Choose fontsize:
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
 
  W tej chwili nie ma nikogo na czacie
Strony: 1   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Wykład noblowski Schrödingera o podstawach falowej natury materii (tłumaczenie)  (Przeczytany 2726 razy)
0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.
SasQ
Moderator
Zaawansowany użytkownik
*****
Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 270


Quanta rhei... :-)

5127368

Saskachewan sasq
Zobacz profil WWW Email
« : Październik 08, 2015, 01:33:35 »


Siema Uśmiech

Znalazłem niedawno ciekawy wykład Erwina Schrödingera, jaki przedstawił na bankiecie podczas odbierania nagrody Nobla w 1933 roku, i postanowiłem go dla Was przetłumaczyć na język polski Uśmiech Bardzo dobrze widać w nim punkt widzenia Schrödingera na współczesną mu fizykę kwantową, i jak dominuje w nim spojrzenie od strony klasycznej teorii falowej, zamiast uciekać się do wariackich idei z prawdopodobieństwem znalezienia punktowych cząstek w danym miejscu Z politowaniem Pokazuje, jak proste zjawiska falowe mogą w prosty sposób wyjaśniać wiele zjawisk, które z punktu widzenia punktowych cząstek i "promieni światła" (trajektorii) wydają się paradoksalne i przeczące zdrowemu rozsądkowi figielek Wiele z jego przemyśleń pokrywa się z moimi własnymi dociekaniami jupi A przy tym, jak na fizyka kwantowego, jego wyjaśnienia są bardzo przejrzyste i zrozumiałe, co współcześnie jest rzeczą niespotykaną. I za to należą mu się wielkie brawa brawa

OK, to tyle wstępu. Poniżej zamieszczam swoje tłumaczenie jego wykładu.
Być może później, jak Wam się spodoba, i jak znajdę znów trochę wolnego czasu, to opiszę jeszcze trochę o swoich własnych przemyśleniach na ten temat.



ERWIN SCHRÖDINGER
Fundamentalna idea mechaniki falowej
Wykład noblowski z 12 Grudnia 1933 r.


Przechodząc przez przyrząd optyczny, taki jak teleskop lub soczewka aparatu fotograficznego, promień światła ulega zmianie kierunku na każdej załamującej lub odbijającej powierzchni. Możemy zrekonstruować ścieżki takich promieni, jeśli znamy dwa proste prawa, które rządzą zmianami kierunku: prawo załamania, które zostało odkryte przez Snella kilkaset lat temu, oraz prawo odbicia, z którym Archimedes był obeznany już ponad 2000 lat temu. Rys. 1 pokazuje prosty przykład, w którym promień światła A-B ulega załamaniu na każdej z czterech powierzchni brzegowych dwóch soczewek, zgodnie z prawem Snella.


Rys. 1

Fermat zdefiniował całkowitą ścieżkę promienia świetlnego z dużo bardziej ogólnego punktu widzenia. W różnych ośrodkach światło rozchodzi się z różnymi prędkościami, a trasa promienia sprawia wrażenie jakby światło musiało dotrzeć do celu tak szybko jak to możliwe. (Nawiasem mówiąc, możemy tutaj rozważać dowolne dwa punkty na trasie promienia jako początkowy i końcowy.) Nawet najmniejsze odchylenie od ścieżki, którą światło faktycznie wybrało, musiałoby oznaczać dodatkowe opóźnienie. To jest słynna reguła najktórszego czasu Fermata, która w cudowny sposób w jednym zdaniu całkowicie determinuje los promienia światła, a także zawiera bardziej ogólny przypadek, w którym natura ośrodka nie zmienia się nagle na granicy poszczególnych powierzchni, lecz płynnie z jednego miejsca w inne. Ziemska atmosfera jest dobrym tego przykładem: im bardziej wgłąb niej penetruje promień światła przychodzący z zewnątrz, tym wolniej on postępuje w coraz gęstszym powietrzu. Mimo, że różnice w prędkości rozchodzenia się są nieskończenie małe, zasada Fermata także i w tych okolicznościach wymaga, by promień światła uginał się w stronę Ziemi (patrz Rys. 2) w taki sposób, by przebywał nieco dłużej w wyższych warstwach atmosfery, w których może poruszać się "szybciej", i dzięki temu dotarł do celu prędzej, niż gdyby podróżował po krótszej, prostej ścieżce (linia przerywana na rysunku; na razie nie przejmujcie się kwadratem W W W1 W1.)


Rys. 2

Myślę, iż żaden z was nie omieszkał zaobserwować, że gdy Słońce jest nisko na horyzoncie, wydaje się nie być idealnie okrągłe, lecz lekko spłaszczone: jego pionowa średnica wydaje się być skrócona. Jest to wynikiem krzywizny promieni światła.

Według falowej teorii światła, promienie świetlne, mówiąc ściśle, mają jedynie fikcyjne znaczenie. Nie są one fizycznymi ścieżkami jakichś cząstek światła, lecz są zaledwie matematycznym narzędziem, tak zwanymi prostopadłymi trajektoriami czół falowych, niejako wyobrażonymi liniami pomocniczymi, które wskazują w kierunku prostopadłym do czoła fali, w którym to kierunku owa fala postępuje (por. Rys. 3, który pokazuje najprostszy przypadek współśrodkowych sferycznych czół falowych i odpowiednio prostoliniowych promieni, podczas gdy Rys. 4 ilustruje przypadek zakrzywionych promieni).


