naukowcy.

Albert Einstein twierdził m.in., że Bóg nie gra z wszechświatem w kości. Wśród swych innych opinii na temat Starca, jak określał Boga, znalazło się słynne stwierdzenie, że Bóg jest wyrafinowany, ale nie perfidny. Dlatego uważał, że nie ma kogoś takiego, jak osobowy Bóg, który karze i nagradza.
Sam Einstein mówił, że wierzy w „Boga Spinozy, który ujawnia się poprzez harmonię tego, co istnieje, nie zaś Boga, który para się losami i czynami istot ludzkich". Bóg Spinozy i Einsteina to zatem bóstwo harmonii, umysłu i logiki. Einstein pisał: „Nie mogę wyobrazić sobie Boga, który nagradza i karze tych, których sam stworzył. Nie mogę wyobrazić sobie także tego, że da się przeżyć śmierć ciała."

Jeśli zatem ostatecznie potwierdzi się, że teoria strun jest teorią wszystkiego, będziemy musieli postawić samym sobie pytanie, skąd pochodzą równania. Jeśli jednolita teoria pola okaże się prawdziwa, tak jak uważał Einstein, musimy zadać sobie pytanie skąd wynika jednolitość. Fizycy, którzy równocześnie wierzą w Boga uznają, że wszechświat jest piękny i prosty, a podstawowe prawa nim rządzące nie mogą być czystym przypadkiem. Mogło się przecież zdarzyć tak, że we wszechświecie mógł zapanować totalny chaos albo też nie byłby on w stanie stworzyć życia, nie mówiąc już o inteligencji.

Ostatecznie jednak, tak jak większość fizyków uważam, że wszystkie prawa rządzące kosmosem będzie dało się zapisać w formule, która ma może nie więcej niż cal. Pojawi się jednak pytanie, skąd wzięła się ta formuła?

Martin Gardner pyta: „Dlaczego jabłko spada na ziemię? To przez grawitację. A skąd ta się bierze? Z pewnych równań, które tworzą teorię względności. Kiedy już fizykom uda się pewnego dnia stworzyć równanie, z którego wywieźć się da wszystkie prawa fizyki, to czy ktoś zapyta: „Z czego wynika to równanie?"

Tworzenie naszego własnego znaczenia

Ostatecznie jestem przekonany, że istnienie jednego równania, które może opisać cały wszechświat w sposób jednorodny, obejmuje także swego rodzaju „plan". Jednakże nie uważam, aby ów plan przewidział ludzkości we wszechświecie jakieś szczególne znaczenie. Niezależnie od tego, jak eleganckie czy zdumiewające będą ostateczne ustalenia fizyków, z pewnością nie podniosą na duchu miliardów ludzi i nie napełnią ich wiarą. Żadna magiczna formuła kosmologiczna czy fizyczna nie będzie w stanie natchnąć mas i sprawić, że pojmą sens istnienia.

Dla mnie osobiście prawdziwym celem życia jest kreowanie własnego znaczenia. Naszym przeznaczeniem jest tworzenie swojej własnej przyszłości, nie zaś próba wydarcia jej z rąk wyższej instancji (tudzież istoty). Einstein wyznał raz, że czuje się bezradny wobec żądań osób, które zasypują go listami z pytaniem o sens życia. Jak powiedział Alan Guth: „Dobrze zadaje się te pytania, jednak nikt nie powinien się spodziewać od fizyka mądrej odpowiedzi Według mnie życie ma jakiś tam cel i to my go nadajemy, tj. nie wynika on wcale z tego, jak urządzony jest kosmos."

Przejście do cywilizacji Typu I

Radziecki uczony Nikołaj Kardaszew był twórcą skali zaawansowanych technicznie hipotetycznych pozaziemskich cywilizacji. Cywilizacja typu I to taka, która zdolna jest wykorzystać wszystkie zasoby energetyczne naszej planety. Według niektórych, ludzkość znajduje się na skali w punkcie O.7. Pozostałe stopnie to jak na razie czysta fantastyka.
W „Trzech siostrach" Czechowa, pułkownik Wierszynin stwierdzał: „Za dwieście, trzysta, tysiąc lat – przecież nie chodzi o termin – nadejdzie inne życie, nowe, piękne. My siłą rzeczy nie będziemy w nim brali udziału, a jednak to dla niego dziś żyjemy, pracujemy, no i męczymy się, my już je tworzymy i to jedyny cel naszego istnienia, a nawet, proszę pana, nasze jedyne szczęście."

Osobiście bardziej niż idea nieskończonego wszechświata pociąga mnie to, że całkowicie nowe światy mogą istnieć tuż pod naszym nosem, niedaleko naszego świata. Żyjemy w wieku, kiedy dopiero rozpoczyna się eksploracja kosmosu i badanie go przy pomocy naszych teleskopów, równań i teorii.

Mamy także możliwość przyglądania się pierwszym heroicznym krokom na tym polu. Być może mamy do czynienia z jednym z najważniejszych okresów przejściowych w historii ludzkości, przejściu do cywilizacji typu I, która może być bardzo niebezpieczną drogą.

W przeszłości nasi przodkowie zamieszkiwali trudny i nieprzyjazny świat. Przez większość czasu ludzie toczyli krótkie i brutalne żywoty przepełnione strachem przed chorobami i tym, co niesie los. Badania kości naszych przodków pokazują, jak wielki był ciężar, który musieli znosić każdego dnia, a chodzi nie tylko o choroby, ale i wypadki. Jeszcze przed stu laty nasi przodkowie musieli radzić sobie bez środków czystości, antybiotyków, samolotów odrzutowych, komputerów i wielu innych cudów współczesnego świata.

Nasze wnuki będą jednak żyć w okresie, kiedy następował będzie przeskok do I stopnia cywilizacji (wg skali Kardaszewa). Jeśli wszystko pójdzie jak trzeba i nie zwyciężą instynkty wiodące nas ku samozagładzie, przyszłym pokoleniom przyjdzie żyć w świecie pozbawionym problemów z jakimi obecnie się borykamy.

Każdy z pewnością zastanawiał się, jak wyglądać będzie przyszłość. Być może obecnie znajdujemy się w najbardziej ekscytującym punkcie w historii ludzkości, u zarania wielkich kosmicznych i naukowych odkryć.

Czeka nas być może historyczne przejście od bycia biernymi obserwatorami tańca natury do stania się jej choreografami mogącymi manipulować życiem, materią i inteligencją. Obdarzeni tą wielką siłą będziemy jednak również czuć wielką odpowiedzialność, aby te dobrodziejstwa wykorzystać jak najlepiej dla dobra całej ludzkości.

Pokolenie, które obecnie żyje na Ziemi jest być może najważniejszym ze wszystkich. W przeciwieństwie do poprzednich, skupiamy w swoich rękach przyszłość naszego gatunku. Rysują się dwie możliwości - albo przejdziemy do nowego rozdziału w historii naszej cywilizacji, albo pogrążymy się w chaosie wojny i skażenia. Decyzje, jakie podejmie ludzkość oddziaływać będą na dalsze wieki i położy (albo i nie) podwaliny pod cywilizację I rzędu.

Wybór należy zatem do nas. Oto sens życia obecnego pokolenia. I nasze przeznaczenie. 


http://infra.org.pl/nauka/wszechwiat/984-czy-wszechwiat-ma-stworc-cz-1
Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!
www.imaginarium.org.pl

Offline Michał-Anioł

  • między niebem a piekłem
  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1338
  • Płeć: Mężczyzna
  • Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym
    • Zobacz profil
    • Imaginarium
Odp: Równoległe wszechświaty, matrix i superinteligencja Rozmowa z Michio Kaku.
« Odpowiedź #2 dnia: Sierpień 18, 2010, 15:48:31 »
Fizyka niemożliwego
Przedstawiamy fragment najnowszej książki Michio Kaku, w której, jak mówi sam tytuł, rozważa on to, co z punktu widzenia fizyki uchodzi za niemożliwe. Czy UFO istnieje obok nas? Jeśli tak, to czym jest? Czy można jednak podróżować w czasie? Czy paradoksy związane z podróżowaniem w przeszłość są nadal obowiązujące? Odpowiedzi na to, co przez wiele lat uznawane było za sferę fantazji dr Kaku udziela w „Fizyce niemożliwego”.

 

W 1600 roku były dominikanin, filozof Giordano Bruno spalony został na stosie na ulicach Wiecznego Miasta. Aby go upokorzyć, władze kościelne nakazały powiesić go do góry nogami i obedrzeć z ubrań. Co takiego spowodowało, iż jego poglądy wzbudzały takie przerażenie? Jakie? Zadał on proste pytanie: czy w przestrzeni kosmicznej istnieje życie. Nie ciesząc się możliwością istnienia miliardów świętych, papieży, kościołów czy nawet Jezusów, gdzieś tam we wszechświecie, zdecydowanie łatwiej było go spalić.

Przez 400 lat pamięć o Bruno pokutowała w umysłach naukowców. Co kilka tygodni następuje też jego zemsta: co najmniej dwa razy w miesiącu donosi się o odkryciu nowej planety pozasłonecznej orbitującej gwiazdę. Wedle szacunków istnieje ich już ponad 250. Przepowiednie Bruna odnośnie planet pozasłonecznych okazały się trafne, ale mimo to pozostaje jeszcze jedno pytanie. Choć sama Droga Mleczna może w nie obfitować, to jak wiele z nich jest w stanie podtrzymać warunki dogodne do istnienia na nich życia. A jeśli istnieje już tam życie w formie inteligentnej, to co może powiedzieć o nim nauka?

Niektórzy ludzie twierdzą, iż istoty pozaziemskie odwiedziły już Ziemię dzięki swym pojazdom – UFO. Naukowcy odrzucają jednak tą możliwość twierdząc, że odległości między gwiazdami są zbyt wielkie. Jednakże w ubiegłym roku Francja opublikowała raport Krajowego Centrum ds. Badań Kosmicznych, który zawierał 1600 obserwacji UFO, do których doszło w ciągu pół wieku. Składało się nań 100.000 stron zawierających relacje świadków, filmy oraz nagrania audio. Rząd Francji oświadczył, iż 9 procent tych przypadków może być w pełni wyjaśnione, 33 procent posiada prawdopodobne wyjaśnienia, zaś w przypadku reszty nie sposób wykazać niczego.

