Choose fontsize:
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
 
  W tej chwili nie ma nikogo na czacie
Strony: 1 2 3 4 5 6 7 »   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Kluczem do zrozumienia jest wiedza  (Przeczytany 30296 razy)
0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.
Michał-Anioł
między niebem a piekłem
Moderator Globalny
Ekspert
*****
Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 1338


Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym



Michał Anioł
Zobacz profil WWW
« : Czerwiec 15, 2010, 23:32:57 »


"Aby uzyskać pewność, ogromna większość osób nie będących specjalistami w danej dziedzinie jest skłonna zaakceptować wyniki naukowe pochodzące tylko od autorytetów. Jednakże istnieje ważna różnica pomiędzy wybitnym naukowcem, który jest otwarty i zachęca każdego zainteresowanego do sprawdzania zastosowanych metod i sugerowanych poprawek, a autorytetem, który pytania o swoją wiarygodność przypisuje słabości ducha pytających, tak jak czyni to [kardynał] Newman wobec osób kwestionujących nieomylność Biblii… Racjonalna nauka uważa, że dowody jej wiarygodności mogą zawsze ulec zmianie, jeśli występuje taka konieczność, podczas gdy nieracjonalny autorytaryzm uważa wymóg zmiany poglądów za postępowanie wywołane brakiem lojalności i wiary."
Morris Cohen (filozof nauki), Rozum i przyroda


Kluczem do zrozumienia jest wiedza ale wcale nie ta specjalistyczna skupiająca się tylko na wąskich specjalizacjach  "elit",używających żargonu pseudo naukowego, do tłumaczenia prostych zjawisk, komplikujących prostotę do granic absurdu, ale wiedza ogólna, wręcz interdyscyplinarna , co nie oznacza że powierzchowna ,oczywiście by poruszać się po mieście wystarczy znać kilka zasad i korzystać z wyznaczonych do tego celu ciągów komunikacyjnych , lecz czy  będziemy mogli wykazać się zrozumieniem otaczających nas zależności?
Nowe dziedziny nauki, takie jak fizyka kwantowa oraz badanie dziedziczności poza genowej   zrewolucjonizowały podejście do zrozumienia naszego związku między
umysłem i materią, rzucając wyzwanie uznanym naukowym teoriom,zmuszając nas do poszukiwania nowych odpowiedzi na dawno zadane pytania .
Bardzo  dobrym przykładem jest forum Świętej geometrii , tematy tu poruszane wydają się czasami bardzo odległe od głównego wątku, ale święta geometria "potrafi" być tym  łącznikiem wielu  nieraz skrajnie odległych zagadnień  . Jest ona właśnie tym kluczem za pomocą  którego możemy  połączyć wydawało by się  odległe dziedziny nauki, takich jak na przykład :fizyka i psychologia , ezoteryka , biologia czy nawet polityka . Informacje które wydawało by się że nie mają   żadnego wspólnego punktu odniesienia nabierają nagle innego wymiaru,kiedy odnajdziemy dla nich wspólny mianownik.Można rozmawiać o ezoteryce z punktu widzenia fizyka, o budowie wszechświata w odniesieniu do badań nad wiązaniami między atomowymi czy wręcz subatomowymi.Korelacje w opisie naszej rzeczywistości w oparciu o całą tą wiedzę nie byłaby możliwa bez złotego podziału, figur platońskich, ciągu Fibonacciego ,czy fraktalnego opisu materii a nawet świadomości ,wszyscy w końcu jesteśmy częścią całości.W trakcie naszego życia wymieniamy się materialnie po przez procesy zachodzące w naszych organizmach jak i mentalnie dzieląc  się naszymi myślami choćby na tym forum, każda chwila naszego życia składa się właśnie z takiej wspólnoty fizycznej i duchowej czy tego chcemy czy nie.
Teorie w oparci o które budujemy wizje tego świata są wręcz bełkotem jeśli nie potrafimy ich wszystkich połączyć w jedną całość a tą całością jest zrozumienie .
Nad teorią wszystkiego pracowali wielcy tego świata, próbę podjął Einstein, ale wielu było przed nim i wielu będzie próbowało dalej,lecz tą  prawdę musi odkryć każdy człowiek samodzielnie bo nie ma innego sposobu zrozumienia naszej rzeczywistości.Nie ułatwiają nam zadania różnice w sposobie interpretacji czy sposoby formułowania opisów zagadnień przez ich badaczy , nawet wśród fizyków można zaobserwować efekt wieży Babel choć dla osoby niezorientowanej wydaje się że niema problemów z ich wzajemną komunikacją .
Problemem jest jednak brak normalizacji sposobu opisu badanych zagadnień.
Panaceum  według świata nauki  ma być renormalizacja, lecz tak naprawdę jest to kolejny sposób na skomplikowanie i tak  trudnych w interpretacji opisów czy równań fizyczno-matematycznych,nie mówiąc  o oceanie zjawisk które wymykają się jakiejkolwiek klasyfikacji takich choćby  jak: paradoks pomiaru,sposobów w jaki natura ustala wartości stałe,ciemna energia i masa która stanowi ponoć 95%masy wszech świata,można tak wymieniać bez końca .
Właśnie dlatego tak ważna jest próba zrozumienia otaczającej nas struktury którą nazywamy swoim życiem. By ją zrozumieć musimy zbadać wiele ścieżek, by na każdej z nich znaleźć jakiś okruch wiedzy który posłuży nam do budowy obrazu rzeczywistości i ułatwi dostrzeżenie pełnego obrazu świata ułatwiając nam jego interpretacje  i zrozumienie.Jest to proces niemający końca, oraz posiadający własną dynamikę dla każdego z nas inną.

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

« Ostatnia zmiana: Styczeń 07, 2011, 15:11:45 wysłane przez Michał-Anioł » Zapisane

Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!

www.imaginarium.org.pl
Michał-Anioł
między niebem a piekłem
Moderator Globalny
Ekspert
*****
Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 1338


Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym



Michał Anioł
Zobacz profil WWW
« Odpowiedz #1 : Sierpień 18, 2010, 15:28:46 »


Jaki jest otaczający nas świat? Jak powstała Ziemia? Skąd się na niej wzięliśmy? I jak w ogóle powstało życie? Te i podobne pytania pojawiają się nie tylko w przypadkowych rozmyślaniach nad rzeczywistością, lecz również wyznaczają obszar poszukiwań naukowych i badawczych. Rozwój naukowy i technologiczny pozwolił na zweryfikowanie wielu hipotez. Nauki przyrodnicze dostarczyły danych, z których możemy zbudować obraz Wszechświata, uwzględniający historię powstania Ziemi i organizmów żywych. Z każdym dniem tych danych przybywa, a obraz świata wydaje się coraz bardziej szczegółowy.