Rys. 3

Rys. 4

To dość zaskakujące, że ogólna zasada tak ważna, jak zasada Fermata, odwołuje się wprost do tych matematycznych linii pomocniczych, zamiast do struktur falowych, i ktoś mógłby być skłonny z tego powodu uznać je (struktury falowe – przyp. tłum.) za zaledwie matematyczną ciekawostkę. Nic bardziej mylnego! Dopiero z punktu widzenia teorii falowej można poprawnie zrozumieć tę zasadę i przestaje ona wtedy być niewytłumaczalnym boskim cudem. Z falowego punktu widzenia, owa tak zwana krzywizna promienia świetlnego jest o wiele łatwiejsza do zrozumienia jako zbaczanie czoła fali, które z oczywistych względów musi zachodzić, gdy sąsiednie części czoła fali postępują z różną szybkością; w dokładnie ten sam sposób jak kompania żołnierzy piechoty maszerująca naprzód wykona rozkaz "w prawo skręt" poprzez różne długości kroków stawianych przez poszczególnych ludzi: prawy skrzydłowy najkrótsze, a lewy skrzydłowy najdłuższe. W przykładzie z załamaniem światła w atmosferze (Rys. 2) fragment czoła fali W W musi koniecznie skręcać w prawo, w stronę W1 W1, ponieważ jego lewa połówka jest położona w nieco wyższej, rzadszej warstwie powietrza, i z tego powodu postępuje szybciej, niż prawa połówka w niższej warstwie. (Mimochodem chciałbym się odnieść do jednego przypadku, w którym punkt widzenia Snella zawodzi: według niego promień światła wysłany poziomo powinien pozostać poziomy, ponieważ współczynnik załamania nie zmienia się w tym kierunku! W rzeczywistości poziomo wysłany promień światła zachowuje się jednak inaczej: ugina się dużo mocniej, niż jakikolwiek inny, co jest oczywistym następstwem teorii zbaczania czoła fali.) Po dokładniejszym zbadaniu, zasada Fermata okazuje się być całkowicie równoważna trywialnemu i oczywistemu stwierdzeniu, że — mając dany lokalny rozkład prędkości światła w ośrodku — czoło fali musi zbaczać w opisany wyżej sposób. W obecnych okolicznościach nie mogę przedstawić dowodu, lecz pozwólcie, że przynajmniej spróbuję uczynić to dla was bardziej wiarygodnym. Jeszcze raz poproszę was o wyobrażenie sobie szeregu żołnierzy maszerujących naprzód. By upewnić się, że linia pozostaje w szyku, niech żołnierze będą połączeni długim prętem, który każdy z żołnierzy trzyma mocno w swoich rękach. Nie otrzymali żadnych rozkazów na temat kierunku marszu; jedynym rozkazem jest: niech każdy żołnierz maszeruje lub biegnie naprzód tak szybko, jak tylko może. Jeśli natura terenu zmienia się stopniowo z jednego miejsca w inne, to raz lewe, raz prawe skrzydło okaże się postępować szybciej, więc zmiany kierunku maszerującego szeregu będą następować spontanicznie. Po upłynięciu jakiegoś czasu można będzie zaobserwować, że całkowita przebyta przez nich ścieżka nie będzie linią prostą, lecz porykrzywianą na różne sposoby. Fakt, że ta zakrzywiona ścieżka jest dokładnie tą, wzdłuż której cel osiągany w każdej chwili może być osiągnięty najszybciej odpowiednio do natury terenu, można uznać za przynajmniej dość wiarygodny, jako że każdy z żołnierzy poruszał się najszybciej jak tylko mógł. Będzie też widoczne, że zbaczanie występuje za każdym razem od strony, z której teren jest trudniejszy do przebycia, co koniec końców będzie wyglądało tak, jakby żołnierze celowo "obchodzili dookoła" miejsca, w których postępowaliby wolniej.

Tak więc zasada Fermata wydaje się być trywialną kwintesencją teorii falowej. Dlatego było pamiętnym wydarzeniem odkrycie dokonane przez Hamiltona, że prawdziwy ruch punktowych mas w polu siłowym (np. planety na orbicie wokół słońca, albo kamienia rzuconego w polu grawitacyjnym Ziemi) także jest rządzony przez bardzo podobną ogólną zasadę, która odtąd nosi imię jej odkrywcy i uczyniła go sławnym. Co prawda zasada Hamiltona nie mówi wprost, że punktowa masa wybiera najszybszą ścieżkę, mówi jednak coś bardzo podobnego – analogia z regułą trasy o najkrótszym czasie podróży dla światła jest tak wyraźna, że stanęliśmy przed nie lada zagwozdką. Wyglądało to tak, jakby Przyroda wynalazła jedno i to samo prawo dwukrotnie, na dwa różne sposoby: najpierw w odniesieniu do światła, za pomocą dość oczywistej gry promieni świetlnych; a następnie raz jeszcze w odniesieniu do mas punktowych, co nie było wcale oczywiste, chyba że w jakiś sposób falowa natura miałaby być przypisywana także masom punktowym. A to wydawało się niemożliwe do zrobienia, ponieważ "masami punktowymi", dla których prawa mechaniki były w owym czasie tak naprawdę potwierdzone eksperymentalnie, były tylko te większe, widoczne gołym okiem, często bardzo duże ciała, takie jak planety, dla których coś takiego, jak "natura falowa", wydawało się nie wchodzić w grę.

Najmniejsze, elementarne składniki materii, które dziś, dużo bardziej dokładnie, nazywamy "masami punktowymi", były wtedy czysto hipotetyczne. Dopiero po odkryciu radioaktywności ciągłe udoskonalanie metod pomiarowych pozwoliło na dokładniejsze zbadanie właściwości tych cząstek, a teraz pozwalają nawet na fotografowanie i bardzo dokładne mierzenie ścieżek takich cząstek (stereofotogrammetrycznie) dzięki genialnej metodzie C. T. R. Wilsona (komory mgłowe – przyp. tłum.). Tak dalece, jak tylko sięgają nasze pomiary, potwierdzają one, że te same prawa mechaniki są poprawne tak dla cząstek, jak dla większych ciał, takich jak planety itp. Jednakowoż zostało odkryte, że ani molekuła chemiczna, ani pojedynczy atom nie może być uznany za "najmniejszy element składowy", lecz nawet atom jest układem mającym wysoce złożoną strukturę. W naszych głowach zostały uformowane obrazy struktury atomów składających się z cząstek; obrazy, które wydają sie mieć pewne podobieństwo do układów słonecznych (z planetami krążącymi wokół słońca – przyp. tłum.). Wydawało się więc naturalnym, że powinniśmy najpierw spróbować rozważyć jako poprawne te same prawa ruchu, które okazały się być tak zadziwiająco zadowalające w dużej skali. Innymi słowy, mechanika Hamiltona, która, jak wcześniej wspomniałem, znajduje zwieńczenie w zasadzie Hamiltona, została zastosowana także do "życia wewnętrznego" atomu. Jednak fakt, że istnieje bardzo wyraźna analogia między zasadą Hamiltona a optyczną zasadą Fermata, stał się chwilowo całkowicie zapomniany. Jeśli nawet ktoś sobie o niej przypomniał, to traktowano ją jako zaledwie ciekawą właściwość matematycznej teorii.

W tej chwili, bez dalszego zagłębiania się w szczegóły, bardzo trudnym byłoby przekazać właściwe pojęcie na temat sukcesu lub porażki tych obrazów atomu z mechaniki klasycznej. Z jednej strony, zasada Hamiltona w szczególności dowiodła, że jest najbardziej zasłużoną i niezawodną pomocą, z której po prostu nie dało się zrezygnować; z drugiej strony, by oddać sprawiedliwość faktom, musimy znosić szorstkie zakłócenia w postaci całkowicie nowych, niezrozumiałych postulatów, tych tak zwanych kwantowych warunków i kwantowych postulatów. Ostra dysharmonia w symfonii klasycznej mechaniki – a mimo to dziwnie znajoma – grana niejako na tym samym instrumencie. W kategoriach matematycznych możemy to sformułować w następujący sposób: podczas gdy zasada Hamiltona zaledwie postuluje, że dana całka musi osiągać minimum, nie określając wartości liczbowej tego minimum, dochodzi do tego teraz wymóg, by wartość liczbowa tego minimum była ograniczona do całkowitych wielokrotności pewnej uniwersalnej stałej, tak zwanego kwantu akcji Plancka (znanego także jako stała Plancka – przyp. tłum.). Nawiasem mówiąc, właśnie ta sytuacja była dość desperacka. Gdyby stara mechanika całkowicie zawiodła, nie byłoby aż tak źle. Otwarłoby to bowiem drogę dla rozwoju nowego systemu mechaniki. Jednak w takiej postaci, napotakliśmy na trudne zadanie ocalenia ducha starego systemu, którego wpływ wyraźnie dzierżył władzę w tym mikrokosmosie, jednocześnie niejako schlebiając mu, by zaakceptował kwantowe warunki nie jako obrzydliwe zaburzenie, lecz jako wypływające z jego własnej najgłębszej esencji.