Najbardziej wiarygodne przypadki obserwacji UFO obejmują a) grupowe obserwacje dokonywane przez niezależne i wiarygodne osoby oraz b) doniesienia wieloźródłowe, jak obserwacje wzrokowe i radarowe. Dla przykładu, w 1986 roku członkowie lotu nr 1628 Japońskich Linii Lotniczych (JAL) zaobserwowali nad Alaską ogromny obiekt UFO. Sprawa badana była przez FAA (Cywilny Zarząd Lotnictwa). Obiekt był widziany zarówno przez pasażerów, ale także i śledzony przez naziemne radary. W podobny sposób radary NATO śledziły czarne trójkąty, których seria obserwacji miała miejsce nad Belgią w latach 1989 – 90. W 1976 roku w Teheranie doszło do obserwacji UFO, w czasie której doszło do awarii wysłanego w jego kierunku samolotu F-4. Naukowców frustruje jednak to, że mimo tysięcy zarejestrowanych obserwacji, nikt nie był w stanie dostarczyć fizycznych dowodów na obecność UFO. Nigdy nie pozyskano DNA obcych istot, chipów komputerowych, ani też innego rodzaju dowodów.

Możemy zadać następnie pytanie odnośnie natury tych pojazdów. Oto kilka cech, o których najczęściej wspominają świadkowie obserwacji UFO:

a) wykonywanie gwałtownych manewrów w powietrzu,

b) zdolność do zakłócania pracy samochodów i powodowania zaburzeń w przesyłaniu energii elektrycznej,

c) bezgłośne unoszenie się w powietrzu.

Żadna z powyżej zaprezentowanych cech nie jest charakterystyczna dla stworzonych na Ziemi pojazdów, np. rakiet. Dla przykładu warto wspomnieć, że wszystkie rakiety korzystają z Trzeciego Prawa Dynamiki Newtona (dla każdej akcji, istnieje reakcja), a jednak obserwowane NOL-e zdają się nie posiadać układów wydechowych. Z kolei przeciążenia wytworzone w czasie gwałtownych manewrów w powietrzu przekraczałyby stukrotnie wartość ziemskiej grawitacji i byłyby w stanie spłaszczyć każdą istotę na naszej planecie.

Czy takie cechy prezentowane przez UFO może wyjaśnić współczesna nauka? W filmach zwykle widzimy, że pojazdy te pilotowane są przez istoty pozaziemskie. Najprawdopodobniej jednak, jeśli podobne pojazdy istnieją, są to obiekty bezzałogowe (bądź też kierowane przez istoty po części żywe, a po części mechaniczne). To mogłoby wyjaśniać dlaczego wykonują ruchy, przy których przeciążenia byłyby w stanie zmiażdżyć każdą ziemską istotę.

Urodzony w 1947 r. w USA Michio Kaku jest fizykiem-teoretykiem, badaczem tzw. teorii strun, a także futurystą. Jest autorem wielu bestsellerowych pozycji, jak np. „Hiperprzestrzenii.." (1994). Przeczytaj inny artykuł M.Kaku pt. „Fizyka a cywilizacje pozaziemskie"

Każda z obcych cywilizacji, która rozwinęła się na tyle, aby wysyłać statki w przestrzeń kosmiczną z pewnością opanowała do perfekcji nanotechnologię. Oznacza to, iż ich statki nie muszą mieć bardzo dużych rozmiarów i mogą być wysyłane w milionach sztuk (tzw. sondy von Neumanna) w celu eksploracji niezamieszkałych planet. Najlepszymi bazami dla takich obiektów kosmicznych byłyby z pewnością jałowe księżyce. Jeśli tak jest, zatem prawdopodobnie i nasz księżyc mógł w przeszłości zostać odwiedzony przez inną cywilizację, podobnie jak to przedstawiono w filmie „2001: Odyseja kosmiczna”, który jest najbardziej prawdopodobnym opisem spotkania z cywilizacją pozaziemską.

Niektórzy naukowcy odrzucają temat UFO, ponieważ ich napęd nie pasuje do gigantycznych systemów napędowych projektowanych przez dzisiejszych inżynierów, jak np. silników strumieniowych, jądrowych, pulsacyjnych itp. Obiekty UFO mają jednak względnie niewielkie rozmiary i mogą startować z baz księżycowych. Ich obserwacje mogą zatem odpowiadać wizytom bezzałogowych pojazdów rozpoznawczych.

Jedną z największych tajemnic wszechświata jest czas, który nas ogarnia i niesie ze sobą niezależnie od naszej woli. Około roku 400 św. Augustyn pisał o jego pełnej paradoksów naturze: „Jak może istnieć przeszłość i przyszłość, kiedy przeszłość już nie istnieje a przyszłości jeszcze nie ma. Co do teraźniejszości, to czy może ona być zawsze obecna i nigdy nie przemieszczać się, aby zostać przeszłością? Nie byłby to czas, ale wieczność.” Jeśli pójdziemy dalej tokiem myślenia św. Augustyna, dojdziemy do wniosku, iż czas sam w sobie nie jest możliwy, bowiem przeszłości już nie ma, przyszłość jeszcze nie istnieje, zaś teraźniejszość istnieje jedynie przez niezmiernie krótką chwilę. 

Czytając w roku 1990 teksty swych kolegów dotyczące maszyny czasu, Stephen Hawking pozostawał sceptycznie do nich nastawiony. Intuicja podpowiadała mu, że podróże w czasie nie są możliwe, ponieważ jak na razie nie pojawili się goście z przyszłości. Jeśli ich istnienie wchodziłoby w grę, to czy w czasie niedzielnego wypadu za miasto nie otaczałby nas tłum przybyszów z przyszłości z kamerami? Musi istnieć pewne prawo – zakładał Hawking, które uczyni podróże w czasie niemożliwymi. Zaproponował on hipotezę o ochronie chronologii (CPC), która zabrania podróżom w czasie z punktu widzenia fizyki. Najbardziej dziwi jednak to, że niezależnie od starań fizyków, nie są oni w stanie odkryć prawa, które zabrania podróży w czasie. Najwyraźniej wydają się one być spójne ze znanymi nam i obowiązującymi prawami. Nie będąc w stanie odkryć żadnego prawa zabraniającego wojaży w czasie, Hawking zmienił niedawno swój pogląd na ten temat.

- Podróże w czasie mogą być możliwe, ale nie są praktyczne – stwierdził.

Podróż w czasie do przyszłości jest możliwa i niezliczone razy prezentowano już jej wizje. Jeśli astronauta byłby w stanie podróżować z prędkością zbliżoną do prędkości światła, podróż do najbliższych gwiazd byłaby kwestią minut. Na Ziemi minęłyby 4 lata, podczas gdy dla niego tylko minuty, ponieważ wewnątrz statku czas zmienił swój bieg. Mógłby on zatem przenieść się o 4 lata w przyszłość – tj. 4 lata z punktu widzenia Ziemian. (Nasi astronauci w rzeczywistości wykonują maleńkie podróże w przyszłość za każdym razem, kiedy udają się w przestrzeń kosmiczną. Kiedy podróżują z prędkością 18.000 mil na godzinę, ich zegarki biją ciut wolniej, niż te na Ziemi. Światowy rekord w tym przypadku należy do rosyjskiego kosmonauty Siergieja Awdiejewa, który spędził w na orbicie w sumie 748 dni i stąd przeniósł się o 0.2 sekundy w przyszłość.) Zatem maszyna czasu, która zabierze nas w przyszłość jest zgodna z einsteinowską teorią szczególnej względności. Co jednak z podróżami w przeszłość?Jeśli moglibyśmy podróżować w przeszłość, niemożliwe byłoby spisanie historii. Ktoś mógłby bowiem cofnąć się do najdawniejszych czasów i zmienić jej bieg. Podróże w przeszłość nie tylko martwią historyków, ale także mogą pozwolić nam na zmianę biegu czasu zgodnie z naszą wolą. Dla przykładu: kiedy cofniemy się do ery dinozaurów i przypadkowo nadepniemy na ssaka, który jak się okazało był naszym odległym przodkiem, zupełnym przypadkiem sprawimy, że zginie cała rasa ludzka.

Ale największym problemem jaki się pojawia zdają się być logiczne paradoksy ożywiane przez wizje podróży w czasie. Co bowiem stałoby się, gdybyśmy pozbawili życia naszych rodziców, zanim jeszcze przyszlibyśmy na świat? Jest to logicznie niemożliwe i czasem nazywane bywa „paradoksem dziadka”.

Istnieją zawsze jednak sposoby na to, aby obejść te paradoksy. Po pierwsze, można po prostu powtórzyć przeszłą historię i wypełnić ją. W tym przypadku nie ma się wolnej woli i należy zrobić to tak, jak zostało zapisane. Zatem jeśli cofniesz się do przeszłości i przekażesz sekret podróżowania w czasie sobie samemu w młodości, oznacza to, że miało się to właśnie tak stać. Sekret podróży w czasie pochodzi z przyszłości. Było to przeznaczenie.

Po drugie, każdy posiada wolną wolę, więc może zmieniać przeszłość, jednak z pewnymi ograniczeniami. Nie wolno w takim przypadku tworzyć paradoksu czasu. Kiedykolwiek ktoś podróżujący w przeszłość stara się zabić swych rodziców, zanim jeszcze sam się urodził, tajemnicza siła powstrzyma go przed tym. Stanowisko to podtrzymuje rosyjski fizyk, Igor Nowikow. Twierdzi on, że istnieje prawo zabraniające nam chodzenia po suficie, choć chcielibyśmy. Dlatego też może istnieć prawo zabraniające nam zabicia rodziców przed naszym narodzeniem.

I wreszcie po trzecie – kosmos dzieli się na dwie części. Na jednej z linii czasu ludzie, których pozbawiło się życia wyglądają jak rodzice, ale nimi nie są, ponieważ przebywamy w świecie równoległym. Ostatnia z propozycji zdaje się być zgodna z teorią kwantową.