"Jakkolwiek przyrost informacji, postępująca unifikacja teorii naukowych oraz sprawdzalność i użyteczność wiedzy naukowej pokazują, że nauka jest raczej niekwestionowanym wyrazem mocy człowieka, to jednak wśród naukowców pojawiają się opinie, że ludzkość osiąga kres poznania i wiedzy naukowej - mówi profesor Marek Hetmański z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej.
"Co więcej, nadmiar szczegółów i informacji naukowych wydaje się w rzeczywistości bardziej zaciemniać obraz świata niż go wyjaśniać! Często już nie tylko zwykli ludzie, ale także sami naukowcy nie potrafią ogarnąć całej wiedzy ze swojej dziedziny a nawet specjalizacji. Nauka wie już bowiem +za dużo+".

"Co ciekawe, nauka jest ubocznym produktem ewolucji - zauważa profesor Hetmański. - Bo przecież celem ewolucji przyrodniczej nie było wytworzenie koncepcji naukowych, lecz dostarczenie człowiekowi środków iánarzędzi poznawczych niezbędnych do przeżycia".

A jednak, jak dodaje naukowiec, jest to bardzo udany "produkt uboczny". Twierdzi on, że w obszarze wiedzy naukowej wyjątkowo interesujące są nauki humanistyczne, tak bardzo odmienne od nauk przyrodniczych.

Na pytanie, jaka jest ich rola i znaczenie oraz czy to właśnie one pozwolą stworzyć jednolity obraz Wszechświata odpowiada: "Tak myślę. A szczególną rolę wyznaczyłbym filozofii z przypisanym jej umiłowaniem mądrości. Być może to właśnie ona jest w stanie dać jednolitą, spójną i niekwestionowaną wizję Wszechświata i umiejscowionego w nim człowieka. Zatem naukowy obraz świata będzie bardziej filozoficzny niż można się spodziewać w dzisiejszym stechnologizowanym świecie".
Magdalena Weker
http://www.eduskrypt.pl/naukowy_czy_filozoficzny_obraz_swiata-info-7533.html

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane

Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!

www.imaginarium.org.pl
Michał-Anioł
między niebem a piekłem
Moderator Globalny
Ekspert
*****
Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 1338


Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym



Michał Anioł
Zobacz profil WWW
« Odpowiedz #2 : Sierpień 18, 2010, 15:29:52 »




Często mawiamy, że 'życie cudem jest'. Rzadko jednak zastanawiamy się co zostało ukryte pod wyświechtanym frazesem. Prawdę powiedziawszy jestem niemal pewien, iż to stwierdzenie w większości wypadków jest rzucane jako semantyczny ochłap, kompletnie pozbawiony znaczenia lub ewentualnie odsyłający do obszaru osobistych, subiektywnych i najczęściej antropocentrycznych odczuć. A szkoda. Bo życie w rzeczy samej zdaje się cudem być i to obiektywnym.

Abyś mógł to czytać, a ja napisać, musiało dojść do bardzo długiego szeregu szczęśliwych zbiegów okoliczności, przy czym określenie to wydaje się eufemizmem, tak duże jest nieprawdopodobieństwo odpowiedniej konfiguracji zdarzeń. Chcąc zachować porządek posłużę się kryterium skali i zacznę od tego, że Układ Słoneczny jest doskonale położony w obrębie galaktyki. Krąży sobie w miarę stabilnie wokół jej jądra od milionów lat, w odległości w sam raz tak od centrum, jak i od ramion Mlecznej Drogi. W tym uprzywilejowanym obszarze znajduje się tylko 5% gwiazd. Dużo? Więc zmniejszmy nieco skalę i spójrzmy na Słońce. Okazuje się, iż także ono jest akurat, aby zapewnić na Ziemi warunki sprzyjające życiu. Gdyby było większe omiatałoby naszą planetę silnym, śmiercionośnym promieniowaniem ultrafioletowym, a poza tym szybko by się wypaliło. Z kolei gdyby było za małe, dostarczałoby planecie niedostateczną ilość energii. Dwa przykładowe warunki i zaistnienie życia już się robi mało prawdopodobne. Chodzi zaś o to, że jest nieprawdopodobne. Więc wyliczajmy dalej.

Mieliśmy farta i wędrujemy sobie poprzez w sam raz obszar galaktyki, krążąc wokół w sam raz gwiazdy. Wystarczyłoby niewielkie, jak na skalę kosmiczną, przesunięcie orbity Ziemi, aby zniwelować obiecujący zbieg okoliczności. Zbyt odległa orbita spowodowałaby zamarznięcie całej wody, a zbyt bliska – jej wyparowanie. Na to co by się stało w drugim przypadku dobrym przykładem jest Wenus. Zajmuje ona nieco ciaśniejszą orbitę niż nasza planeta. Jej zasoby wody wyparowały inicjując bardzo silny efekt cieplarniany. Pod gęstą warstwą wenusjańskich chmur spodziewano się odkryć tętniące życiem lasy deszczowe, lecz zamiast domniemanego raju znajduje się tam piekło. Temperatura na powierzchni sięga 470 stopni Celsjusza.

Warty wzmianki jest też krążący po odleglejszej orbicie Jowisz. Wkład gazowego kolosa w nasz dobrostan jest nie do przecenienia. Jego potężne pole grawitacyjne jest tarczą chroniącą nas przed kosmicznymi obiektami. Skoro zaś piszemy o dobrym sąsiedztwie, brakiem kultury byłoby pominąć Księżyc. Powszechnie uznawany za naszego satelitę ze względu na rozmiary powinien być raczej postrzegany jako partner w podwójnym układzie. Jest ściśle spokrewniony z Ziemią, gdyż powstał wskutek uderzenia w naszą planetę obiektu wielkości Marsa. Impakt wyrzucił w przestrzeń tyle materiału, że uformowała się z niego nowa planeta. Miało to miejsce około 4,5 miliarda lat temu. Od tego czasu Księżyc i Ziemia wirują wokół Słońca we wspólnym tańcu. Wpływ grawitacji satelity stabilizuje oś obrotu naszej planety. Bez niego miotałaby się w przestrzeni niczym nakręcony bąk, co powodowałoby klimatyczny chaos. Fajnie i bezpiecznie w objęciach Księżyca, co nie? Niestety jesteśmy niechcianą panną, bo satelita ucieka od nas w tempie około 4 cm rocznie.