Rozwiązanie leży właśnie w możliwości, wskazanej już powyżej, przypisania zasadzie Hamiltona także odpowiedzialności za działanie mechanizmu falowego, na którym procesy punktowej mechaniki są w gruncie rzeczy oparte, podobnie jak przywykliśmy robić dla zjawisk związanych ze światłem i rządzącą nimi zasadą Fermata. Niewątpliwie, pojedyncza ścieżka punktowej masy traci swe właściwe fizyczne znaczenie i staje się równie fikcyjna, jak pojedynczy wyizolowany promień światła. Jednakże esencja tej teorii, czyli zasada minimalnej akcji, nie tylko pozostaje nietknięta, ale nawet ujawnia swe prawdziwe i proste znaczenie jedynie gdy rozpatrujemy ją z punktu widzenia falowego, jak już zostało wyjaśnione. Mówiąc ściślej, ta nowa teoria w gruncie rzeczy nie jest taka nowa, jest ona kompletnie organicznym rozwinięciem, kuszącym jest nawet rzec, bardziej rozwinięteym przedstawieniem starej teorii.

Jak to się więc stało, że to nowe, bardziej "rozwinięte" przedstawienie tej teorii doprowadziło do znacząco różnych wyników? Co pozwoliło jej, po zastosowaniu do atomu, na zażegnanie trudności, których stara teoria nie potrafiła rozwiązać? Co pozwoliło jej, by uczynić to okropne zaburzenie akceptowalnym, albo nawet oswoić go?

I znów, te sprawy najlepiej jest zilustrować poprzez analogię z optyką. W rzeczy samej, dość adekwatnie nazwałem zasadę Fermata kwintesencją falowej teorii światła. Niemniej, nie może ona uczynić zbędnym dokładniejszego zbadania samego procesu falowego. Tak zwane zjawiska załamania i interferencji światła mogą być zrozumiane jedynie jeśli prześledzimy proces falowy w szczegółach, bo ważny jest nie tylko ostateczny cel podróży fali, lecz także czy w danym momencie dociera tam szczyt fali, czy dolina. W starszych, mniej dokładnych układach eksperymentalnych te zjawiska występowały jedynie jako drobne szczegóły i umykały obserwacji. Lecz gdy już zostały zauważone i poprawnie zinterpretowane, czyli za pomocą fal, było już łatwo opracować eksperymenty, w których falowa natura światła znajdowała wyraz nie tylko jako drobne szczegóły, lecz także w dużo większej skali w całościowym charakterze zjawiska.

Pozwólcie, że zilustruję to dwoma przykładami. Pierwszym jest przykład przyrządu optycznego, takiego jak teleskop, mikroskop itp. Celem jest uzyskanie ostrego obrazu, toteż pożądane jest, by wszystkie promienie światła wychodzące z danego punktu zbiegały się ponownie do punktu, tak zwanego ogniska (por. Rys. 5a). Początkowo wierzono, że to jedynie geometryczno-optyczne trudności uniemożliwiały osiągnięcie tego celu: w rzeczy samej są one dość znaczące. Później jednak odkryto, że nawet w najlepiej zaprojektowanym przyrządzie skupianie promieni było znacznie gorsze, niż można by oczekiwać gdyby każdy z promieni dokładnie spełniał zasadę Fermata niezależnie od sąsiednich promieni.


Rys. 5

Światło, które wychodzi z punktu i jest odbierane przez przyrząd, nie zbiega się po drugiej stronie przyrządu ponownie do punktu, lecz jest rozmieszczone w obrębie małego okrągłego obszaru, tak zwanego dysku dyfrakcyjnego, który w większości przypadków jest kołem tylko dlatego, że kontury przesłon i soczewek są na ogół kołowe. A to dlatego, że przyczyną zjawiska, które nazywamy dyfrakcją, jest to, że fale sferyczne wychodzące z rozważanego punktu nie mogą być w całości złapane przez przyrząd. Krawędzie soczewek i wszelkie przesłony wycinają zaledwie fragment czoła fali (por. Rys. 5b) i – jeśli pozwolicie mi użyć bardziej sugestywnego wyrażenia – uszkodzone obrzeża opierają się ścisłemu skupieniu do punktu i tworzą odrobinę rozmyty lub niewyraźny obraz. To, w jakim stopniu obraz jest rozmyty, jest ściśle powiązane z długością fali światła i jest całkowicie nieuniknione z powodu tej głęboko zakorzenionej teoretycznej zależności. Z początku z trudem dostrzegana, rządzi ona i ogranicza funkcjonowanie nowoczesnego mikroskopu, który opanował wszelkie inne błędy odtworzenia obrazu. Obrazy uzyskane dla struktur niewiele większych lub nawet dużo mniejszych od długości fali światła są albo ledwie podobne, albo zupełnie nie podobne do oryginału.

Drugim, nawet prostszym przykładem, jest cień nieprzezroczystego obiektu rzucany na ekran przez małe punktowe źródło światła. Aby skonstruować kształt cienia, musimy prześledzić każdy promień światła i ustalić, czy ów nieprzezroczysty przedmiot przeszkadza mu w dotarciu do ekranu, czy nie. Obrzeże cienia jest tworzone przez te promienie światła, które zaledwie otarły się o krawędź tego ciała. Doświadczenie pokazuje, że obrzeże cienia nie jest całkowicie ostre nawet gdy użyjemy bardzo punktowego źródła światła, a obiekt rzucający cień ma bardzo ostre krawędzie. Powód tego jest dokładnie ten sam, co w pierwszym przykładzie: czoło fali jest niejako rozdzierane na pół przez owo ciało (por. Rys. 6), a ślady tego rozdarcia skutkują rozmyciem krawędzi cienia, co byłby nie do pomyślenia, gdyby poszczególne promienie światła były niezależnymi bytami postępującymi niezależnie od siebie bez względu na swoich sąsiadów.

To zjawisko – które także nazywane jest dyfrakcją – nie jest z reguły zbyt łatwe do zaobserwowania dla dużych ciał. Lecz gdy ciało rzucające cień jest bardzo wąskie choćby w jednym kierunku, dyfrakcja znajduje wyraz po pierwsze w tym, że nie tworzy się żaden właściwy cień, a po drugie – co bardziej zaskakuje – w tym, że owo niewielkie ciało samo w sobie staje się niejako źródłem światła i wypromieniowuje światło we wszystkich kierunkach (gwoli ścisłości: preferując małe kąty względem kierunku padającego światła).