Film pt. „Powrót do przyszłości” mówił o trzeciej z możliwości. Doc. Emmet Brown wynalazł specjalny samochód, który pozwala na podróże w przeszłość. Marty McFly podróżuje dzięki niemu do minionych lat i spotyka swą kilkunastoletnią matkę, która następnie się w nim zakochuje. I tu pojawia się problem, bowiem gdyby matka Marty’ego odrzuciła jego ojca i nie poślubiła go, on nigdy nie przyszedłby na świat.

Problem ten wyjaśnia jednak Doc. Brown rysując na tablicy poziomą linię, która reprezentuje czas naszego wszechświata. Potem rysuje drugą odchodzącą od niej, która reprezentuje świat równoległy, który otwiera się, kiedy zmieniamy przeszłość.

Kiedy zatem udajemy się na wycieczkę w przeszłość, rzeka czasu dzieli się na dwie części - jeden strumień czasu staje się podwójnym strumieniem lub też czymś, co nazywa się wizją „wielu światów”.

Oznacza to innymi słowy, że wszystkie paradoksy związane z podróżami w czasie mogą zostać rozwiązane. Jeśli ktoś pozbawi życia swych rodziców zanim się urodził oznacza to, że zabił ludzi, którzy są jedynie genetycznie identyczni z jego rodzicami, mają jednakowe wspomnienia i osobowości, ale nie są jego prawdziwym ojcem i matką.
Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!
www.imaginarium.org.pl

Offline Michał-Anioł

  • między niebem a piekłem
  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1338
  • Płeć: Mężczyzna
  • Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym
    • Zobacz profil
    • Imaginarium
Czwarty wymiar.
« Odpowiedź #3 dnia: Październik 26, 2010, 20:25:45 »
Różne znaczenia pojęcia „czwarty wymiar”. Czwarty wymiar w okultyzmie i spirytyzmie. Jak mogła powstać idea czwartego wymiaru. Czwarty wymiar w matematyce. Łobaczewski, Gauss i inni. Czwarta prostopadła. Prosta biegnąca w nieznanym kierunku od dowolnego punktu naszej przestrzeni. Nieosiągalny i niedostępny dla nas obszar czwartego wymiaru, znajdujący się obok naszej przestrzeni. Niemożność rozwiązania zagadnienia czwartego wymiaru metodą geometryczną. Analiza zagadnienia z punktu widzenia psychofizyki. Metageometria i metafizyka. Niemożność fizycznego lub geometrycznego zbadania problemu czwartego wymiaru. Czas jako czwarty wymiar przestrzeni.
Ostatnimi czasy pojęcie „czwarty wymiar” spotyka się w dyskusjach i w literaturze dosyć często, ale mało kto zdaje sobie sprawę, co pod tym pojęciem się rozumie, i potrafi to określić. Zazwyczaj pojęciem „czwarty wymiar” posługujemy się jako synonimem tajemniczego, niezrozumiałego, jako pewnym ogólnym określeniem zjawisk świata „nadfizycznego” lub „naduczuciowego”.

„Spirytyści”, „okultyści” i „teozofowie” różnych kierunków często używają tego określenia w swoich pismach, odnosząc wszystkie zjawiska „wyższych płaszczyzn” lub „sfery astralnej”, lub „zaświatów” do obszaru  czwartego wymiaru. Lecz nie wyjaśniają, co to znaczy, i z ich słów można wnioskować tylko o jednej cesze „czwartego wymiaru”, właśnie o jego nieosiągalności, niemierzalności,  niepojętości. W rzeczywistości „czwarty wymiar” dosyć łatwo poddaje się analizie.

Idea czwartego wymiaru zakłada, że oprócz trzech znanych nam wymiarów przestrzeni — długości, szerokości i wysokości — powinien istnieć jeszcze  czwarty wymiar, niedostępny naszej percepcji i doświadczeniu, i że w tym niedostępnym obszarze zachodzą zjawiska zupełnie realne same w sobie, lecz wymykające się zwykłym sposobom obserwacji i jakby niewspółmierne do zwykłych zjawisk fizycznych trójwymiarowej sfery. Przy tym w okultyzmie idea czwartego wymiaru rodzi się z prawidłowej lub nieprawidłowej obserwacji zjawisk zachodzących jakby poza naszą trójwymiarową przestrzenią. Logicznie rzecz ujmując, idea czwartego wymiaru może się opierać na uznaniu, że  w otaczającym nas świecie istnieją rzeczy i zjawiska, których długości, szerokości i wysokości nie można zmierzyć, które umykają wszelkim pomiarom — istnieją, ale nie mogą zostać zmierzone. Lub jeszcze prościej: myśl o czwartym wymiarze powinna pojawiać się wówczas, gdy uświadomimy sobie, że we wszystkich zjawiskach widzimy i poznajemy nieporównanie mniej niż się w nich rzeczywiście kryje. Takie są na przykład zjawiska myślenia i życia, jeśli porównywać je  z mechanicznymi zjawiskami fizykochemicznymi; takie są wszystkie idee, obrazy, przedstawienia, wspomnienia; takie są sny, twórcza fantazja i tak dalej. Rozpatrując je jako istniejące realnie, obiektywnie i rozumiejąc, że nie wszystko w nich dostrzegamy, możemy przypuszczać, że mają one jakiś inny wymiar oprócz tych, które są nam dostępne, jakąś niemierzalną dla nas rozciągłość.

Idea czwartego wymiaru mogła powstać z wyobrażenia o charakterze czysto matematycznym. Mówimy na przykład tak: „w wielu pytaniach matematyki, czystej i stosowanej, spotykamy formuły i wyrażenia matematyczne zawierające w sobie cztery i więcej zmiennych wielkości, z których każda, niezależnie od pozostałych, może być dodatnia lub ujemna i zawierać się między + α i – α. Ponieważ każdą formułę matematyczną, każde równanie, można wyrazić przestrzennie, stąd wywodzi się idea przestrzeni czterech i wielu wymiarów”1.

Należy zrozumieć, co ten wniosek oznacza.
http://arkadiusz-jadczyk.org/images/octahedrona05l6.jpg
Równoległe wszechświaty, matrix i superinteligencja Rozmowa z Michio Kaku.

Jeśli czwarty wymiar by istniał, to znaczyłoby to, że oto tutaj, obok nas, znajduje się jakaś inna przestrzeń, której nie znamy, nie widzimy i do której przejść nie możemy, ale z której nas można poznać, widzieć i z której można przechodzić do naszej przestrzeni. Wtedy z dowolnego punktu naszej przestrzeni można by poprowadzić prostą do „obszaru czwartego wymiaru” w nieznanym dla nas kierunku, którego nie umiemy ani określić, ani osiągnąć. Jeśli moglibyśmy wyobrazić sobie kierunek tej prostej, wychodzącej z naszej przestrzeni, to ujrzelibyśmy obszar czwartego wymiaru.
Jeśli czwarty wymiar by istniał, to znaczyłoby to, że oto tutaj, obok nas, znajduje się jakaś inna przestrzeń, której nie znamy, nie widzimy i do której przejść nie możemy, ale z której nas można poznać, widzieć i z której można przechodzić do naszej przestrzeni. Wtedy z dowolnego punktu naszej przestrzeni można by poprowadzić prostą do „obszaru czwartego wymiaru” w nieznanym dla nas kierunku, którego nie umiemy ani określić, ani osiągnąć. Jeśli moglibyśmy wyobrazić sobie kierunek tej prostej, wychodzącej z naszej przestrzeni, to ujrzelibyśmy obszar czwartego wymiaru.

Łobaczewski rozpatrywał geometrię Euklidesa, to znaczy geometrię przestrzeni trójwymiarowej, jako szczególny rodzaj geometrii w ogóle, która powinna być stosowana do przestrzeni n-wymiarowej. Nie jest to jednak geometria w sensie dosłownym, lecz metafizycznym i wnioski z niej nie mogą być formułowane językiem geometrii.

Inni matematycy uważali, że przyjęte w geometrii Euklidesa aksjomaty są sztuczne i nieprawdziwe — próbowali je zanegować, głównie na podstawie niektórych wniosków z geometrii Łobaczewskiego, i udowodnić na przykład, że proste równoległe się spotykają. Dowodzili, że przyjęte aksjomaty są prawdziwe tylko dla przestrzeni trójwymiarowej, i opierając się na swoich poglądach, odrzucających te aksjomaty, tworzyli nową geometrię wielu wymiarów, to jest jej przypuszczalne zasady.

Ale wszystko to nie jest jeszcze „geometrią czterech wymiarów”.

Czwarty wymiar można by uważać za dowiedziony tylko wtedy, kiedy byłby określony kierunek nieznanej prostej, biegnącej od dowolnego punktu naszej przestrzeni do obszaru czwartego wymiaru, to jest wtedy, kiedy odkryto by metodę konstruowania czwartej prostopadłej.

Nie rozumiejąc w pełni znaczenia tego odkrycia, w jeszcze mniejszym stopniu potrafimy wyobrazić sobie sposób, za pomocą którego takiego odkrycia można by dokonać.

Nasza geometria trójwymiarowa nie wystarcza do zbadania zagadnień czwartego wymiaru, tak samo jak planimetria nie wystarcza do rozwiązania pytań stereometrii. Powinniśmy odnaleźć czwarty wymiar, jeśli on istnieje, metodą czysto doświadczalną, znaleźć go w sobie — i odkryć sposób jego perspektywicznego przedstawienia. Tylko wtedy będziemy w stanie stworzyć „geometrię czterowymiarową”.

Nawet najbardziej powierzchowna znajomość zagadnienia czwartego wymiaru pokazuje, że należy je badać jednocześnie z punktu widzenia psychologii i fizyki.
Czwarty wymiar istnieje, ale w zwykłych warunkach nie potrafimy go pojąć. To znaczy, że w naszej psychice, w naszym aparacie odbiorczym — czegoś brakuje; w naszych zmysłach nie odbijają się zjawiska zachodzące w czwartym wymiarze. Powinniśmy zbadać, dlaczego tak jest, od jakich naszych psychofizycznych defektów zależy ta niezdolność, i znaleźć warunki, w których czwarty wymiar może się stać dla nas zrozumiały i dostępny.