Mam wrażenie, że już jest dosyć nieprawdopodobnie. Na tyle, że gdyby opowiedzieć komuś tę historię przy piwie, to by nie uwierzył. A to nie koniec wyrywkowej, powierzchownej wyliczanki. Skupmy się teraz na samej Ziemi. Istnieje interesująca hipoteza, że w zamierzchłej, kosmicznej przeszłości Gaja miała siostrę, Teję. Dziewczyny zderzyły się i Teja została rozbita w proch. Siostra wchłonęła dużą część jej pozostałości, zwiększając masę, a tym samym przyciąganie. To umożliwiło utrzymanie atmosfery, która między innymi chroni nas przed ciągłym bombardowaniem kosmicznymi bolidami. Siłą tarcia spala je zanim uderzą w powierzchnię planety. Jeżeli zastanawiacie się na ile jest to istotne, przypomnijcie sobie jak wygląda oblicze pozbawionego atmosfery Księżyca. Mocno przechodzona tarcza strzelecka, czy to wystarczająco dosadne porównanie?

Idąc dalej, jeżeli swoją uwagę przeniesiemy pod powierzchnię, odkryjemy kolejny niezbędny warunek cudu życia. Ziemia posiada płynne wnętrze, które oprócz burzliwej i groźnej tektoniki zapewniło wycieki gazów przyczyniających się do powstania atmosfery. Poza tym ruchliwe serce planety jest swego rodzaju gargantuicznym dynamem, które nieustannie wirując wytwarza pole magnetyczne chroniące nas przed promieniowaniem kosmicznym.

Wymieniając powyższe warunki dokonujemy też pobieżnej rekonstrukcji dziejów Ziemi. Życie jest efektem długiego łańcucha zdarzeń, które następowały po sobie w odpowiedniej kolejności, w odpowiednich odstępach czasu i z odpowiednim nasileniem. Kataklizmy były na tyle potężne by przeobrażać oblicze planety i stymulować ewolucję, a jednocześnie na tyle słabe, by nie wybić wszystkich organizmów. Po każdej kosmicznej hekatombie pozostawały wyjątkowo wytrwałe i kreatywne niedobitki, które odzyskiwały utracone tereny.

Jak widać kosmos nie wydaje się miejscem zbyt przyjaznym dla życia. Nękał nas i gnębił ile wlezie. To, że istnieją tak skomplikowane i złożone organizmy jak chociażby my jest fartem dużo większym niż wizyta u szalonego chirurga, podczas której chlastany na oślep po twarzy pacjent przeobraziłby się w wierną kopię Seana Connery.

W połowie XX wieku sądzono, że wystarczy zmieszać odpowiednie składniki, a powstanie życie. Przyczynił się do tego eksperyment Stanleya Millera  z 1953 roku. Naukowiec połączył dwa pojemniki: jeden zawierający odpowiednik pierwotnego oceanu, a drugi odpowiednik pierwotnej atmosfery. Potraktował to wyładowaniami elektrycznymi imitującymi błyskawice i – voilà! – otrzymał gęstą zupę aminokwasów.

Aminokwasy nazywa się 'klockami do budowy życia'. Z nich skonstruowane są białka. Lecz tu właśnie leży pies pogrzebany, gdyż białko to łańcuch określonych aminokwasów ułożonych w określonej kolejności. Dla przykładu: hemoglobina, która w rankingu złożoności zajmuje dosyć niską pozycję, składa się ze 146 aminokwasów. Oznacza to, że szansa na jej przypadkowe powstanie wynosi 1:10260. Dziwna cyferka obok jest wykładniczym zapisem jedynki z 260 zerami. To trochę za dużo, by wypisywać je tutaj po kolei. Jak dla mnie jest to też trochę za dużo, by wartość ta mówiła mi coś precyzyjnego. Nie chwytam jej intuicyjnie. Rozumiem z tego tyle – rzecz jest nieprawdopodobna poza granice zdrowego rozsądku. Liczyć na to, że coś takiego jak białko powstanie samoistnie, cudownym zbiegiem okoliczności, to jak słynne już oczekiwanie, iż waląca w klawiaturę małpa przez przypadek napisze któreś z dzieł Szekspira. Astronom Fred Hoyle użył innej barwnej paraleli – szansa na to, że przypadkowy proces wyprodukuje proteinę jest tak mała jak to, że po przejściu huraganu przez złomowisko znajdziemy tam gotowego do lotu Boeninga 747. Od oszałamiająco dużych liczb rzucanych przez naukowców jeszcze bardziej lubię ich zaskakujące porównania.

Mimo iż już dawno przekroczyliśmy granicę tego co możliwe, w celu zbadania warunków powstania życia musimy zapuścić się dalej w głąb obszaru nieprawdopodobieństwa. Załóżmy, że aminokwasom udało się połączyć w uporządkowany łańcuch. Teraz cała struktura musi jeszcze powyginać się tak by przyjąć odpowiedni kształt. Na koniec zaś dorzućmy jeszcze jedno absurdalnie niewykonalne wymaganie – białko musi być zdolne do odtwarzania się. Pozwala mu na to nierozerwalne partnerstwo z dziwnym związkiem chemicznym nazywanym kwasem dezoksyrybonukleinowym. Mowa tu o słynnym DNA, od jakiegoś czasu będącego wziętą gwiazdą popkultury.

Cząsteczki DNA to swego rodzaju księgi, w których zapisano wszystko, co do skonstruowania życia potrzebne. Żeby było ciekawiej, bo w jakim innym celu?, DNA jest kompletnie pasywne. Jest instrukcją, władzą ustawodawczą, wykonanie poleceń pozostawia innym. Nie dość tego – DNA przemawia językiem niezrozumiałym dla białka! Swoją drogą jest to dosyć interesujący język, bo złożony tylko z czterech 'liter'. W każdej komórce naszego ciała znajduje się 2 metrowej długości zapis wydukany w czteroliterowym alfabecie. Gdyby wyciągnąć go na zewnątrz, starczyłoby tego na ozdobienie wszystkich choinek na Boże Narodzenie. I jeszcze by zostało, bo mamy w sobie jakieś 20 milionów kilometrów DNA. Z tego punktu widzenia każdy z nas, nawet największy ignorant, jest chodzącą biblioteką.

Okazuje się więc, że dwa podstawowe elementy materii ożywionej nie rozumieją się nawzajem. W takim razie jakim cudem współpracują ze sobą od 4 miliardów lat? Umożliwia im to kolejny zadziwiający wynalazek, RNA. To chemiczny tłumacz, który przekłada wszystko z dezoksyrybonukleinowego na białkowy. Zgrany trójkąt odmiennych cząsteczek musimy jeszcze umieścić w swego rodzaju błonie ochronnej i otrzymujemy komórkę. W jej wnętrzu, i tylko tam, dochodzi do owocnej współpracy zespołu DNA-RNA-białko. Kooperację tę nazywamy życiem.