Rys. 6

Bez wątpienia każdy z Was tu zgromadzonych jest zaznajomiony z tak zwanymi "drobinkami kurzu" ukazującymi sie w snopie światła wpadającego do ciemnego pomieszczenia. Cienkie źdźbła trawy i pajęcze nici na wniesieniu wzgórza, zza którego przeziera słońce, czy choćby kręte loki włosów człowieka mającego słońce za sobą, często w tajemniczy sposób rozświetlają się rozproszonym światłem. Bazuje na tym także widoczność dymu i mgły. Tak naprawdę światło to nadchodzi nie z owego ciała, lecz z jego najbliższego otoczenia: obszaru, w którym znacząco zaburza ono padające nań czoła fal. Interesującą i ważną dla dalszego wywodu jest obserwacja, że obszar zaburzenia zawsze i w każdym kierunku rozciąga się co najmniej na jedną lub kilka długości fali, bez względu na to, jak mała jest zaburzająca cząstka. Dlatego więc, po raz kolejny, obserwujemy ścisły związek między zjawiskiem dyfrakcji i długością fali. Chyba najlepiej to zilustrować odwołując się do innego procesu falowego, czyli dźwięku. Z powodu o wiele większej długości fali, która jest rzędu centymetrów i metrów, tworzenie się cieni jest dużo mniejsze w przypadku dźwięku, a dyfrakcja zaczyna odgrywać główną, i praktycznie istotną rolę: możemy z łatwością słyszeć człowieka krzyczącego zza wysokiego muru lub zza rogu solidnego domu, nawet jeśli nie możemy go zobaczyć.

Wróćmy jednak z optyki do mechaniki i przebadajmy tę analogię w całej rozciągłości. W optyce staremu podejściu do mechaniki odpowiada operowanie w umyśle na oddzielnych i wzajemnie niezależnych promieniach światła. Nowej mechanice falowej odpowiada falowa teoria światła. Tym, co zyskujemy na zmianie starego punktu widzenia na nowy, jest fakt, że zjawiska dyfrakcji mogą być wcielone do teorii. Lepiej rzecz ujmując: zyskujemy coś, co jest ściśle analogiczne do zjawiska dyfrakcji światła, i co w dużej skali musi być bardzo mało ważne, bo w przeciwnym razie stary punkt widzenia na mechanikę nie dawałby nam pełnej satysfakcji przez tak długi czas. Jednakowoż łatwo się domyślić, że to drobne, pomijane wcześniej zjawisko może w pewnych okolicznościach bardzo mocno dać o sobie znać, zdominuje całkowicie proces mechaniczny, i skonfrontuje stary system z niemożliwymi do rozwiązania zagadkami, gdy cały mechaniczny system ma rozmiary porównywalne w pewnym zakresie z długościami "fal materii", które grają taką samą rolę w procesach mechanicznych, jak ta odgrywana przez fale światła w procesach optycznych.

To właśnie jest powód, dla którego w tych maleńkich układach, atomach, stary punkt widzenia musiał zawieść. Mimo, że pozostawał nietknięty jako dobre przybliżenie dla wielkoskalowych procesów mechanicznych, nie jest on już odpowiedni dla delikatnych oddziaływań w obszarach o rzędzie wielkości jednej lub kilku długości fali. Zdumiewającym było obserwować sposób, w jaki te wszystkie dziwne dodatkowe wymagania wynikają naturalnie z nowego, falowego punktu widzenia, podczas gdy w starym punkcie widzenia musiały być wymuszane, by dostosować go do wewnętrznego życia atomu i dostarczyć jakichkolwiek wyjaśnień dla obserwowanych faktów.

Tak więc, kluczowym punktem całej sprawy jest fakt, że średnice atomów i długości fali hipotetycznych fal materii są w przybliżeniu tego samego rzędu wielkości. I teraz nie można uniknąć pytania, czy powinniśmy uznać to za zwykły przypadek, że w naszej nieustannej analizie struktury materii powinniśmy napotkać rząd wielkości długości fali w tym punkcie z wielu możliwych, czy może jest to w pewnym stopniu zrozumiałe. Co więcej, możecie zapytać, skąd wiemy, że właśnie tak jest, skoro fale materii są całkowicie nowym wymaganiem tej teorii, nie spotykanym nigdzie indziej? A może po prostu jest to założenie, które musiało zostać powzięte?

Zgodność między rzędami wielkości nie jest jedynie przypadkiem, ani też żadne szczególne założenie na jej temat nie jest konieczne; wynka ono automatycznie z teorii, w taki oto znaczący sposób: Fakt, że masywne jądro atomu jest o wiele mniejsze niż sam atom, i dlatego może być uznane za centralny punkt przyciągania, możemy na potrzeby dalszej argumentacji uznać za potwierdzone eksperymentalnie przez eksperymenty z rozpraszaniem promieniowania alfa dokonane przez Rutherforda i Chadwicka. Zamiast elektronów wprowadzamy hipotetyczne fale, których długości fali pozostają kwestią całkowicie otwartą, ponieważ jeszcze nic o nich nie wiemy. To pozostawia w naszych obliczeniach literę, powiedzmy a, oznaczającą wciąż nie poznaną liczbę. Przywykliśmy jednak do takich sytuacji w naszych obliczeniach i nie przeszkadza nam to obliczyć, że jądro atomu musi wytwarzać jakiś rodzaj zjawiska dyfrakcji w tych falach, podobnie jak robi to maleńka cząstka kurzu skąpana w falach światła. Analogicznie wynika z tego, że istnieje ścisły związek między rozmiarem otaczającego jądro obszaru interferencji a długością fali, i że te dwie rzeczy mają ten sam rząd wielkości. To, jaki on jest, musimy pozostawić jako kwestię otwartą; lecz następuje teraz najważniejszy krok: rozpoznajemy ów obszar interferencji, owo halo dyfrakcyjne, jako atom; stwierdzamy, że atom w rzeczywistości jest zaledwie zjawiskiem dyfrakcji fali elektronowej schwytanej niejako przez jądro atomu. Nie jest już dłużej kwestią przypadku, że rozmiar atomu i długość fali są tego samego rzędu wielkości: jest to rzeczą oczywistą. Nie znamy dokładnej wartości liczbowej żadnej z nich, ponieważ wciąż mamy w naszych obliczeniach tę jedną nieznaną stałą, którą nazwaliśmy a. Istnieją jednak dwa możliwe sposoby na określenie jej, które dostarczają sposób na ich wzajemne sprawdzenie. Po pierwsze, możemy dobrać ją w taki sposób, że przejawy życia atomu, w szczególności wysyłane przez niego linie widmowe, wyjdą poprawnie ilościowo; koniec końców te rzeczy potrafimy już zmierzyć bardzo dokładnie. Po drugie, możemy dobrać a w taki sposób, by halo dyfrakcyjne przybrało rozmiar wymagany dla atomu. Te dwa sposoby określenia wartości a (z których ten drugi jest, trzeba przyznać, o wiele mniej dokładny, ponieważ "rozmiar atomu" nie jest precyzyjnie zdefiniowanym pojęciem) są w dokładnej zgodności ze sobą nawzajem. Po trzecie i ostatnie, możemy zauważyć, że stała pozostająca nieznana, mówiąc w języku fizyki, nie ma w istocie wymiaru długości, lecz akcji, czyli energia × czas. Jest więc oczywistym krokiem podstawienie za nią liczbowej wartości uniwersalnego kwantu akcji Plancka (czyli stałej Plancka – przyp. tłum.), która jest bardzo dokładnie znana z praw promieniowania cieplnego. Widać będzie, że powracamy z pełną, teraz już znaczącą dokładnością do pierwszego (najdokładniejszego) jej określenia.