Wiemy, że czwarty wymiar nie tylko jest nieodczuwalny dla naszych zmysłów, ale i niedostępny czysto fizycznie. To zaś powinno zależeć nie od naszych defektów, ale od szczególnych właściwości i warunków czwartego wymiaru. Należy zbadać, co powoduje, że jest on dla nas niedostępny, znaleźć związki fizycznych warunków czwartego wymiaru z fizycznymi warunkami naszego świata, zorientować się, czy w otaczającym nas świecie nie ma czegoś podobnego do tych warunków, czy nie ma relacji analogicznych do relacji między światem trzech i czterech wymiarów.

Na ogół twierdzi się, że przed podjęciem próby skonstruowania geometrii czterowymiarowej należy stworzyć fizykę czterowymiarowej przestrzeni, to znaczy znaleźć i określić prawa i warunki fizyczne mogące istnieć w czwartym wymiarze.

Jeśli uznamy, że fizyka bada dziedzinę podlegającą prawom geometrii, to będziemy musieli uznać, że metafizyka odnosi się do dziedziny meta-geometrii. Mówiąc inaczej, jeśli geometria jest nauką fizyczną, to meta-geometria jest nauką metafizyczną i powinna przestrzegać metafizycznych metod. W ten sposób „fizyka przestrzeni czterowymiarowej” jest metafizyką. I dlatego, być może, najbardziej prawidłowa, a nawet jedyna droga do osiągnięcia czwartego wymiaru jest drogą metafizyki.

A metafizyka w tym wypadku dochodzi do paradoksu. Nie możemy przeniknąć do obszaru czwartego wymiaru, dlatego że  się tam znajdujemy, lecz wyobrażamy sobie siebie w świecie trójwymiarowym. Cały błąd w wyobrażeniu. Zadanie polega na tym, by zmienić wyobrażenie — zamiast fałszywego ujrzeć prawdziwe  i realne.

Ta konkluzja wnosi poprawkę do starego sporu o przewagi metody fizycznej i metafizycznej. W końcu fizyka bada świat w znanych granicach. To, co leży za tymi granicami, dotyczy już meta-fizyki. Ale być może granice mogą się poszerzać, obszar fizycznego może rosnąć, a obszar metafizycznego oddzielać się, zlewając z absolutem.

Niekiedy zagadnienia czwartego wymiaru rozwiązuje się, rozpatrując  czas jako czwarty wymiar przestrzeni. Przesłankę tego poglądu stanowi to, że w kinematyce czas uważany jest za konieczny warunek ruchu, jak przestrzeń. I ten związek między czasem i przestrzenią pozwala rozpatrywać czas jako jeden z wymiarów przestrzeni. Taki wniosek jest zupełnie prawidłowy, ale nie rozwiązuje problemu, dopóki zachowana jest idea  ruchu. Aby pojąć czas jako czwarty wymiar przestrzeni, konieczne jest psychologiczne przyswojenie idei ruchu i zrozumienie jego względności.

Teoria czasu jako czwartego wymiaru przestrzeni ma następujące znaczenie: Jeśli czas jest wymiarem przestrzeni, to — jak z tego wynika — nie poruszamy się w czasie, ale znajdujemy się bezpośrednio w nim. Zatem zdarzenia nie stają się, lecz istnieją. My tylko przechodzimy obok nich i przez nie. I za nami pozostają one takimi, jakimi były przy nas i jakimi były, zanim do nich doszliśmy. Według tej teorii przeszłości i przyszłości nie ma, jest tylko jedna teraźniejszość lub, wyrażając się inaczej i dokładniej, nasze ciała i wszystkie przedmioty, i zjawiska świata  cechują się rozciągłością w czasie. Zmiany z biegiem czasu nie istnieją, jest tylko różnorodny obraz w różnych punktach tej rozciągłości.

Idea czasu jako czwartego wymiaru przestrzeni została szczegółowo opisana w książce Tertium Organum. Na razie można powiedzieć tylko jedno: czas na pytanie o czwarty wymiar nie odpowie, dopóki uznajemy ideę ruchu w czasie. Dopóki istnieje idea ruchu, czas jest koniecznym warunkiem percepcji wszelkiej przestrzeni, koniecznym dopełnieniem każdej liczby wymiarów, co oznacza, że za liczbę wymiarów w przestrzeni trójwymiarowej (jeśli uzna się czas za czwarty wymiar przestrzeni) należy uważać 3 + 1, w przestrzeni czterowymiarowej: 4 + 1; w ogóle według teorii stałego istnienia i rozciągłości w czasie liczba wymiarów zawsze wynosi n + 1, gdzie 1 oznacza czas.


Nad zagadnieniem czwartego wymiaru pracowało wielu autorów.

Dużo pisał o nim Fechner. Z jego rozważań o światach jednego, dwóch i czterech wymiarów wynika interesująca metoda badania czwartego wymiaru, polegająca na konstruowaniu analogii między światami różnych wymiarów, to znaczy między wyobrażonym światem na płaszczyźnie a naszym światem, między naszym światem a światem czterech wymiarów. Z owej metody korzystają prawie wszyscy zajmujący się pytaniem o wyższe wymiary. I my również się z nią zapoznamy.

Profesor Zöllner wyprowadzał teorię czwartego wymiaru z obserwacji zjawisk „mediumicznych”, głównie zjawisk tak zwanej  materializacji. Ale jego obserwacje są obecnie uważane za wątpliwe z powodu nieodpowiednich warunków doświadczeń (krytyczną analizę tych doświadczeń znaleźć można w książkach Podmora i Hislopa).

Bardzo interesującą syntezę prawie wszystkiego, co wcześniej napisano o czwartym wymiarze, a także próby jego określenia na drodze matematycznej, znajdujemy w książkach angielskiego pisarza Charlesa Howarda Hintona. Książki Nowa era myśli (A New Era of Thought), Czwarty wymiar (The Fourth Dimension) i Scientific Romances zawierają, oprócz opisu prac poprzedników Hintona, wiele własnych idei autora, w tym również dotyczących czasu jako czwartego wymiaru przestrzeni.

Hinton próbuje określić czwarty wymiar zarówno z punktu widzenia fizyki, jak i psychologii. Wiele miejsca w jego książkach zajmuje opis wypracowanej przez niego metody ćwiczenia świadomości w celu poznania czwartego wymiaru.

Jest to długi szereg ćwiczeń odbiorczego i wyobrażeniowego aparatu świadomości, wykorzystujących serie różnokolorowych sześcianów, które należy zapamiętać w jednym położeniu, potem w drugim, trzecim, a następnie starać się wyobrazić je sobie w nowych kombinacjach.

Osoby, które interesują się tą metodą, powinny sięgnąć do książek Hintona, ponieważ nie sposób wyłożyć w skrócie systemu tych ćwiczeń.

Podstawowa idea, jaką kierował się Hinton przy tworzeniu tej metody ćwiczeń, sprowadza się do tego, że aby przebudzić „wyższą świadomość”, należy „unicestwić siebie” w wyobrażeniu i świadomości świata, to znaczy trzeba się nauczyć poznawać i wyobrażać świat  nie z osobistego punktu widzenia (jak zazwyczaj poznajemy i wyobrażamy), lecz takim, jakim on jest. Przy tym trzeba się najpierw nauczyć  wyobrażać sobie rzeczy nie takimi, jakimi się wydają, ale takimi, jakimi są, chociażby po prostu geometrycznie, następnie zaś powinna się już pojawić zdolność  ich poznawania, to znaczy widzenia takimi, jakimi one są.

Pierwsze ćwiczenie przytoczone przez Hintona polega na zbadaniu sześcianu złożonego z dwudziestu siedmiu mniejszych sześcianów, pomalowanych na różne kolory i mających określone nazwy. Przestudiowawszy ów sześcian, złożony z mniejszych, powinniśmy przewrócić go i zbadać (to znaczy starać się zapamiętać) w odwrotnym porządku. Potem znów przewrócić sześciany i zapamiętać ich nowy porządek, i tak dalej. W rezultacie, jak twierdzi Hinton, można w badanym sześcianie zupełnie unicestwić pojęcia: w górę, w dół, w prawo, w lewo i inne, i poznać go niezależnie od wzajemnego położenia zestawiających go mniejszych sześcianów, to jest prawdopodobnie wyobrażać go sobie jednocześnie w różnych kombinacjach. Będzie to pierwszy krok ku unicestwieniu  subiektywnego elementu w wyobrażeniu o sześcianie. Dalej opisany jest skomplikowany system ćwiczeń z seriami kolorowych i mających rozmaite nazwy sześcianów, z których można zestawiać różne figury. Wszystko to w celu zniweczenia  subiektywnego elementu w wyobrażeniach i rozwinięcia „wyższej świadomości”, bez której niemożliwe jest osiągnięcie czwartego wymiaru.

Hinton twierdzi, że jeśli w czwartym wymiarze istnieje zdolność widzenia, to przedmioty naszego świata będziemy widzieć zupełnie inaczej, nie tak, jak zwykle.