Według szacunków prawdopodobieństwa białka nie powinny istnieć. Jednak istnieją i to w dużej liczbie rodzajów. W ludzkim ciele jest ich około miliona typów. Każdy z nich to precyzyjny, wysoce wyspecjalizowany mechanizm. Twierdzenie, że powstały samoistnie wydaje się absurdem. Co w takim razie począć ze zdrowym rozsądkiem, gdy spoglądamy na kolejne stopnie komplikacji: komórki, mikroorganizmy, zwierzęta... człowiek? Wydaje się, że za skonstruowanie tego majstersztyku musi być odpowiedzialny jakiś inżynier. Narzuca się pytanie: czy był to rezolutny Absolut, z nieokiełznaną pasją tworzenia, czy może postulowany przez Dawkinsa ślepy zegarmistrz, czyli bezpodmiotowy proces selekcji zdeterminowany obowiązującymi we wszechświecie prawami?

Jeżeli przyjrzeć się astrofizycznym, geologicznym i chemicznym zbiegom okoliczności, powstanie życia jawi się jako proces równie fascynujący, co nieprawdopodobny. Jednak jesteśmy, tu i teraz, żyjąc w obrębie bardzo złożonego ekosystemu. Z tego faktu śmiało możemy wywnioskować, iż nieprawdopodobne ciałem się stało. Co więcej – osiągnęliśmy taki poziom rozwoju i ekspansji, że wielu naukowców jest skłonnych ogłosić nową erę w dziejach Błękitnej Planety. Era ta miałaby się zwać antropozoikiem, dla podkreślenia globalnej skali naszych oddziaływań.

Życie, mimo iż z pozoru tak wątłe i kruche, okazuje się niezwykle ekspansywne. Zanim rozczulimy się nad tym procesem i nad nami samymi, jako nad efemerycznym cudem, zerknijmy na mieszkańców ziemskiej ekosfery. Imię ich legion, każdy to wie, bo wystarczy rozejrzeć się dookoła, by dostrzec, iż wszystko na tej planecie tętni nieujarzmioną élan vital. Samych ludzi jest niemal 7 miliardów. Trzeba pamiętać zaś, iż stanowimy nikły promil biocenozy. Ziemia to teren zajmowany przez 5 królestw organizmów: bakterie, protisty, grzyby, rośliny i zwierzęta. Obecnie opisano około 2 miliony gatunków, a ich całkowitą liczbę szacuje się na 100 milionów. Niewiele wiemy o swoim domu. Część naukowców twierdzi, iż znamy zaledwie 1% fauny i flory głębi oceanów. To tym bardziej interesujące, gdy się uwzględni, iż ponad 70% powierzchni naszej planety stanowią zbiorniki wody. Swoją drogą bardzo często niefrasobliwie traktowane jako pojemny magazyn na wszelkie nieczystości, z toksycznymi i radioaktywnymi odpadami włącznie.

Przytoczone liczby są dosyć imponujące. A to jedynie czubek góry lodowej, choć w kontekście życia zamiast góry lodowej lepiej byłoby użyć innej figury, np. gnijącego kopca. Wielu z nas przywykło do postrzegania siebie jako panów świata. Jeśli już mielibyśmy komuś ustąpić tego honorowego stanowiska, na pewno byłoby to jakieś zwierzątko z mądrze patrzącymi oczkami, najlepiej miękkim futerkiem i kończynami zdolnymi do pracy. Okazuje się jednak, że tak naprawdę świat należy do bardzo małych istot. Został on opanowany przez bakterie. Błędem jest myśleć, iż taka bakteria to małe nieistotne coś, co tylko dybie na nasze zdrowie i stosuje się do tego zasada 'dobra bakteria to martwa bakteria'. Te mikroorganizmy są wszędzie i to w ilościach przyprawiających o zawrót głowy. Nie powinno się do nich mieć zbyt osobistego, emocjonalnego podejścia. Niektórym z nas może być ciężko żyć ze świadomością, że nasze ciała są domem dla 100 biliardów bakterii. To całkiem zaskakujące, ale jest ich 10 razy więcej niż komórek. Biorąc więc rzecz demokratycznie, twoje ciało należy do bakterii. Zresztą - nie tylko ciało. W jednym gramie gleby rezyduje 40 miliardów tych organizmów. To jest ich planeta. One są tu gospodarzami, one nawożą ziemię, oczyszczają wodę i produkują znaczną część tlenu, żeby wymienić tylko kilka z ich zasług. Możemy żyć jedynie dzięki wytrwałej, nieustannej pracy wszechobecnych mikroorganizmów.

Królestwo bakterii jest nie tylko najliczniejsze, ale też najbardziej nobliwe. Właśnie ono zostało ustanowione na Ziemi jako pierwsze. Powierzchnia planety zestaliła się około 3,9 miliardów lat temu, a już pół miliarda lat później żyły na niej pierwsze mikroorganizmy. Atmosfera tego archaicznego świata była uboga w tlen, bogata w żrące wyziewy, przepuszczała niewiele słonecznego światła. Piekielną scenerię rozjaśniały częste błyskawice. W tym tyglu śmierci pojawiło się życie. Jeśli masz ochotę na spotkanie z pra-pra-pra-pra... dzadkami możesz udać się np. do Shark Bay w Australii, gdzie z płytkich wód wynurzają się plackowate formacje skalne zwane stromatolitami. Są one efektem ubocznym życia sinic, a jednocześnie - chronologicznie pierwszym przedsięwzięciem kooperacyjnym na naszej planecie. Spacer pośród dziwacznych 'żywych skał' to jedyny sposób na odbycie wycieczki do źródeł życia.

Nakreślony w poprzednim akapicie landszaft z infernalnego świata nasuwa pytanie: jak to możliwe, iż powstało tam życie? Okazuje się, że jednak nie jest ono tak wybredne i delikatne. W 1969 roku załoga księżycowej wyprawy Apollo 12 z kosmicznego wojażu przywiozła między innymi fragmenty lądownika poprzedniej misji - Surveyor 3. Ku sporemu zaskoczeniu naukowców w kamerze próbnika odkryto bakterie! Przeszło 2,5-letni pobyt na Księżycu nie wywarł na nich wielkiego wrażenia.

Wyczyn tych mikropionierów będzie mniej szokujący, jeśli przyjrzymy się dosyć licznej grupie organizmów zwanych ekstremofilami. Jak sugeruje nazwa – lubują się one w warunkach postrzeganych przez nas jako ekstremalne. Znajdujemy je wszędzie tam, gdzie według zdroworozsądkowych przeświadczeń nie powinno być życia. Radzą sobie z wysokimi i niskimi temperaturami, wytrzymują ogromne ciśnienie, niektóre z nich dobrze się czują w obszarze intensywnego promieniowania. Znaleziono je w szybach naftowych, zadomowione 600 metrów pod powierzchnią ziemi, na głębokości 3 tysięcy metrów w lodzie Grenlandii, w sąsiedztwie kominów hydrotermalnych, gdzie najbardziej ciepłolubne ultratermofile gustują w temperaturach przekraczających 150 °C . Ich metabolizm opiera się na substancjach, które ciężko byłoby nam uznać za przysmaki: żelazo, siarka, chrom, kobalt czy nawet uran należą do ich codziennego jadłospisu. Oprócz tego bakterie w razie potrzeby potrafią wyłączyć się i czekać na lepsze czasy. Zdolne są hibernować zaskakująco długo. W tym momencie rekord należy chyba do mikroorganizmów przywróconych życiu po 3 milionach lat drzemki w syberyjskim lodzie.