Mówiąc ilościowo, teoria ta z tego powodu sprawdza się nieźle przy minimalnym zestawie nowych założeń. Zawiera tylko jedną osiągalną stałą, dla której musimy przypisać liczbową wartość znaną ze starszej wersji teorii kwantowej. Po pierwsze po to, by przypisać halo dyfrakcyjnym poprawny rozmiar, by mogły być w rozsądny sposób rozpoznane jako atomy. I po drugie po to, by oszacować ilościowo i poprawnie wszelkie przejawy życia atomu: światło wypromieniowywane z niego, energię jonizacji itp.

Starałem się przedstawić przed wami fundamentalną ideę falowej teorii materii w najprostszej możliwej postaci. Muszę teraz przyznać, że z chęci nie gmatwania tych idei od samego początku, poczyniłem sporo nadmiernych uproszczeń. Nie ze względu na wysoki stopień, w jakim wszystkie wystarczające, ostrożnie wyciągane wnioski są potwierdzone przez doświadczenie, lecz ze względu na konceptualną łatwość i prostotę, z jaką te wnioski mogą zostać osiągnięte. Nie mówię tutaj o matematycznych trudnościach, które ostatecznie zawsze okazują się być trywialne, lecz o trudnościach konceptualnych. Oczywiście łatwo jest powiedzieć, że przebyliśmy drogę od pojęcia zakrzywionej ścieżki do systemu czół falowych prostopadłych do niej. Jednak owe czoła fali, nawet jeśli rozważymy jedynie niewielkie ich części (patrz Rys. 7), zawierają zawsze przynajmniej wąską wiązkę możliwych zakrzywionych ścieżek, do których wszystkich stoją one w tej samej zależności (są do nich prostopadłe – przyp. tłum.).


Rys. 7

Według starego punktu widzenia, lecz nie według nowego, jedna z tych ścieżek w każdym konkretnym wyodrębnionym przypadku, wyróżnia się od wszystkich pozostałych, które są "jedynie potencjalnie możliwe", jako że jest ona tą "faktycznie przebytą". Stajemy tutaj przed pełną siłą logicznie przeciwstawnych podejść:
           albo jedno, albo drugie (mechanika punktowych cząstek)
oraz
           jedno i drugie (mechanika falowa)

To nie miałoby zbytniego znaczenia, gdyby stary system miał być porzucony całkowicie i zostać zastąpiony nowym. Niestety tak nie jest. Z punktu widzenia mechaniki falowej, nieskończony szereg możliwych tras punktu byłby jedynie fikcyjny, a żadna z tych tras nie miałaby pierwszeństwa ponad innymi do bycia tą rzeczywiście przebywaną w danym przypadku. Jednakże, jak już wspomniałem, zaobserwowaliśmy już takie ścieżki pojedynczych cząstek w pewnych sytuacjach. Teoria falowa albo nie może tego reprezentować wcale, albo tylko w bardzo niedoskonały sposób. Jest dla nas kłopotliwie trudnym interpretować ślady, które widzimy, jako nic więcej poza wąskimi wiązkami równie możliwych ścieżek, między którymi czoła fal ustanawiają wzajemne połączenia. Jednak te wzajemne połączenia są niezbędne dla zrozumienia zjawisk dyfrakcji i interferencji, które mogą być zademonstrowane dla tej samej cząstki z tą samą wiarygodnością – i to również w dużej skali, a nie tylko jako następstwo teoretycznych idei na temat wnętrza atomu, o którym wspomnieliśmy wcześniej. Warunki są wprawdzie takie, że zawsze możemy się obyć w każdym konkretnym indywidualnym przypadku bez tych dwóch różnych aspektów prowadzących do różnych oczekiwań co do wyniku pewnych eksperymentów. Nie możemy jednak obyć się bez tak starych, znajomych i z pozoru niezbędnych pojęć jak "rzeczywiste" czy "jedyne możliwe"; nigdy nie jesteśmy upoważnieni by powiedzieć co naprawdę jest lub co naprawdę się dzieje, lecz możemy jedynie powiedzieć co będzie obserwowane w danym konkretnym indywidualnym przypadku. Czy będziemy musieli trwale zadowalać się takim podejściem...? Zasadniczo, tak. Zasadniczo, nie ma niczego nowego w postulacie, że ostatecznie nauka ścisła nie powinna mieć na celu nic więcej poza opisywaniem tego, co może być faktycznie obserwowane. Pytanie brzmi tylko czy od teraz będziemy musieli się powstrzymać od dorabiania opisu do czystej hipotezy na temat prawdziwej natury świata. Jest wielu, którzy chcieliby ogłosić taką rezygnację nawet dziś. Ja jednak wierzę, że to oznacza zbytnie pójście na łatwiznę.

Zdefiniowałbym obecny stan naszej wiedzy w następujący sposób: Promień światła, lub ścieżka cząstki, odpowiada podłużnemuj charakterowi procesu propagacji fali (tj. w kierunku owej propagacji), natomiast czoło fali odpowiada poprzecznemu charakterowi (tj. rostopadłemu do niej). Oba charaktery są bez wątpienia rzeczywiste; jeden potwierdzają sfotografowane trasy cząstek (lub widziane z boku promienie światła we mgle – przyp. tłum.), drugi eksperymenty z interferencją. Połączenie ich obu w spójny system póki co okazało się być niemożliwe. Jedynie w ekstremalnych przypadkach albo poprzeczny, w kształcie warstw cebuli, albo radialny, podłużny charakter dominuje do tego stopnia, że wydaje nam się, iż może nam wystarczyć sama teoria falowa, albo sama teoria cząstek.



Źródło: http://www.nobelprize.org/nobel_prizes/physics/laureates/1933/schrodinger-lecture.pdf

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

« Ostatnia zmiana: Październik 09, 2015, 13:40:34 wysłane przez Leszek » Zapisane

Naukowy kącik kwantowy Saska:  http://nauka.mistu.info/  usmiech
Ostatnio dodane artykuły: Splątanie kwantowe rozplątane
Lady F
Zaawansowany użytkownik
****
Wiadomości: 272


Merlin



Zobacz profil
« Odpowiedz #1 : Październik 08, 2015, 11:02:33 »


super

Przeczytalam z zainteresowaniem, dzieki SasQ za trud jaki sobie zadales.
Zdziwilo mnie jednak, ze w tekscie nie pojawia sie mowa o kryterum Rayleigha -
"Zdolność rozdzielcza – w optyce przydatność określonego przyrządu optycznego do obserwacji obiektów o określonej odległości kątowej. Im większa jest zdolność rozdzielcza, tym bliższe sobie punkty są obserwowane jako odrębne, a nie jako pojedyncza plama. Jednym z kryteriów określania zdolności rozdzielczej jest kryterium Rayleigha".

Inna sprawa to tzw. kropka kwantowa,
"Kropka kwantowa – niewielki obszar przestrzeni ograniczony w trzech wymiarach barierami potencjału, nazywany tak, gdy wewnątrz uwięziona jest cząstka o długości fali porównywalnej z rozmiarami kropki. Oznacza to, że opis zachowania cząstki musi być przeprowadzony z użyciem mechaniki kwantowej.