Zazwyczaj widzimy przedmioty powyżej lub poniżej nas, lub też na równi z nami, z prawej lub z lewej, przed nami lub za nami zawsze z tej strony, którą się ku nam zwracają, a także w perspektywie. Nasze oko jest instrumentem skrajnie niedoskonałym: daje w wysokim stopniu błędny obraz świata. To, co nazywamy perspektywą, jest w istocie deformacją widzianych przedmiotów, spowodowaną źle zbudowanym instrumentem optycznym — okiem. Widzimy przedmioty zdeformowane. Tak samo je sobie wyobrażamy. Owo wyobrażanie sobie zdeformowanych przedmiotów jest nawykiem, to znaczy przyzwyczajeniem stworzonym przez nasze niedoskonałe widzenie, które osłabia zdolność wyobrażania. Nic nas jednak nie zmusza, abyśmy koniecznie wyobrażali sobie przedmioty świata zewnętrznego w ich zdeformowanym kształcie. Zdolność wyobrażania nie jest ograniczona w żadnej mierze przez zdolność widzenia. Widzimy przedmioty zdeformowane, ale znamy je takimi, jakimi są. Możemy oderwać się od przyzwyczajenia wyobrażania sobie przedmiotów takimi, jakimi je widzimy, i nauczyć się wyobrażać je sobie takimi, jakimi one, jak wiemy, są. Idea Hintona polega na tym, że przed rozwinięciem zdolności  widzenia w czwartym wymiarze należy się nauczyć  wyobrażać sobie przedmioty tak, jak byłyby one widziane z czwartego wymiaru, to znaczy przede wszystkim poza perspektywą, od razu ze wszystkich stron, tak jak zna je nasza myśl. Ta zdolność powinna być rozwinięta poprzez ćwiczenia Hintona. Rozwinięcie zdolności wyobrażania sobie przedmiotów od razu ze wszystkich stron stanie się zniweczeniem  subiektywnego elementu (unicestwieniem siebie) w wyobrażeniach. Zlikwidowanie subiektywnego elementu w wyobrażeniach powinno, według Hintona, doprowadzić do unicestwienia go w percepcji. W ten sposób umiejętność wyobrażania sobie przedmiotów ze wszystkich stron będzie pierwszym krokiem do rozwinięcia zdolności widzenia przedmiotów takimi, jakimi one są w sensie geometrycznym, to znaczy do rozwinięcia tego, co Hinton nazywa  wyższą świadomością, dokładniej należałoby powiedzieć — wyższym poziomem psychiki.

Ćwiczenia Hintona powinny rozwinąć zdolność wyobrażania sobie sześcianu, a następnie dowolnej figury geometrycznej jednocześnie ze wszystkich stron i od wewnątrz. Zdolności nowego wyobrażania nie da się wypracować od razu, lecz na długiej drodze stopniowego rozszerzenia myślenia. W ten sposób zdolność  nowego wyobrażania powinna stworzyć  nowe myślenie, a próby nowego myślenia będą potęgować zdolność nowego wyobrażania.

Hinton twierdzi, że  myślenie w przestrzeni wyższego wymiaru oznacza zdolność jednoczesnego ogarniania większej liczby detali. Rozwój takiej zdolności będzie procesem stopniowego uwalniania  myślenia od elementów subiektywnych. Od tego należy zaczynać. Kiedy myślenie będzie uwolnione od elementów subiektywnych, wtedy pojawi się możliwość refleksji o uwolnieniu wyobrażenia od tych elementów.

W ten sposób poznanie systemu sześcianów, opracowane i przedłożone przez Hintona, powinno dać możliwość myślowego przedstawienia dowolnego przedmiotu nie w perspektywie, lecz od razu ze wszystkich stron. Z punktu widzenia psychologii nie ma w tym nic niemożliwego. Nie mamy podstaw, by twierdzić, że zdolność wyobrażania jest ograniczona zdolnością widzenia wyłącznie w perspektywie. W dalszych rozważaniach jeszcze nie raz będę powracał do prac Hintona. Jego książki są bardzo interesujące głównie dlatego, że zmuszają do myślenia w niekonwencjonalny sposób i wnoszą wiele nowego w różnorodne dziedziny, które ogarnia nasza myśl.

Geometria czterech wymiarów. Linia jako ślad ruchu punktu. Kwadrat jako ślad ruchu odcinka. Sześcian jako ślad ruchu kwadratu. Figura czterowymiarowa „nadsześcian” jako ślad ruchu sześcianu w przestrzeni. Linia jako nieskończona liczba punktów. Kwadrat jako nieskończona liczba odcinków. Sześcian jako nieskończona liczba kwadratów. Nadsześcian jako nieskończona liczba sześcianów. Czy można wyliczyć, ile wierzchołków, krawędzi i powierzchni powinien mieć nadsześcian?

 

Z punktu widzenia geometrii pytanie o czwarty wymiar można, zgodnie ze wskazówkami Hintona, rozpatrzyć w następujący sposób. Znane są nam trzy rodzaje figur geometrycznych:

 

jednowymiarowe — linie;

dwuwymiarowe — płaszczyzny;

trójwymiarowe — bryły.

 

Przy czym linię rozpatrujemy jako ślad ruchu punktu w przestrzeni. Płaszczyznę — jako ślad ruchu linii w przestrzeni. Bryłę — jako ślad ruchu płaszczyzny w przestrzeni.

Wyobraźmy sobie linię prostą, ograniczoną dwoma punktami; odcinek ten oznaczamy literą a. Wyobraźmy sobie, że ten odcinek (to znaczy wszystkie punkty wchodzące w jego skład) porusza się w przestrzeni w kierunku prostopadłym do samego siebie i zostawia ślad swojego ruchu. Kiedy pokona on odległość równą swojej długości, jego ślad będzie miał postać kwadratu, którego boki wynoszą a — powstanie figura a2.

Wyobraźmy sobie, że ten kwadrat (to znaczy wszystkie jego punkty) porusza się w przestrzeni w kierunku prostopadłym do dwóch przyległych boków kwadratu i zostawia ślad swojego ruchu. Kiedy pokona on odległość równą długości boków kwadratu, jego ślad będzie miał kształt sześcianu a3.

Jeśli z kolei przedstawimy sobie ruch sześcianu w przestrzeni, to jaki kształt będzie miał ślad jego ruchu, to znaczy figura a4?

Rozpatrując relacje figur jedno-, dwu- i trójwymiarowych, to znaczy linii, płaszczyzn i brył, możemy wyprowadzić prawo, że figurę wyższego wymiaru można rozpatrywać jako ślad ruchu figury niższego wymiaru.

Na podstawie tego prawa możemy rozpatrywać figurę a4 jako ślad ruchu sześcianu w przestrzeni.

Cóż to za ruch sześcianu w przestrzeni, którego ślad stanowi figura czterowymiarowa?

Jeśli rozważymy porządek, według którego ruchem figur niższego wymiaru budowane są figury wyższego wymiaru — to zobaczymy kilka wspólnych cech tych konstrukcji, kilka wspólnych zasad.

Kiedy rozpatrujemy kwadrat jako ślad ruchu odcinka, wiemy, że w przestrzeni poruszały się wszystkie punkty odcinka; kiedy rozpatrujemy sześcian jako ślad ruchu kwadratu, wiemy, że poruszały się wszystkie punkty kwadratu. I przy tym: odcinek porusza się w kierunku prostopadłym do samego siebie, kwadrat w kierunku prostopadłym do swoich wymiarów.

Jeśli zatem będziemy analizować figurę a4 jako ślad ruchu sześcianu w przestrzeni, to powinniśmy pamiętać, że w przestrzeni poruszały się wszystkie punkty danego sześcianu. A ponadto, podobnie jak poprzednio, możemy założyć, że sześcian poruszał się w przestrzeni w kierunku, którego on nie zawiera, to znaczy w kierunku prostopadłym do jego trzech wymiarów. Ten kierunek jest  czwartą prostopadłą, której nie znamy w naszej przestrzeni, w naszej trójwymiarowej geometrii.

Rozwijając te myśli dalej, możemy powiedzieć, że linię rozpatrujemy jako nieskończoną liczbę punktów; kwadrat jako nieskończoną liczbę odcinków; sześcian jako nieskończoną liczbę kwadratów. Przez analogię figurę a4  możemy rozpatrywać jako nieskończoną liczbę sześcianów.

Dalej: patrząc na kwadrat, widzimy odcinki, patrząc na sześcian, widzimy powierzchnie lub tylko jedną z tych powierzchni.

Bardzo możliwe, że figura a4 będzie postrzegana przez nas w kształcie sześcianu. Mówiąc inaczej, kiedy patrzymy na figurę a4, widzimy sześcian.

W jednej ze swoich pierwszych prac Hinton wylicza, ile wierzchołków, krawędzi i powierzchni może znajdować się w  nadsześcianie, to znaczy w figurze a4. Odcinek a, rozumuje, ma na swoich końcach dwa punkty; podczas ruchu odcinka w przestrzeni każdy z punktów zostawia ślad w postaci kolejnego odcinka. Sam odcinek, zostawiwszy ślad na poprzednim miejscu, pokonuje drogę równą swojej długości i zatrzymuje się, tworząc nowy odcinek. W ten sposób przy konstruowaniu wyższej figury a2 dwa punkty wchodzące w skład odcinka a (to znaczy niższej figury) kreślą po jednym odcinku i same ulegają podwojeniu, odcinek również ulega podwojeniu.

Przy konstruowaniu sześcianu ruchem kwadratu dzieje się to samo. Każdy z czterech wierzchołków kwadratu kreśli po jednym odcinku i ulega podwojeniu. Każdy z czterech boków kreśli po jednej płaszczyźnie i sam się podwaja. Płaszczyzna, ograniczona czterema prostymi i tworząca kwadrat, podwaja się.

Odcinek a ma dwa punkty i jedną linię. Kwadrat a2 ma cztery wierzchołki, cztery boki i jedną powierzchnię. Sześcian a3 ma osiem wierzchołków, dwanaście krawędzi i sześć ścian, to znaczy powierzchni.

Z opisanego sposobu tworzenia wyższej figury z niższej można wyprowadzić prawo:

Przy tworzeniu figury wyższego wymiaru ruchem w przestrzeni figury niższego wymiaru liczba punktów niższej figury podwaja się, liczba prostych również się podwaja, przy czym każdy punkt kreśli jedną prostą. Liczba płaszczyzn podwaja się, przy czym każda prosta kreśli jedną płaszczyznę.

Na podstawie tego prawa staje się możliwe określenie podstawowych części figury a4.

W sześcianie jest osiem wierzchołków, dwanaście krawędzi i sześć powierzchni lub ścian. Liczba wierzchołków podwaja się:

8 x 2 = 16

Liczba krawędzi podwaja się i dochodzi do niej liczba krawędzi otrzymanych z ruchu ośmiu wierzchołków:

12 x 2 + 8 = 32

Liczba ścian podwaja się i dochodzi do niej liczba ścian otrzymanych z ruchu dwunastu krawędzi:

6 x 2 + 12 = 24

W konsekwencji figura a4 zawiera szesnaście wierzchołków, trzydzieści dwie krawędzie i dwadzieścia cztery kwadratowe ściany.