Zapewne czujesz się dosyć zainspirowany powyższymi informacjami, pewnie też nie bierzesz ich zbytnio do siebie. Zakładasz, iż nie mają z Tobą zbyt wiele wspólnego? Powinieneś uświadomić sobie, że drzewo życia ma jeden, wspólny korzeń. Może nie będzie zaskoczeniem stwierdzenie niemalże stuprocentowej identyczności genów wszystkich ludzi. W który zakątek świata byś nie zawędrował, napotkawszy człowieka musisz wiedzieć, iż oto stoi przed tobą istota, która dzieli z tobą 99,9% kodu genetycznego. To jeszcze może wydawać się oczywiste i akceptowalne. Pomyśl więc, że 90% twoich genów koreluje z genami myszy, a 60% jest identyczne z zapisem w DNA muszki owocowej. Zapewne uważasz się za istotę nieporównywalnie atrakcyjniejszą od paczki drożdży, jednak 24% genów tego grzyba pochodzi od wspólnego nam przodka. Przechodząc obok w sklepie spożywczym, mów im 'bracia', albo przynajmniej 'kuzyni'. Życie w swej najgłębszej strukturze stanowi jedność. Wszystkie organizmy są ekstrapolacją udanego projektu sprzed miliardów lat.

Krótko podsumowując dotychczas powiedziane – nie powinno nas tu być. Przynajmniej tak się wydaje, jeśli przyłożyć do zagadnienia miarę zdrowego rozsądku. Każdą napotkaną żywa istotę powinniśmy witać okrzykiem zdumienia, gdyż jest ona zwieńczeniem niesamowitego zbiegu okoliczności. Jednak wypada się zastanowić czy nasze zdziwienie nie jest wynikiem antropocentrycznego, czy bardziej – biocentrycznego sposobu patrzenia na świat. Może równie zachwycająca powinna być dla nas plama z kawy? Wodząc wzrokiem nad rozlanym napojem moglibyśmy zadumać się nad tym jakim cudem akurat ten niepowtarzalny kształt wydarzył się akurat na skromnym blacie naszego biurka. Toż to cud! Spróbujcie go powtórzyć.

Przyjmijmy jednak, że samoorganizujący się i zdolny do samoodtwarzania proces zwany życiem jest wyjątkowy. Wraca więc problem nieprawdopodobieństwa jego powstania. To o czym pisałem w poprzednich odcinkach cyklu jest tylko niewielką częścią niesamowitych zbiegów okoliczności. Wyliczanie ich można by śmiało ciągnąć dalej, jeśli chodzi o chronologię. Wykazywać, że katastrofy, które wybiły dinozaury, jednocześnie zrobiły miejsce ekspansji ssaków, że ewolucja dostawała inne kopniaki przyspieszające jej marsz, takie jak wybuchy supernowych czy rozbłyski gamma, że wypiętrzenie Panamy mające miejsce jakieś 5 milionów lat temu, zablokowało ruch ciepłych prądów morskich, czego jednym ze skutków było wysychanie Afryki zmuszające naszych przodków do szukania szczęścia na powiększających się sawannach, gdzie korzystnie było przyjąć dwunożną, pionową postawę.

Wydaje mi się, że postrzeganie konkretnych form w jakich przejawia się życie jako rzecz nieprawdopodobną jest wynikiem błędu w myśleniu. Odwołując się do przykładu z plamą kawy – nie powinniśmy wnioskować o nieprawdopodobieństwie zdarzenia po fakcie i to stosując do tego zdrowy rozsądek. Z punktu widzenia matematyki, prawdopodobieństwo zaistnienia istoty dwunożnej, nieopierzonej – jak zdefiniował nas Platon - jest zapewne bardzo małe, ale nie jest zerowe. Mogło się więc przydarzyć. My zaś patrzymy na to jako na fakt zdeterminowany, bo już zaistniały. Zapewne wcale tak nie musiało być. Moglibyśmy wyglądać inaczej i wtedy z kolei dumalibyśmy nad tym jakim to cudem dzieje życia doprowadziły do powstania nas właśnie w takiej formie np. jako zielonkawych prosiaków z dodatkową parą chwytnych rączek wyrastających na grzbiecie. Oczywiście forma w jakiej może się przejawiać życie jest ograniczona względami praktycznymi, pragmatyczną zasadą, która w przypadku materii ożywionej nazywa się prawem ewolucji. Jeśli w alternatywnej rzeczywistości bylibyśmy zielonkawymi prosiakami, stałoby się tak tylko dlatego, że zielonkawy prosiak byłby organizmem zdolnym do przetrwania i konkurowania z innymi organizmami.

Dużo bardziej problematyczne jest zagadnienie powstania samego życia jako procesu. Niezależnie od tego jakie przyjmuje ono formy, wydaje się zjawiskiem niesamowitym. Nawet podstawowe stałe fizyczne naszego wszechświata są dokładnie takie jakie powinny być, by życie mogło powstać. Wystarczyłoby małe przesunięcie np. w prędkości światła i kosmos stałby się miejscem, gdzie żaden biolog nie znalazłby pracy w zawodzie. Prawdę mówiąc, to nie byłoby żadnego biologa, który mógłby pracy szukać, bo nie byłoby żadnego żywego organizmu, z biologami włącznie. W kosmologii koncepcją organizującą tę problematykę jest zasada antropiczna, która w wersji 'słabej' jest zwykłym truizmem stwierdzającym, że właśnie dzięki temu, iż stałe fizyczne są takie jakie są możemy zastanawiać się nad nimi, bo inaczej by nas nie było.

W wersji 'silnej' zasada stwierdza, że wszechświat musi mieć takie właściwości, by mogło w nim powstać życie. Jest więc tworem celowym. Wniosek ten niemal nieuchronnie prowadzi do stanowisk teistycznych, zakładających istnienie takiego lub owakiego demiurga. Interesującą próbą uniknięcia tej konsekwencji jest koncepcja kosmologicznego doboru naturalnego stworzona przez fizyka Lee Smolina. Zgodnie z nią istnieje multiversum, czyli uniwersum, w którym nasz świat jest tylko jednym z wielu. W multiversum wszechświaty generujące więcej czarnych dziur namnażają się, ponieważ zapadanie się czarnej dziury prowadzi do powstania osobliwości będącej początkiem nowego wszechświata o pokrewnych właściwościach. Upraszczając – czarne dziury są zarodkami Wielkich Wybuchów kreujących nowe kosmosy. Tak się składa, iż nasze stałe fizyczne sprzyjają powstawaniu czarnych dziur, stąd wniosek, iż wszechświaty, w których może powstać życie są jednocześnie tymi, które najszybciej się mnożą.