Ograniczenie ruchu cząstki w trzech wymiarach oznacza kwantyzację

http://forum.swietageometria.info/index.php/topic,1680.msg9706.html#msg9706 //dla przypomnienia//

w każdym z poszczególnych kierunków. Prowadzi to do sytuacji, gdy cząstka może znajdować się jedynie w pewnych stanach, określonych równaniem Schrödingera. Tylko dobrze określone, dyskretne poziomy energetyczne mogą być zajęte przez cząstkę. Z tego powodu kropki kwantowe nazywa się czasem sztucznymi atomami."

Ciekawa jestem co by powiedzial Schrödinger na takie wytlumaczenie teorii falowej, ktore przedstawia Lee Burton.
http://loshumatrix.webs.com/apps/videos/show/14598721-396-693




Cytuj
Być może później, jak Wam się spodoba, i jak znajdę znów trochę wolnego czasu, to opiszę jeszcze trochę o swoich własnych przemyśleniach na ten temat.

Juz czekam. Pisz!

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

« Ostatnia zmiana: Październik 08, 2015, 19:56:52 wysłane przez Lady F » Zapisane
SasQ
Moderator
Zaawansowany użytkownik
*****
Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 270


Quanta rhei... :-)

5127368

Saskachewan sasq
Zobacz profil WWW Email
« Odpowiedz #2 : Październik 22, 2015, 13:13:17 »


Zdziwilo mnie jednak, ze w tekscie nie pojawia sie mowa o kryterum Rayleigha -
"Zdolność rozdzielcza – w optyce przydatność określonego przyrządu optycznego do obserwacji obiektów o określonej odległości kątowej. Im większa jest zdolność rozdzielcza, tym bliższe sobie punkty są obserwowane jako odrębne, a nie jako pojedyncza plama. Jednym z kryteriów określania zdolności rozdzielczej jest kryterium Rayleigha".

Czytałaś dokładnie? Pojawia się, tylko nie zostało nazwane imieniem Rayleigha. Dokładnie jest o tym mowa w tym fragmencie:

Cytuj
Pierwszym jest przykład przyrządu optycznego, takiego jak teleskop, mikroskop itp. Celem jest uzyskanie ostrego obrazu, toteż pożądane jest, by wszystkie promienie światła wychodzące z danego punktu zbiegały się ponownie do punktu, tak zwanego ogniska (por. Rys. 5a). Początkowo wierzono, że to jedynie geometryczno-optyczne trudności uniemożliwiały osiągnięcie tego celu: w rzeczy samej są one dość znaczące. Później jednak odkryto, że nawet w najlepiej zaprojektowanym przyrządzie skupianie promieni było znacznie gorsze, niż można by oczekiwać gdyby każdy z promieni dokładnie spełniał zasadę Fermata niezależnie od sąsiednich promieni.

Światło, które wychodzi z punktu i jest odbierane przez przyrząd, nie zbiega się po drugiej stronie przyrządu ponownie do punktu, lecz jest rozmieszczone w obrębie małego okrągłego obszaru, tak zwanego dysku dyfrakcyjnego, który w większości przypadków jest kołem tylko dlatego, że kontury przesłon i soczewek są na ogół kołowe. A to dlatego, że przyczyną zjawiska, które nazywamy dyfrakcją, jest to, że fale sferyczne wychodzące z rozważanego punktu nie mogą być w całości złapane przez przyrząd. Krawędzie soczewek i wszelkie przesłony wycinają zaledwie fragment czoła fali (por. Rys. 5b) i – jeśli pozwolicie mi użyć bardziej sugestywnego wyrażenia – uszkodzone obrzeża opierają się ścisłemu skupieniu do punktu i tworzą odrobinę rozmyty lub niewyraźny obraz. To, w jakim stopniu obraz jest rozmyty, jest ściśle powiązane z długością fali światła i jest całkowicie nieuniknione z powodu tej głęboko zakorzenionej teoretycznej zależności. Z początku z trudem dostrzegana, rządzi ona i ogranicza funkcjonowanie nowoczesnego mikroskopu, który opanował wszelkie inne błędy odtworzenia obrazu. Obrazy uzyskane dla struktur niewiele większych lub nawet dużo mniejszych od długości fali światła są albo ledwie podobne, albo zupełnie nie podobne do oryginału.

Jasne, nie padło dosłownie określenie "kryterium Rayleigha", ale wiadomo o co chodzi (mądrej głowie dość po słowie). Narzekanie, że autor, który nie żyje od 54 lat, nie zawarł czegoś w swoim wykładzie, to trochę tak, jakby narzekać, że w bajce o siedmiu krasnoludkach nie było ośmiu krasnoludkow :P  Nie zawarł i już. Deal with it Cool Skup się na tym, co zawarł.

BTW widzę, że znowu studiujesz Wikipedię ;J
Nie polecam.

Inna sprawa to tzw. kropka kwantowa

Ano faktycznie inna. Nie wiem co ma tutaj do rzeczy...
Czyżby było powiązane linkiem z poprzedniego artykułu na Wikipedii, który zacytowałaś? ;J

"Kropka kwantowa – niewielki obszar przestrzeni ograniczony w trzech wymiarach barierami potencjału, nazywany tak, gdy wewnątrz uwięziona jest cząstka o długości fali porównywalnej z rozmiarami kropki. Oznacza to, że opis zachowania cząstki musi być przeprowadzony z użyciem mechaniki kwantowej.

Ograniczenie ruchu cząstki w trzech wymiarach oznacza kwantyzację

Nom, też umiem kopiować i wklejać. Tylko co z tego wszystkiego wynika? Jakieś swoje przemyślenia na ten temat może podasz? Bo samo powtarzanie po kimś nie czyni jeszcze mądrego.


Tego nawet nie komentowałem dalej, bo nie było sensu ;P Ale skoro się upierasz, to skomentuję zaraz.

w każdym z poszczególnych kierunków. Prowadzi to do sytuacji, gdy cząstka może znajdować się jedynie w pewnych stanach, określonych równaniem Schrödingera. Tylko dobrze określone, dyskretne poziomy energetyczne mogą być zajęte przez cząstkę. Z tego powodu kropki kwantowe nazywa się czasem sztucznymi atomami."

Kwantyzacja to wynik nałożenia warunków brzegowych na funkcje okresowe (np. sinusoidy). Wynika z faktu, że funkcja może mieć w danym miejscu i czasie tylko jedną wartość na raz. Więc przykładowo jeśli chcesz zamknąć sinusoidę na obwodzie koła, to musi mieć ona tę samą wartość na początku i końcu obwodu (w tym samym punkcie). A ponieważ funkcja powtarza się okresowo co określoną odległość (długość fali), to jedynie całkowite jej wielokrotności spełniają ten wymóg.

Może porównam to do czegoś innego: Przypuśćmy, że chcesz narysować wielokąt foremny. Rysujesz koło, w którym chcesz go wpisać, i na jego obwodzie zaznaczasz jeden punkt początkowy. Następnie wybierasz sobie na chybił-trafił drugi punkt na obwodzie i łączysz oba punkty linią. Teraz dokładasz trzeci punkt w tej samej odległości na obwodzie, i jego też łączysz linią z poprzednim. Jeśli będziesz to powtarzać, prędzej czy później okrążysz całe koło. Jednak teraz cały wic polega na tym, żeby trafić do miejsca, z którego zaczęłaś :P Jeśli linia będzie za krótka lub za długa, to ostatni punkt wyląduje za blisko punktu początkowego i nie będziesz mogła ich połączyć linią o tej samej długości. Wielokąt się nie "zamknie". Możesz kontynuować rysowanie punktów w tej samej odległości, tworząc "gwiazdkę" o bardzo wielu ramionach. Ale jeśli odległość między dwoma pocżątkowymi punktami nie była całkowitą podwielokrotnością obwodu (np. 1/2, 1/3, 1/4, 1/5 itd.), to nigdy nie trafisz do punktu wyjścia i będziesz się obijać po tym kółku... w kółko Uśmiech a kształt nigdy nie zacznie się powtarzać i nigdy się nie zamknie.