Wydawałoby się, że nadsześcian określony jest dokładnie. Ale w rzeczywistości, jakkolwiek owe wyliczenia liczby wierzchołków, krawędzi i ścian w nadsześcianie są kuszące, nie dają one niczego realnego. Na podstawie tego samego prawa można wyliczać liczbę geometrycznych części składowych figur piątego, szóstego, siódmego wymiaru i dalej, choćby w nieskończoność, ale wszystkie te wyliczenia w najmniejszym stopniu nie przybliżają nas do rozumienia istoty i właściwości przestrzeni wyższego wymiaru.

W języku rosyjskim czwartemu wymiarowi poświęcony jest nieduży artykuł Nikołaja A. Morozowa, wydrukowany w piśmie „Sowriemiennyj Mir” w 1908 roku. Był to list napisany w 1891 do współwięźniów twierdzy szlisselburskiej. Jest interesujący głównie dlatego, że w krótkiej formie przedstawia podstawowe założenia metody rozpatrywania czwartego wymiaru, z których korzysta także Hinton. Owa metoda (Fechnera) polega na analogiach między wyobrażonym „światem dwóch wymiarów”, „wszechświatem na płaszczyźnie” i naszym światem, a więc między naszym światem a światem czterech wymiarów. Wniosek: ze stosunku płaskiego świata do naszego dadzą się wyprowadzić relacje, które powinny istnieć między naszym światem a światem czterech wymiarów. Początek artykułu Morozowa jest bardzo interesujący, ale w ostatecznych wnioskach dotyczących tego, co może znajdować się w obszarze czwartego wymiaru, autor przypisuje czwartemu wymiarowi tylko „duchy”, które wywoływane są na seansach spirytystycznych. A więc negując duchy, neguje także czwarty wymiar. Poza czwartym wymiarem Morozowa interesuje również czas. Mówiąc jednak o czasie jako o wymiarze przestrzeni, Morozow mówi o ruchu w tej przestrzeni. Ruch znowu wymaga czasu. W rezultacie pytanie pozostaje w tym samym punkcie .

Nikołaj A. Morozow opisuje, jak cudownymi wydają się nasze trójwymiarowe ciała istotom płaskim, jak pojawiają się nie wiadomo skąd i nie wiadomo gdzie znikają, podobne do duchów z nieznanego świata.

Jednak czyż sami nie wydajemy się dowolnemu nieruchomemu przedmiotowi, kamieniowi lub drzewu, takimi fantastycznymi, zmieniającymi swój obraz istotami? Wreszcie, czyż dla zwierząt nie posiadamy cech istot wyższych? I czy dla nas samych nie istnieją zjawiska, które pojawiają się nie wiadomo skąd i nie wiadomo, dokąd odchodzą? Burza, deszcz, wiosna, jesień, życie, śmierć, narodziny? Czyż każde z tych zjawisk w całości nie stanowi czegoś, z czego zawsze bierzemy zaledwie trochę, część, jak ślepi w starej wschodniej baśni, którzy określali słonia, każdy według siebie: jeden po nogach, drugi po uszach, trzeci po ogonie.

Kontynuując rozważania Morozowa o relacji świata trójwymiarowego do świata czterech wymiarów, możemy stwierdzić, że nie ma żadnych podstaw, by szukać tego ostatniego wyłącznie w obrębie „spirytyzmu”.

Weźmy żywą komórkę. Pod względem długości, szerokości, wysokości może być zupełnie równa innej — martwej — komórce. Jednak w żywej komórce jest coś, czego nie ma w martwej — coś, czego nie możemy zmierzyć.

Mówimy, że to „siła życiowa”, lub próbujemy wyjaśnić życie jako rodzaj ruchu. Jednak w istocie niczego nie wyjaśniamy, lecz jedynie dajemy nazwę zjawisku, które pozostaje niewyjaśnione.

Nauka twierdzi, że „siła życiowa” powinna rozkładać się na prostsze siły fizykochemiczne. Jednak nauka nie potrafi wyjaśnić, w jaki sposób jedno przechodzi w drugie, jaka jest wartość jednego w stosunku do drugiego. Fizykochemiczną formułą nie możemy wyrazić najprostszego przejawu żywej energii. Logicznie rzecz biorąc, dopóki nie jesteśmy w stanie tego zrobić, nie mamy prawa utożsamiać procesów życiowych z fizykochemicznymi.

Według nauki trzy rodzaje zjawisk:  siła mechaniczna, następnie  siła życiowa i siła psychiczna, przechodzą jedne w drugie tylko częściowo, bez żadnych proporcji, nie poddając się obliczeniom. Przedstawiciele oficjalnej nauki tylko wtedy będą mieli prawo objaśniać życie i procesy psychiczne jako rodzaj ruchu, kiedy znajdą sposób przekładania ruchu na energię życiową i psychiczną, i odwrotnie, lub obliczania tego przejścia — kiedy będzie wiadomo,  jaka ilość kalorii zawartych w określonej ilości węgla potrzebna jest do powstania życia w jednej komórce lub ile ciśnienia atmosferycznego potrzeba do ukształtowania  jednej myśli, jednego logicznego wniosku.  Dopóki jest to niewiadome, zjawiska fizyczne, biologiczne i psychiczne traktowane są  przez naukę na różnych płaszczyznach. Można snuć przypuszczenia o ich jedności, ale nie wolno niczego twierdzić.

Jeśli nauka  rzeczywiście posiadałaby wiedzę o jedności chociażby zjawisk fizykochemicznych i życiowych,  mogłaby tworzyć żywe organizmy. To nie są wymagania zbyt wielkie. Budujemy maszyny i aparaty znacznie bardziej złożone niż prosty jednokomórkowy organizm. A jednak takiego organizmu zbudować nie możemy. Oznacza to, że w żywym organizmie jest coś, czego nie ma w martwej maszynie. W żywej komórce jest coś, czego nie ma  w  martwej. Mamy pełne prawo nazywać to coś zarówno nieobjaśnialnym, jak i niemierzalnym.

Myśląc o człowieku, mamy podstawy, by zadać sobie pytanie: czego jest w nim więcej, mierzalnego czy niemierzalnego?

„Jak mogę odpowiedzieć na wasze pytania (o czwarty wymiar) — pisze w swoim liście Nikołaj A. Morozow — jeżeli sam nie mam wymiaru we wskazanym przez was kierunku?”

Czy w rzeczywistości Morozow ma jakieś podstawy, by mówić z taką pewnością, że nie posiada tego wymiaru?

Czyżby mógł  wszystko w sobie zmierzyć? Albo dokładniej: czy cokolwiek może w sobie zmierzyć?

Możemy wyobrazić sobie człowieka w postaci stożka, którego podstawa jest nam bardziej lub mniej znana, natomiast pozostała część ginie w obszarze czwartego wymiaru, w całkowicie nieznanym kierunku.

W ogóle tak mała i niewystarczająca jest nasza wiedza na temat tego, kim jest człowiek, tak wiele w nas zagadkowego i niepojętego z punktu widzenia geometrii trójwymiarowej, że nie mamy podstaw, by odrzucać czwarty wymiar, negując „duchy”. Przeciwnie, mamy pełne podstawy, by szukać czwartego wymiaru  właśnie w sobie.
Piotr D. Uspienski

http://www.gnosis.art.pl/e_gnosis/paradygmat_wyobrazni/uspienski_4ty_wymiar.htm

 
Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!
www.imaginarium.org.pl

Offline Michał-Anioł

  • między niebem a piekłem
  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1338
  • Płeć: Mężczyzna
  • Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym
    • Zobacz profil
    • Imaginarium
Inne wymiary i niewidzialni obcy cudotwórcy


Dlaczego obcy nie chcą z nami rozmawiać? Być może z tego samego powodu, dla którego my nie rozmawiamy z mrówkami. Mniej więcej taka jest bowiem przepaść między nami, a przedstawicielami cywilizacji III rzędu, którzy mogliby nawet zamieszkać w naszym ogródku, a my moglibyśmy tego nie zauważyć.

Równie niesłychana byłaby podróż człowieka przyzwyczajonego do trzech wymiarów w ich wyższe odpowiedniki, które zamieszkiwać mogą istoty posiadające prawie boskie właściwości.

WYWIAD Z MICHIO KAKU

- Jest pan zwolennikiem teorii strun, która mówi o 11 lub 13-wymiarowym wszechświecie. Jak pan sobie wyobraża te dodatkowe wymiary?

- Żyjemy w trójwymiarowym świecie. Nasze wymiary to długość, wysokość, szerokość oraz wymiar dodatkowy, czyli czas. Każdy, kto mówi o wyższych wymiarach bywa nazywany szaleńcem. Kiedy byłem dzieckiem, często chodziłem do japońskiego ogrodu herbacianego w San Francisco, gdzie w płytkim stawie pływały sobie rybki. Wyobrażałem sobie wtedy, że sam jestem jedną z nich. Mogłem pływać w przód i w tył, na prawo i lewo, jednak nie istniała dla mnie koncepcja tego, co znajduje się nad wodą, ponieważ staw był całym moim wszechświatem.

Wyobrażałem sobie, że będą istnieć naukowcy, dla których świat znad tafli będzie zwykłą bujdą, bo przecież nie ma innych wymiarów niż przód, w tył i boki. Nie istnieje coś takiego, jak świat nad wodą. Jest tylko to, co widzimy. A gdyby tak człowiek chwycił jednego z rybich naukowców i uniósł go ponad wodę do hiperprzestrzeni, co by się wówczas stało?

To akurat wiadomo. Ryba znalazłaby się w świecie, gdzie obowiązują zupełnie inne prawa fizyki i gdzie żyją istoty poruszające się bez płetw. Panują też inne prawa biologiczne, gdyż stworzenia te nie potrzebują wody do oddychania. Jak zostałoby to przez nią zrelacjonowane?

Dziś wielu fizyków wierzy w to, że ludzie są jak ryby z przytoczonej opowieści. Spędzamy całe nasze życie w trzech wymiarach, a każdy kto mówi o dodatkowych z nich, uważany jest za głupka. Ale to się zmienia. Dowody na 11 wymiarów (jeden to czas, 10 to wymiary przestrzenne) może przynieść Wielki Zderzacz Hadronów, który kosztował 8 miliardów euro.