Stwierdzenie tego, że nasz wszechświat jest przyjazny życiu i że być może nie jest to cecha przypadkowa, nie pomaga nam rozwikłać samego problemu nieprawdopodobieństwa zorganizowania się materii nieożywionej w ożywioną. Przecież ewidentnie wykazaliśmy, iż przypadkowe złożenie się chemii w życie graniczy z niemożliwością. Myślę, że kluczem do uporania się z tą zagadką jest uświadomienie sobie skali czasu i przestrzeni w jakiej dokonywały się biogenne procesy. Nie mówimy tu o setkach, tysiącach czy nawet milionach lat, ale o ich miliardach. To naprawdę szmat czasu i sporo mogło się wydarzyć. Tym bardziej, że życie dla zaistnienia miało na naszej planecie mnóstwo miejsca w ogromnym praoceanie, zwanym, w kulinarnej manierze, zupą pierwotną lub pierwotnym bulionem. Co więcej - nie jest wykluczone, iż nie powstało ono tutaj, lecz, zgodnie z teorią panspermii, przywędrowało do nas z kosmosu, przywleczone z innego globu przez meteoroid. Jeżeli przyjmiemy to założenie, szanse na jego powstanie były jeszcze większe, bo oprócz Ziemi potencjalną kolebką mogły być inne sprzyjające życiu planety.

Pozostaje nam postawić sobie jeszcze jedno pytanie: skoro życie, choć tak nieprawdopodobne, okazuje się tak prawdopodobne, czemu nie trafiamy na ślady jego istnienia poza naszą planetą? Czemu z bezkresnej przestrzeni kosmosu nigdy nie dotarło do nas uporządkowane 'bip-bip', dobitnie świadczące o racjonalnym charakterze nadawcy? Wszechświat uporczywie milczy. Od Wielkiego Wybuchu minęło tyle czasu, dookoła nas jest tyle galaktyk, gwiazd, planet – ogrom skali sugeruje, że życie musiało zaistnieć także gdzieś poza Ziemią, że nawet powinno być zjawiskiem dosyć pospolitym. Fizyk Enrico Fermi zadał pytanie 'Gdzie oni są?', co było sformułowaniem zagadnienia wystarczająco klarownym by nadać mu miano paradoksu Fermiego.

Próby rozwiązania tego problemu przyjmują różną postać. Hipoteza jedynej Ziemi (rare Earht hypothesis) zakłada, że warunki zaistnienia wielokomórkowego życia są tak nieprawdopodobne, iż być może jesteśmy ewenementem na skalę galaktyki lub nawet wszechświata. To ostateczne, nie dające nadziei rozstrzygnięcie paradoksu. Istnieje mnóstwo innych propozycji, z których wiele brzmi dosyć niesamowicie. Chociażby hipoteza ZOO, zakładająca że obcy obserwują nas z ukrycia i nie są zainteresowani nawiązaniem kontaktu, ponieważ albo nie chcą póki co zakłócać naszego rozwoju, albo jesteśmy ich eksperymentem, albo po prostu jeszcze nie dorośliśmy etycznie do tego, by się z nimi dogadać.

Frapująca jest też koncepcja radykalnie znosząca możliwość komunikacji – rozwinięte cywilizacje osiągają poziom technologicznej osobliwości, ich racjonalność jest daleko poza tym, co możemy pojąć, my zaś nie reprezentujemy sobą nic, co by ich interesowało. Jesteśmy co najwyżej przykładem dosyć prymitywnego, inteligentnego życia na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Obcy nie mają żadnego dobrego powodu, by do nas zagadać. My zaś nie trafiamy na ślady ich bytności, ponieważ nie potrafimy odróżnić ich wytworów od naturalnych obiektów. W obrębie tej hipotezy można by umieścić eksperyment myślowy Dysona, który zakłada, iż rosnące zapotrzebowanie na energię zmusza zaawansowane cywilizacje do otoczenia macierzystej gwiazdy absorbującą promieniowanie sferą, czymś w rodzaju gigantycznego kolektora słonecznego, utworzonego z rozproszonej w przestrzeni chmury urządzeń. Promieniowanie przenikające przez tę barierę jest tak niewielkie, że nie potrafimy go odróżnić od promieniowania tła.

Porzućmy już te dywagacje i wróćmy na Ziemię, do tu i teraz. Jesteśmy więc, dzieło albo mądrego stwórcy, albo szczęśliwego przypadku. Przetrwaliśmy, rozwinęliśmy się i wszystko przed nami. Na ten optymistyczny obrazek pada jednak złowrogi cień. Kosmiczne katastrofy nie są tylko pieśniami przeszłości. We wszechświecie niewiele się zmieniło: wszystko nadal pędzi, zderza się, kruszy i płonie. Szacuje się, że orbitę Ziemi przecinają trajektorie 100 milionów obiektów o średnicy większej niż 10 metrów. Duża część z nich jest zdolna do wyrządzenia sporych szkód, np. zniszczenia miasta i przy okazji zachwiania klimatem całego globu. Pośród tych bolidów około 2000 ma rozmiary wystarczające do tego, by unicestwić naszą cywilizację.

Straszenie śmiercionośnymi pociskami, które mogą bez ostrzeżenia wychynąć z kosmicznego bezkresu nie jest bynajmniej holywoodzkim zagraniem obliczonym na zabawienie publiczności. Dla przykładu: w 1991 roku już po fakcie zauważono asteroidę, która minęła nas w odległości 170 tysięcy kilometrów. Dystans ten może wydawać się sporą odległością, lecz w skali kosmicznej jest to tak zwany 'rzut beretem'. Używa się niepokojącego porównania - po zmniejszeniu rozmiarów wydarzenie to odpowiadałoby strzałowi z karabinu, po którym kula przeszyła rękaw, ale nie dotknęła ręki. Mało krzepiące wiadomości, nieprawdaż? Taka już podła dola żywego organizmu - wciąż zatroskany o swoje przetrwanie.
http://absurdonomikon.blogspot.com/2009/11/jakim-cudem-tu-jestesmy-cz-iv.html

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane

Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!

www.imaginarium.org.pl
Michał-Anioł
między niebem a piekłem
Moderator Globalny
Ekspert
*****
Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 1338


Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym



Michał Anioł
Zobacz profil WWW
« Odpowiedz #3 : Sierpień 26, 2010, 22:39:09 »


Tempo rozpadu nie jest stałe
Uczniowie i studenci na całym świecie uczą się, że rozpad promieniotwórczy odbywa się ze stałą prędkością, dzięki czemu można wykorzystać węgiel C-14 do precyzyjnego datowania. Jednak naukowcy z dwóch renomowanych uczelni Stanford University i Purdue University sądzą, że rozpad nie jest równomierny, a wpływ na jego prędkość ma... Słońce.