To samo jest z falami: jeśli nałożysz warunek brzegowy, że mają się "zamknąć" na określonym obwodzie, to długość fali musi być całkowitą podwielokrotnością tego obwodu, bo inaczej fala nigdy nie "zamknie pełnego koła" równo i nie połączy się ze swoim ogonem.

Podobnie się dzieje, gdy ograniczysz brzegi przestrzeni, w której fala może się poruszać, i wymusisz, by miała tam określoną wartość (np. zero). Przykładowo zamocowując końce struny gitarowej. Wtedy na całej długości struny będą mogły się zmieścić tylko całkowite podwielokrotności długości fali, bo tylko dla nich wartość 0 wypada dokładnie na obu końcach. Dla innych mogłabyś uzyskać zero tylko na jednym końcu, ale wtedy drugi koniec musiałby być "luzem", bo dla tej długości fali funkcja nie ma tam wartości zerowej. W ten sposób warunki brzegowe wybierają spośród wszelkich możliwych kształtów fal tylko te, które powtarzają się okresowo na tej długości.

Nie ma to wszystko zbyt wiele wspólnego z równaniem Schrödingera, bardziej z laplasjanem, który jest w nim użyty. Bo ten sam laplasjan jest użyty w paru innych równaniach w fizyce (np. równaniu przewodzenia ciepła, czy ciśnienia wody w zbiorniku) i gdy nałoży się nań warunki brzegowe, tam również pojawiają się rozwiązania okresowe, mimo że to nie jest "fizyka kwantowa".

Ciekawa jestem co by powiedzial Schrödinger na takie wytlumaczenie teorii falowej, ktore przedstawia Lee Burton.
http://loshumatrix.webs.com/apps/videos/show/14598721-396-693

Nie wiem co by powiedział, bo nie żyje od 54 lat Mrugnięcie Jeśli chcesz go zapytać, musiałabyś chyba przeprowadzić seans spirytystyczny Duzy usmiech

Mogę jedynie zgadywać co by powiedział: że nie widzi tam żadnych fal kwantowych. Bo ja ich tam nie widzę. Na każdy obrazek z cyklicznie powtarzającymi się elementami (np. tutaj liczbami) można wpisać sinusoidy wyglądające jak fale. Tylko co z tego wynika? :P Skoro cyfr jest 9, to siłą rzeczy muszą się powtarzać, i będą tam występować cykle. Ale jedyne, co mają wspólnego magiczne kwadraty z falami, to nie same fale, lecz cykliczność właśnie i permutacje (teoria grup się kłania).

TL;DR:  Obrazki fajne. Tylko co z tego wynika? :P

Cytat: SasQ
Być może później, jak Wam się spodoba, i jak znajdę znów trochę wolnego czasu, to opiszę jeszcze trochę o swoich własnych przemyśleniach na ten temat.

Juz czekam. Pisz!

Hehe spoko Mrugnięcie Może końcem tygodnia znajdę trochę czasu, żeby wreszcie o tym napisać, bo miałem póki co parę innych rozkmin na głowie (geometrycznych; może i o nich niedługo opowiem).

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane

Naukowy kącik kwantowy Saska:  http://nauka.mistu.info/  usmiech
Ostatnio dodane artykuły: Splątanie kwantowe rozplątane
Prazeodym
Użytkownik
**
Wiadomości: 15



Zobacz profil Email
« Odpowiedz #3 : Październik 31, 2015, 13:16:56 »


Prazeodym -

Cytuj
pojęcie cząstek jest  za bardzo zakorzenione w fizyce, żeby mogła nastąpić radykalna zmiana poglądów

Dokladnie. Myslenie w kategoriach "czastek" jest archaizmem. Sprawdz moje wpisy i zastanow sie co to faktycznie jest "kropka kwantowa"
[/i]
   
Przecież sama przepisałaś definicję z Wikipedii.  Jest to obszar w przestrzeni w którym "uwięziona" jest cząsteczka, przy pomocy barier potencjału.
Przynajmniej tak to jest definiowane, inna sprawa, że ta definicja z Wikipedii, to za bardzo "kupy się nie trzyma".

Przede wszystkim mowa tam o "cząsteczce o długości fali...." co jest już samo w sobie nonsensem. Jeżeli mówimy o długości fali - to rozmawiamy o falach, a nie o cząsteczkach.

Druga sprawa to stwierdzeni, że "ograniczenie ruchu cząstki w trzech wymiarach oznacza kwantyzację".
Z tym zdaniem  w zupełności się  nie zgadzam. Ograniczenie ruchu cząsteczki nie ma  nic wspólnego z kwantyzacją.

Na czym polega kwantyzacja, fajnie wyjaśnił Sasq. Poza tym kwantyzacja dotyczy przyjmowania przez atom określonych stanów energetycznych, oraz emisji określonych porcji energii.
Mówienie o tym, że kwantyzacja dotyczy ruchu cząstek jest dla mnie nierealne i nieakceptowalne.

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane
Lady F
Zaawansowany użytkownik
****
Wiadomości: 272


Merlin



Zobacz profil
« Odpowiedz #4 : Październik 31, 2015, 14:51:23 »


Zacytowalam wiki, tylko w ogromnym skrocie i dlatego, ze nie kazdy uzytkownik wtajemniczony jest w takie szczegolowe okreslenia. Moja reakcja nawiazywala do mojego referatu:
http://forum.swietageometria.info/index.php/topic,1680.0.html

ktory, aby napisac musialam zglebic wlasnie wiele zagadnien z zakresu juz teorii kwantowej. Szczegolnie interesowalo mnie i interesuje do teraz prawo Huygensa Fresnela. 

Spytalam co sadzisz o "kropce kwantowej", gdyz byc moze, ze w niektorych warunkach lepiej definiuje pewne zdarzenia, niz pojecie czastki.

To warunki ograniczajace wyznaczaja jak dany punkt bedzie wygladal, a nie odwrotnie, ze najpierw punkt, pozniej zalozenia

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane
Astre
Użytkownik
**
Wiadomości: 40



Zobacz profil Email
« Odpowiedz #5 : Listopad 02, 2015, 00:29:37 »


Rzadko się tutaj udzielam teoretycznie.
 Ale,  gdybym miał napisać coś na miarę obecnych czasów, to brzmiało by to tak : Wykład  Schrödingera o podstawach falowej natury materii, to  czysta fikcja.
Inni nazywają to Iluzją. Inni jeszcze jak Marko Rodin, czy Randy Powell - relatywizmem.
Słynne słowa Randy Powella  na tej konferencji  - https://www.youtube.com/watch?v=zhBymLCRIU8
gdzie w pewnym momencie Powell nieprzypadkowo w omawianiu Vortex Mathemtaic mówi : foton przylatujący z odległych gwiazd to relatywizm.