Pracujemy obecnie na obszarze tzw. teorii strun, która sprawiła wiele zamieszania w fizyce. Obecnie zajmuje się nią wielu czołowych młodych fizyków z głównych ośrodków badawczych, ale jeszcze moje pokolenie cierpiało z powodu panującego powszechnie przekonania, że to rozważania rodem z serialu Star Trek.

Obecna fizyka dysponuje możliwością zderzania ze sobą atomów, która daje nam dobrą okazję do zrozumienia teorii cząstek i natury materii. Obejmuje to m.in. tzw. Model Standardowy – jedną z najpaskudniejszych teorii, jakie zna nauka. Dlaczego jednak matka natura na podstawowym poziomie zarządza wszystko według niej?

Czy jest to nadrzędna teoria, którą kieruje się natura? Uważam, że jest to jak zestawianie razem mrównika, dziobaka i walenia, wymieszanie ich razem i nazwanie uzyskanego organizmu najdoskonalszym tworem ewolucji. Myślę, że znane nam cząstki to nic więcej jak najniższe oktawy wibrującej struny.

Są to szczególne struny, bowiem kiedy wibrują tworzą „nuty” odpowiadające cząstkom, na które natrafiamy we wszechświecie. Możemy dzięki temu wyjaśnić pochodzenie leptonów, muonów, hadronów, fotonów, neutrin i całej gamy innych cząstek, które stanowią dolną granicę wibracji struny. Normalną cechą strun jest także zdolność ich wibracji w 10 wymiarach, a kiedy dodać membrany, wibrują w 11. Uważamy, że tak rozpoczął się Wielki Wybuch. Chodziło o niestabilność w 11-wymiarowej hiperprzestrzeni.

Einstein chciał odczytać umysł Boga i to stało się jego życiowym celem. Pragnął stworzyć krótkie równanie, które pozwoli mu odczytać „zamiary stwórcy”. Obecnie mamy kandydata do tego tytułu – symbolicznymi myślami Boga może być kosmiczna muzyka rozbrzmiewająca w 11-wymiarowym wszechświecie.

- Czyli Einstein miał rację?

- Był na dobrym tropie, ale nie poszedł za daleko.

- Czy niewidoczne dla nas wymiary mogą mieścić w sobie różnego rodzaju paranormalne fenomeny, takie jak obiekty UFO, duchy, psychokineza itp.?

- Jeszcze jakieś 100 lat temu, na przełomie XIX i XX wieku, w społeczeństwie brytyjskim pojawiła się koncepcja istnienia wyższych wymiarów. Ludzie zaczęli spekulować odnośnie tych spraw, a następnie zadali sobie proste pytanie: jeśli spojrzysz na świat niższego wymiaru, to jak on spojrzy na ciebie?

Ludzie zaczęli uświadamiać sobie, że dla hipotetycznych ludzi mieszkających na płaskim świecie stołowego blatu, trójwymiarowy człowiek wyglądałby jak bóg i byłby zdolny w ich mniemaniu do nadludzkich czynów.

Wyobraźmy sobie umieszczenie mieszkańca dwuwymiarowego „płaskostanu” w więzieniu. Jak? Najlepiej narysować wokół niego okrąg. Hipotetyczny mieszkaniec takiego świata nie mógłby się z niego wydostać, za każdym razem uderzając w ścianę. Z naszego punktu widzenia, najlepiej byłoby mu wydostać się górą, jednak przecież w jego świecie nie istnieje takie pojęcie ani wymiar.

Ale gdyby tak zwyczajnie unieść jednego „Płaskostańczyka” do naszego świata, to co by zobaczył? W czasie podróży do trzech wymiarów widziałby przekrój naszego świata. Nas zobaczyłby w zupełnie innej formie. Gdyby spojrzał na moją klatkę piersiową, zobaczyłby trzy kule – dwa ramiona i tors. Wraz z podróżą ku górze, kule zlałyby się w jedną – mój kark. Nad moją głową dla Płaskostańczyka kule przestałyby być widoczne. Tak patrzeliby na nas mieszkańcy świata o mniejszej liczbie wymiarów. Mieliby nas za bogów, ponieważ jesteśmy stanie przezwyciężyć bariery, które ich obowiązują.

Na początku XX wieku w Anglii zaczęto zadawać sobie pytanie o mieszkańców wyższych wymiarów, to czy mogą przechodzić przez ściany, znikać na własne żądanie i pojawiać się w innych miejscach. Odpowiadano, że taką mocą dysponują jedynie „duchy”.

W tym okresie narodził się nawet specyficzny nurt umysłowy, którego przedstawiciele twierdzili, że duchy zamieszkują wyższe wymiary. Włączył się w to także Kościół, umieszczając w jednym z nich Boga (jeden z teologów stwierdził nawet, że cztery wymiary to dla niego za mało, a Bóg powinien „żyć” w nieskończonej wymiarowo przestrzeni).

Nic jednak nie da się sprawdzić, ponieważ wymiarów tych nie da się zmierzyć, ani zrobić z nimi nic innego. Brak było także związanej z nimi teorii. Wkrótce jednak pojawił się Einstein, który stwierdził, że czwartym znanym nam wymiarem jest czas.

Fizycy zajmujący się teorią strun po 100 latach od tych wydarzeń zaczynają spoglądać na wiele spraw na nowo dochodząc do wniosku, że istnieją inne, wyższe wymiary. Możemy spróbować zmierzyć je dzięki LHC lub przez ciemną materię. Dziś wiemy, że istnieje niewidoczna forma materii, którą właśnie tak nazywamy i która tworzy 23% naszego wszechświata. Jest niewidoczna, ale posiada masę. Mamy nadzieję, że uda nam się znaleźć dowody na jej istnienie, o których mówi teoria strun.

Chcemy zdobyć także bezpośrednie dowody na istnienie równoległych wszechświatów. Jeśli te istnieją obok nas, łamane są prawa Newtona.

Na Uniwersytecie Colorado wykonano pierwszy eksperyment, którego zadaniem był pomiar grawitacji na małą skalę, w celem przetestowania newtonowskiej teorii grawitacji. Wykorzystujemy tę teorię przy okazji statków lub sond kosmicznych, ale nigdy w zastosowaniu np. do wnętrza pokoju. Eksperyment przeprowadzono kilka lat temu i jego wynik był negatywny, choć dla mnie oznacza to, że nie odnaleziono śladów równoległych wszechświatów w Kolorado. Mogą być one jednak w każdym innym miejscu.

- A czy pan doświadczył czegoś niezwykłego?

- Richard Feynman – jeden z ojców współczesnej fizyki, laureat Nobla, zamknięty został kiedyś w komorze hiperbarycznej. Chciał zobaczyć, czy jest w stanie opuścić swe ciało… I udało mu się. Opisał to nawet. Istnieje nawet dość sławny esej dotyczący jego pobytu w komorze, utraty przytomności a następnie uczucia wydostawania się z ciała i oglądania wszystkiego z dystansu.

Pozostaje pytanie, co to wszystko oznacza. On sam nie wiedział, o co dokładnie chodzi, choć porównał to ze śnieniem. Nie uznał tego za sen, choć ciało jest sobie w stanie wyobrazić, że wychodzi z siebie. Nie oznacza to zatem realnego stanu, a jedynie swego rodzaju iluzję.

Jako fizyk pracuje na materiale, który można zmierzyć, przetestować i zbadać w laboratorium. Obecnie trwają badania nad bardzo poważnymi sprawami.

Weźmy na przykład telepatię i psychokinezę. Fizycy podchodzą do tych zjawisk jako czegoś, co można powtórzyć lub zademonstrować w warunkach laboratoryjnych. Dziś wiemy, że przy pomocy skanera MRI możemy „czytać myśli”, prymitywne komunikaty, które tłuką się w naszej głowie.

Dla przykładu, w Japonii pokazuje się ludziom obrazki, a następnie czyta wyniki ich badania na MRI. Dzięki nim można odczytać proste myśli będące reakcją na obserwacje prostych obiektów. W przyszłości technika ta będzie się jednak rozwijać.

Z kolei w przypadku chipów umieszczanych w mózgu, możemy z czasem opanować możliwość kontrolowania przez ten organ przedmiotów wokół. Będzie to zatem dość prymitywna sztuczna forma psychokinezy. Na Brown University przeprowadzono eksperyment, gdzie do zniszczonego w części mózgu ofiary wylewu podłączono urządzenie komunikujące się z laptopem. Dzięki temu, człowiek ten może poruszać kursorem, rozwiązywać krzyżówki, surfować po sieci i pisać e-maile, choć jest sparaliżowany. Dostęp do ludzkich myśli, który kiedyś był niemożliwy, powoli wyjawia nam swoje sekrety.

- A czy uważa pan, że istnieje możliwość poddania nas kontroli myśli poprzez umieszczenie w naszych ciałach implantów?

- Jak na chwilę obecną nie, ponieważ jeśli chcemy, aby dana osoba o czymś pomyślała, musimy jej to pokazać. Nie znamy innej formy projekcji myśli do czyjegoś mózgu. Jeśli uda nam się kiedyś skontaktować z pozaziemskimi cywilizacjami, być może one będą w punkcie rozwoju, w którym możliwy jest dostęp do ludzkiego umysłu bez użycia języka. Na razie jednak jest to dla nas raczkująca technika.

- Aby przemierzać wielkie kosmiczne dystanse, należy poruszać się z prędkością przekraczającą prędkość światła, używać prowadzących na skróty „dziur robaczych” lub ewentualnie posiąść możliwość podróżowania w czasie. Czy zaawansowane cywilizacje mogły wejść w posiadanie których z tych możliwości podróżowania, czy też może na zawsze pozostaną one domeną fantastyki naukowej?

- Po pierwsze, jeśli porozmawia się z przeciętnym uczonym nt. UFO, obcych, podróży międzygalaktycznych i podobnych spraw, spojrzy on w sufit, wzdechnie i zacznie rechotać. Powie, że dystanse między gwiazdami są tak wielkie, że nie istnieją ani UFO ani podróże międzygwiezdne. To jednak tylko punkt widzenia dzisiejszej fizyki. Dziś nie możemy latać do gwiazd, a właściwie nie jesteśmy w stanie dotrzeć nawet do Jowisza.