Profesor fizyki Ephraim Fischenbach z Purdue potrzebował długiej listy przypadkowo generowanych liczb. Uczeni używają ich do najróżniejszych obliczeń, jednak uzyskanie list jest bardzo trudne. Powinny to być bowiem liczby losowe, a więc na ich wybór nie powinno nic wpływać. Fischenbach postanowił zatem wykorzystać radioaktywne izotopy jako źródło liczb. Co prawda np. kawałek cezu-137 rozpada się - jak dotąd sądzono - ze stałą prędkością, jednak wiadomo, że do rozpadu poszczególnych atomów dochodzi w całkowicie nieprzewidywalny, przypadkowy sposób. Naukowiec chciał zatem wykorzystać materiał radioaktywny i licznik Geigera i notując czas upływający pomiędzy momentami rozpadu poszczególnych atomów uzyskać szereg przypadkowych liczb.

Fischenbach chciał najpierw wybrać najlepszy materiał radioaktywny, więc wraz ze swoimi kolegami zaczął przeglądać publikacje na temat ich rozpadu. I odkryli znajdujące się w nich różnice w pomiarach.

Naukowcy, zdumieni tym faktem, porównali dane zebrane przez amerykańskie Brookhaven National Laboratory oraz niemiecki Federalny Instytut Fizyki i Techniki. Tutaj czekała ich jeszcze większa niespodzianka. Okazało się bowiem, że tempo rozpadu zarówno krzemu-32 jak i radu-226 wykazywało sezonowe odchylenia. Latem rozpad pierwiastków był nieco szybszy niż zimą.

Wszyscy myśleliśmy, że mamy tu do czynienia z błędami pomiarowymi [różne pory roku charakteryzują się przecież różną temperaturą czy wilgotnością, co może wpływać na instrumenty pomiarowe - red.], ponieważ byliśmy przekonani, że tempo rozpadu jest stałe - mówi emerytowany profesor fizyki, ekspert fizyki słońca Peter Sturrock ze Stanford University.

Rozwiązanie zagadki nadeszło, przynajmniej częściowo, 13 grudnia 2006 roku, gdy w nocy w laboratorium Purdue University inżynier Jere Jenkins zanotowanł niewielkie spowolnienie tempa rozpadu manganu-54. Nastąpiło ono na 1,5 doby przed  pojawieniem się flary słonecznej.

Uczeni opisali swoje spostrzeżenia i w kolejnych artykułach stwierdzili, że zmiany w tempie rozpadu izotopów związane są z ruchem obrotowym Słońca, a najbardziej prawdopodobną ich przyczyną jest wpływ neturin na izotopy. Zresztą sam Sturrock poradził kolegom z Purdue, by przyjrzeli się rozpadowi, a z pewnością stwierdzą, że zmiany następują co 28 dni.

Tymczasem okazało się, że zmiany zachodzą co... 33 dni.

To, jak uważa Sturrock wskazuje, wbrew intuicji, że wnętrze naszej gwiazdy - w którym zachodzą reakcje - wiruje wolniej niż jej obszar zewnętrzny.

Jednak te spostrzeżenia nie wyjaśniają kolejnej, wielkiej tajemnicy. W jaki sposób neutrino miałyby wpływać na materiał radioaktywny na tyle, by zmienić tempo jego rozpadu.

Z punktu widzenia standardowych teorii to nie ma sensu - mówi Fischbach. A Jenkins dodaje: Sugerujemy, że coś, co nie wchodzi w interakcje z niczym zmienia coś, co nie może być zmienione.

Uczonym pozostaje więc do rozwiązania poważna zagadka. Albo nasza wiedza o neutrino wymaga weryfikacji, albo też na rozpad ma wpływ nieznana jeszcze cząstka.


Autor: Mariusz Błoński

Źródło: Stanford University

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane

Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!

www.imaginarium.org.pl
Michał-Anioł
między niebem a piekłem
Moderator Globalny
Ekspert
*****
Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 1338


Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym



Michał Anioł
Zobacz profil WWW
« Odpowiedz #4 : Sierpień 29, 2010, 12:25:17 »


Kiedy kilka lat temu wyszły na jaw manipulacje koreańskiego genetyka Woo-suk Hwanga, który miał rzekomo sklonować ludzkie zarodki oraz stworzyć komórki macierzyste skrojone ma miarę dla konkretnego pacjenta, rozmawiałam o naukowych oszustach z psychologiem.

Dlaczego ludzie, często wybitni, którym nie brakuje ani splendoru, ani pieniędzy, robią takie rzeczy?

Właśnie dlatego, że tak wysoko doszli. Po pierwsze, nikt zbytnio już ich nie sprawdza, bo sami są wyrocznią w danym temacie. Tworzy się wokół nich mit nietykalności. Po drugie, zasmakowali sukcesu i chcą nadal być na topie. A przecież młodych i zdolnych z każdym rokiem przybywa.

Co ciekawe, pani psycholog tłumaczyła mi, że bardzo często ci ludzie nie są świadomi tego, że kłamią. Są przekonani o słuszności swoich wniosków, uważają, że i tak wcześniej czy później by ich dowiedli. Oni WIEDZĄ, jak jest, więc czasami, kiedy doświadczenie im nie wyjdzie, "prostują" dane.

Stąd ogromne zaskoczenie, z jakim przyjmują zarzuty. Zaskoczenie często prawdziwe. Przecież niczego złego nie zrobili, nikogo nie oszukali.

Oczywiście, są pewnie i tacy, którzy kłamią całkowicie świadomie.

Niepokoi mnie coś jeszcze. Oświadczenie Uniwersytetu Harvarda nie wyjaśnia wielu spraw, choćby szczegółów i skali oszustwa. Wewnętrzne dochodzenie, jak się okazuje, prowadzono od trzech lat! A wciąż nie ma informacji, o jakie oszustwa właściwie chodzi. Chcąc nie chcąc, nasuwa się podejrzenie, że ktoś tutaj kogoś kryje.

Herbert Terrace, specjalista od zdolności poznawczych z Uniwersytetu Kolumbia w Nowym Jorku, w wywiadzie dla tygodnika "New Scientist" powiedział: - Bez wnikliwszego śledztwa, bez konkretów oświadczenie uniwersytetu jest mało warte. Musimy mieć pewność, na ile możemy w ogóle ufać pracom Hausnera.