Przynajmniej kilkudziesięciu fizyków kwantowych usiadło by przy wspólnym stole i w określeniu tego relatywizmu  powiedzieli by - tam tego nie ma !
Dokładniej....  oznaczałoby to, że w tym relatywizmie - nie istnieje foton i nie przylatuje on z odległych  gwiazd.
Nie przylatuje też foton ze Słońca, ani też z żarówki jak ją ''zaświecisz'' w swoim pokoju.
Więc, Ci prawdziwi fizycy kwantowi, a nie Ci co są fizykami kwantowymi z przypadku powiedzieli by - Ty tylko dokonujesz pomiaru kwantowego. Ty - oznacza Twoja świadomość, która prowadzi grę/ zabawę sama ze  sobą.
A, jak wygląda ta gra, lub ten Nassimowski  Horyzont zdarzeń ? Oznacza, to, że tzw. świat, to w istocie zupełnie nic innego, tylko odbicie swojej świadomości od lustra Matrycy, która nazwana została ''ciemną materią''.

Dlatego, nie ma materii, a więc nie ma też żadnej jej falowej struktury. Z poziomu swojej świadomości percepujesz swój własny świat, który składa się z wzorców (archetypów) świadomości i te archetypy-wzorce odbijają się od ''lustra'' matrycy. To tak jakby ktoś stał przed lustrem i oglądał po prostu samego siebie.

Więc, jeżeli, że ktoś mówi, że jest, lub istnieje materia, istnieje atom, cząstki, istnieje drzewo, istnieje fala, trawa, motyl, chmury biegną po niebie, to odpowiedź jest jedna - tam tego nie ma !

Spotkałem się już dwukrotnie z tym, że  pewni ludzie zapytali o tak zwaną Iluzję istnienia.

Pierwszy raz było to na warsztatach z Matrycy Kwantowej inaczej zwanej (Dwupunkt z Matrycy).
Na samym początku wykładów prowadząca pani zapytała uczestników-  jaki jest kolor moich włosów ?
Prawie wszyscy odpowiadali - jest pani blondynką.
Ale, jedna uczestniczka warsztatów powiedziała - nie jest pani blondynką, bo  tam tego nie ma !
A,  wtedy prowadząca rzekła - wielkie ukłony dla Pani....

Dlaczego o tym piszę ?
 Dlatego, że zmieniając tzw. pojmowanie rzeczywistości, która rzeczywistością żadną nie jest robimy wielki krok naprzód wykraczając poza dualność i biegunowość i nie ograniczając swojego świata, swojego istnienia do oceny własnej diagnozy.
Jedyną diagnozą jest, to że  niczego niema, o czym zechcielibyśmy myśleć, że istnieje.
Dzięki temu możemy powołać do swojego życia zupełnie inne obszary i możliwości bez robienia czegokolwiek, lecz tylko poprzez za rezonowanie z innymi  wariantami tego co nazywamy rzeczywistością.
To niezwykły kierunek działań jaki można podjąć w tym niezwykłym okresie, który jest dla nas Wszystkich ewolucyjną szansą.

Gdy ten relatywizm sobie uzmysłowiłem wyszedłem na ulicę. Stanąłem na rogu i zacząłem obserwować. Widziałem ludzi, samochody i różne rzeczy. Widziałem wiedząc, że tam tego nie ma co widziałem, a wtedy samoistnie  pojawia się stan neutralności, czyli brak oceny tego co widzę i tego co słyszę.

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane
Prazeodym
Użytkownik
**
Wiadomości: 15



Zobacz profil Email
« Odpowiedz #6 : Listopad 02, 2015, 11:08:19 »


Spytalam co sadzisz o "kropce kwantowej", gdyz byc moze, ze w niektorych warunkach lepiej definiuje pewne zdarzenia, niz pojecie czastki.
Myślę, że  cząsteczka i kropka kwantowa to dwie różne rzeczy. Nie ma co mieszać ze sobą jednego i drugiego pojęcia.

Wykład  Schrödingera o podstawach falowej natury materii, to  czysta fikcja.
Inni nazywają to Iluzją. Inni jeszcze jak Marko Rodin, czy Randy Powell - relatywizmem. 
Wykład Schroedingera jest jak najbardziej realny, Schroedinger wygłosił go podczas rozdania nagród Nobla. Został zarchiwizowany, i dzięki temu Sasq mógł nam tutaj go przytoczyć.   

Cytuj

Dokładniej....  oznaczałoby to, że w tym relatywizmie - nie istnieje foton i nie przylatuje on z odległych  gwiazd.
Nie przylatuje też foton ze Słońca, ani też z żarówki jak ją ''zaświecisz'' w swoim pokoju.
Czyli koncepcja Kononowicza - Nie ma nic i nie będzie niczego... Duży uśmiech

Cytuj
Więc, Ci prawdziwi fizycy kwantowi, a nie Ci co są fizykami kwantowymi z przypadku powiedzieli by - Ty tylko dokonujesz pomiaru kwantowego. Ty - oznacza Twoja świadomość, która prowadzi grę/ zabawę sama ze  sobą.
A, jak wygląda ta gra, lub ten Nassimowski  Horyzont zdarzeń ? Oznacza, to, że tzw. świat, to w istocie zupełnie nic innego, tylko odbicie swojej świadomości od lustra Matrycy, która nazwana została ''ciemną materią''.
Dlatego, nie ma materii, a więc nie ma też żadnej jej falowej struktury. Z poziomu swojej świadomości percepujesz swój własny świat, który składa się z wzorców (archetypów) świadomości i te archetypy-wzorce odbijają się od ''lustra'' matrycy. To tak jakby ktoś stał przed lustrem i oglądał po prostu samego siebie.
Więc, jeżeli, że ktoś mówi, że jest, lub istnieje materia, istnieje atom, cząstki, istnieje drzewo, istnieje fala, trawa, motyl, chmury biegną po niebie, to odpowiedź jest jedna - tam tego nie ma !
Jak najbardziej jest i w prosty sposób ci to udowodnię.

Gdyby cały świat był nierzeczywisty i był wyłącznie wytworem twojej własnej świadomości,  to również wszystkie inne świadomości (np. moja), nie mogły by istnieć bez istnienia twojej (która tworzy projekcję).

Tymczasem świadomość ludzi powstaje wraz z mózgiem i  kończy się w momencie śmierci mózgu. Zatem moja świadomość jak najbardziej może istnieć bez istnienia twojej.
To dowodzi tego, że świat jest realny i nie jest wyłącznie wytworem świadomości. 



Ale wracając do wykładu Schroedingera, to w jakich przypadkach (doświadczeniach)  koncepcja falowej natury materii nie będzie się sprawdzać?
Innymi słowo czemu jednak nie odrzucono cząsteczkowej budowy materii i cały czas fizycy kurczowo się jej trzymamają?



 

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

« Ostatnia zmiana: Listopad 02, 2015, 11:15:54 wysłane przez Prazeodym » Zapisane
Strony: 1   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Powered by SMF 1.1.21 | SMF © 2006-2009, Simple Machines
BlueSkies design by Bloc | XHTML | CSS