To jednak ocena z punktu obecnego poziomu rozwoju. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę cywilizację trwającą tysiące czy miliony lat, która jest znacznie bardziej zaawansowana od naszej, otwierają się zupełnie nowe fizyczne możliwości. Pamiętajmy, że w skali kosmosu milion lat to prawie nic, niczym mrugnięcie oka. Ja osobiście nie śmieję się, kiedy ktoś mówi mi o pozaziemskich cywilizacjach, ponieważ być może one istnieją, ale to my jesteśmy jeszcze za głupi, aby je dostrzec.

Jak podbój kosmosu może rozpocząć cywilizacja galaktyczna? Nie wyśle przecież kosmicznego bohatera na podróż od planety do planety, bo to najgłupsza z możliwych metod na eksplorację galaktyki. Istnieją przecież miliardy planet, a na każdą z nich nie da się wysłać oddzielnego statku kosmicznego. Należy stworzyć system samoreplikujących się sond (tzw. sond von Neumanna – od nazwiska fizyka, który wysunął możliwość ich istnienia), które po znalezieniu odpowiedniego miejsca, będą w stanie stworzyć odpowiednie warunki i infrastrukturę do produkcji milionów swoich kopi, które będą podróżować w inne miejsca i robić dokładnie to samo. Miliony wyprodukują kolejne miliony i tak dalej, a w końcu próbniki wypełnią całą galaktykę.

Skąd znamy podobny mechanizm? Chodzi o wirusy, które demonstrują nam, w jak najszybszy sposób jedna cząsteczka może skolonizować cały organizm w krótkim czasie.

Gdzie jeszcze napotkaliśmy podobny scenariusz dotyczący samoreplikujących się próbników? W filmie „2001: Odyseja kosmiczna” – najbardziej realistycznym obrazie ukazującym nam pozaziemską inteligencję.

- Czy możliwy będzie rozwój inteligentnych komputerów, które mogą przejąć nad nami kontrolę?

- Dzisiejsze roboty dysponują inteligencją karalucha. Z ledwością rozpoznają wzory. Są zatem… w miarę głupie. Uważam, że „Odyseja kosmiczna” to kwestia nie 2001 a 2100 roku. W XXII w. będziemy mieli być może czynną bazę na Księżycu. Obecnie jesteśmy jeszcze na tak prymitywnym stopniu rozwoju, że nawet w przypadku wizyty obcych, może ona ujść bez echa. Powiedzmy, że na Księżycu znajduje się liczący miliony lat próbnik pozostawiony przez galaktyczną cywilizację, która przejeżdżała w jego pobliżu, albo używała naszego satelity, jako tymczasowej bazy. Czy się o tym dowiemy. Nie, gdyż jesteśmy jeszcze nazbyt prymitywną cywilizacją.

Jest jeszcze drugie pytanie. Carl Sagan pytał się kiedyś, czy jesteśmy na tyle wysoce zaawansowani, aby mieć pewność, że w naszym sektorze galaktyki nie ma innych zamieszkałych planet. Załóżmy, że istnieje co najmniej jedna cywilizacja o zasięgu galaktycznym i wiele zamieszkałych planet. Czy o nich wiemy? Odpowiedź brzmi: „Nie”.

Powiedzmy, że idziemy sobie leśną dróżką, kiedy nagle widzimy mrowisko. Czy ktoś z nas nachyli się nad mrówkami mówiąc: „Dam wam szkiełka i paciorki, dam wam energię jądrową i życie w raju. Będziecie żyć w mrowiskowej utopii. Prowadźcie do wodza!” Nie. Wręcz przeciwnie, całkiem przypadkowo można kilka z nich zdeptać. Czy budując supernowoczesną autostradę w pobliżu mrowiska sprawimy, że mrówki zadumają się nad naszą myślą techniczną lub będą w stanie wejść w kontakt z pracującymi drogowcami? A może w ogóle nie będą wiedzieć o tym, że tworzą ją ludzie? Nie. Komunikacja również nie wchodzi w grę. Mrówki nie będą wiedzieć, czym jest autostrada, jeżdżące po niej osobówki i ciężarówki.

Różnica między nami a mrówkami nie jest w zasadzie taka duża, w porównaniu do naszego obecnego rozwoju a cywilizacji III rzędu. Jeśli więc nawet przedstawiciele podobnej cywilizacji skryją się u nas w ogródku, możemy o tym nie wiedzieć. Oni mogą właściwie już tu być. Mrówki też obserwują autostradę, ale raczej nie zastanawiają się, co to.

- Czy wierzy pan, że kiedyś powstanie machina czasu?

- Możliwe, bo zdaje się, że nie przeczy to prawom fizyki. Potrzeba jednak do tego ogromnej ilości energii, porównywalnej z energią czarnej dziury.

Einstein mówił, że czas jest jak meandrująca rzeka, jednakże ta może mieć odpływy. Jeśli rzeka czasu dzieli się, być może da się odbywać w niej podróże, bez napotykania się na skomplikowane paradoksy.

Jeśli ktoś cofnie się w czasie do okresu, nim przyszedł na świat i spotka swoją matkę, która… się w nim zakocha, to zaistnieje spory problem. Da się go jednak ominąć, jeśli wszechświat otworzy równoległą gałąź rzeczywistości i w takim scenariuszu podróżnik w czasie spotka nastoletnią matkę kogoś innego, która wygląda jak jego matka, ale nią nie jest.

Nie ma tu żadnych paradoksów. Nie jest to rozwijanie scenariuszów rodem z dzieł science-fiction. Na wszystkie te sprawy istnieją matematyczne równania. Zaproponowano wiele rozwiązań, z których większość zgadza się z poglądami Einsteina. Problemem pozostaje jednak energia. Aby sfinalizować te projekty, potrzebne są jej ogromne ilości. Aby zakrzywić czasoprzestrzeń potrzeba energii gwiazdy. I właśnie tego na początek potrzeba, aby stworzyć maszynę czasu.

- Czy ufolodzy wysuwają jakieś przekonujące pana argumenty?

- Znam wiele opowieści o UFO, ale 99% z nich da się wyjaśnić jako radarowe echo, obserwacje Wenus, sztucznych satelitów, meteorytów czy anomalii pogodowych. Ale zawsze pozostaje ten jeden procent. Choćby ten słynny przypadek, który relacjonowali piloci JAL (Japan Airlines) nad Alaską.

Najtrudniejsze do wyjaśnienia są przypadki obejmujące rejestracje radarowe z równoczesnymi naocznymi obserwacjami licznych świadków, np. załogi samolotu.

Ale taki ufologiczny stan rzeczy, jak obecnie, trwać będzie w nieskończoność. Zawsze znajdzie się ktoś twierdzący, że coś widział i ludzie próbujący ustalić, co to było. Potrzebujemy jednak znacznie twardszych dowodów, tj. obcego DNA. Jeśli je pozyskamy, potwierdzi się hipoteza mówiąca, że naszą planetę odwiedzają kosmici. Na razie jednak go nie mamy.

Druga sprawa to oczywiście egzemplarz pozaziemskiego statku, który uciąłby wszelkie spekulacje związane z istnieniem kultury obcych, odmiennej od naszej. Niektórzy mówią nawet, że nasza technologia pochodzi od obcych, ale nie da się tego w żaden sposób przetestować…

- Technologia wykradziona obcym?

- Nie da się tego sprawdzić. Można stwierdzić, że to raczej nieprawda, gdyż istniało wielu uczonych pracujących nad swoimi wynalazkami w cierpliwości i wielkim skupieniu, bez odwoływania się do czytania w myślach. Kiedy jednak mówi się o odwiedzinach obcych, potrzeba twardych dowodów – ich DNA lub pojazdu. Dopóki tego mieć nie będziemy, sytuacja się nie zmieni a ludzie zawsze będą spierać się czy dane UFO to latający spodek czy może zwyczajny meteor.

- Niektórzy twierdzą, że kosmici mogą się dobrze maskować.

- Może i my niedługo będziemy również móc to robić. W ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat wypracujemy technikę „niewidzialności”. Może rzeczywiście tu są, może są niewidoczni. Na razie tego nie wiemy i być może nigdy się nie dowiemy.

Osobiście uważam, że możemy być dla obcych niezbyt interesujący. Być może odwiedzają nas raz na jakiś czas i to na krótko, ale nie wdają się z nami w konwersację. Dlaczego? A czy my rozmawiamy z mrówkami?

Cierpimy na megalomanie i uznajemy, że przybędą oni do nas i przekażą nam wszelkie dobrodziejstwa swojej techniki. Ale po co mieliby to robić? Nie jesteśmy dla nich interesujący. Jeśli opanowali oni możliwość podróży od gwiazdy do gwiazdy, są pewnie cywilizacją starszą od naszej o jakieś 2000 lat, a my nie obchodzimy ich zupełnie.

Źródło: Fate Magazine
Tłumaczenie i źródło polskie: Infra
http://wolnemedia.net/nauka/inne-wymiary-i-niewidzialni-obcy-cudotworcy/
Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!
www.imaginarium.org.pl

Offline Michał-Anioł

  • między niebem a piekłem
  • Moderator Globalny
  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1338
  • Płeć: Mężczyzna
  • Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym
    • Zobacz profil
    • Imaginarium
<a href="http://www.youtube.com/watch?v=HyPzRlx1F8c" target="_blank">http://www.youtube.com/watch?v=HyPzRlx1F8c</a>

<a href="http://www.youtube.com/watch?v=wG232yd4Ngc" target="_blank">http://www.youtube.com/watch?v=wG232yd4Ngc</a>
Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!
www.imaginarium.org.pl

Offline robertcb

  • Nowy użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 2
    • Zobacz profil
    • CB Radio porady
    • Email
Zainteresowanym kwantową teorią wielu światów i świadomości - polecam ten artykuł.

http://radioamator.elektroda.eu/swiadomosc.html

lub wpiszcie w wyszukiwarkę: świadomość to nie mózg