Wszak nauka ma się opierać się na faktach, a nie na zaufaniu.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Więcej... http://wyborcza.pl/1,75476,8301382,Brzydkie_oblicze_nauki.html#ixzz0xzNxm2f8

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane

Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!

www.imaginarium.org.pl
Michał-Anioł
między niebem a piekłem
Moderator Globalny
Ekspert
*****
Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 1338


Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym



Michał Anioł
Zobacz profil WWW
« Odpowiedz #5 : Wrzesień 01, 2010, 15:46:54 »


Jak niewiele jesteśmy w stanie ogarnąć naszymi 5 zmysłami

<a href="http://uploads.ungrounded.net/525000/525347_scale_of_universe_ng.swf" target="_blank">http://uploads.ungrounded.net/525000/525347_scale_of_universe_ng.swf</a>

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane

Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!

www.imaginarium.org.pl
Michał-Anioł
między niebem a piekłem
Moderator Globalny
Ekspert
*****
Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 1338


Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym



Michał Anioł
Zobacz profil WWW
« Odpowiedz #6 : Wrzesień 18, 2010, 20:09:28 »


Nasza wiedza o otaczającym Świecie jest taka jak "Nauka" która ją wyprodukowała tzn. zmienna.
<a href="http://www.youtube.com/watch?v=dAzJy_DECyQ" target="_blank">http://www.youtube.com/watch?v=dAzJy_DECyQ</a>
LUC BÜRGIN
BŁĘDY NAUKI

Gdy w 1946 roku w Filadelfii w niektórych domach nagle spadło napięcie, ponieważ po wieloletnich przygotowaniach w pobliskim laboratorium uniwersyteckim uruchomiono wreszcie pierwszy komputer, ENIAC, badacze wpadli w euforię. Mimo że monstrum to zajmowało powierzchnię 140 metrów kwadratowych i ważyło 30 ton, nic nie było w stanie zmącić radości jego twórców. Bądź co bądź mózg elektronowy potrafił wykonać pięć tysięcy operacji dodawania na sekundę, co w owych czasach było prędkością wprost niewyobrażalną...

„Opracowując ENIAC zdobyto doświadczenia, które pozwolą w przyszłości konstruować mniejsze i prostsze maszyny", napisał w dzienniku „Prisma" zachwycony Paul Bellac, kontynuując równie entuzjastycznym tonem: .,Ale nigdy nie uda się zbudować elektronicznych maszyn liczących, które byłyby szybsze od ENIAC-a". Po pięćdziesięciu latach kwitujemy te historyczne słowa pobłażliwym uśmieszkiem.

Ludzie mają widocznie skłonność do przedwczesnego i negatywnego oceniania perspektyw rozwojowych pewnych dziedzin nauki. Niektóre rewolucyjne odkrycia lub idee przez lata bojkotowano i zwalczano tylko dlatego, że dogmatycznie nastawieni luminarze nauki nie umieli odrzucić swych ulubionych, choć przestarzałych i skostniałych idei i przekonań. Jednym słowem: „Niemożliwe!" hamowali postęp nauki, a przykładami można dosłownie sypać jak z rękawa:

• Gdy w XVIII wieku Antoine-Laurem de Lavoisier zaprzeczył istnieniu „flogistonu" – nieważkiej substancji, która wydziela się w trakcie procesu spalania i w którą wierzyli wszyscy ówcześni chemicy – i po raz pierwszy sformułował teorię utleniania, świat nauki zatrząsł się z oburzenia. „Observations sur la Physique", czołowy francuski magazyn naukowy, wytoczył przeciwko Lavoisierowi najcięższe działa, a poglądy uczonego upowszechniły się dopiero po zażartych walkach.

• Gdy Werner von Siemens, twórca elektrotechniki, zaprezentował przed Scientific Community teorię ładunku elektrostatycznego przewodów zamkniętych i otwartych, wywołał falę gwałtownych sprzeciwów. „Początkowo nie wierzono w moją teorię, ponieważ była sprzeczna z obowiązującymi w tamtych czasach poglądami", wspominał Siemens w autobiografii wydanej pod koniec XIX wieku.

• Podobnych przeżyć doświadczył William C. Bray z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, gdy w 1921 roku poinformował o zaobserwowaniu oscylującej okresowo reakcji chemicznej. W 1987 roku w fachowym czasopiśmie „Chemical and Engineering News" ukazał się artykuł R. Epsteina, który napisał, że amerykański uczony został wyśmiany i wyszydzony, bo reakcja taka wydawała się niepodobieństwem. I choć odkrycie Braya potwierdzono w teorii i w praktyce, to musiało upłynąć pięćdziesiąt lat, nim uznano znaczenie jego pracy.
Studenci rzadko mają okazję zetknąć się z podobnymi przykładami, ponieważ naukowcy, jak wszyscy inni ludzie, przejawiają osobliwą skłonność do zapominania o rozmaitych „wpadkach", z jakimi na przestrzeni lat musiała się uporać ich dyscyplina wiedzy. Z dumnie wypiętą piersią sprzedają uczniom historię nauki jako pasmo nieustających sukcesów. Wstydliwie przemilczają opowieści o walkach, które poprzedzają wielkie przełomy.


„Podstawową cechą naukowego dyskursu jest to, że sprzeciw wobec jakiejś nowej tezy staje się tym gwałtowniejszy, im bardziej odbiega ona od obowiązujących doktryn ", stwierdziła kiedyś Evelyn Fox, historyk ż filozof. 1 rzeczywiście, świat nauki często reaguje na nowe idee i odkrycia bardzo nerwowo, a nawet nienawistnie, ponieważ uczone autorytety nie chcą się zmienić i sprzedają nam swoje spekulacje ż ideologie jako „definitywnie udowodnione fakty".

„Długa historia odkryć pełna jest objawów arogancji i nietolerancji, które doprowadzały do nieustannego wydawania błędnych opinii i odpowiadają za to, że w konfrontacji z nowymi i genialnymi ideami nasze naukowe autorytety nieomal zawsze się kompromitują".

Rolf Schaffranke, inżynier

Niewielkie ukłucia, olbrzymie działanie

„Zaburzenia snu można leczyć akupunkturą skutecznie i bez wystąpienia skutków ubocznych". To zaskakujące stwierdzenie nie pochodzi z ogłoszenia zachwalającego kontrowersyjną medycynę alternatywną. Zaczerpnąłem je z komunikatu dla prasy wydanego 17 czerwca 1996 roku przez Szwajcarski Fundusz Narodowy, którego celem jest między innymi popieranie badań naukowych.

Fundusz Narodowy przejął patronat nad badaniami w grupie czterdziestu ochotników cierpiących na bezsenność. Oddajmy głos kierującemu projektem dr. Hamidowi Montakabowi: „Pacjentów podzielono na dwie grupy. Pierwszą poddawano terapii akupunkturą. W trakcie trzech do pięciu seansów terapeuta stymulował igłami wybrane punkty na meridianach (kanałach energetycznych, w których, według medycyny chińskiej, gromadzi się w ciele energia życiowa). Punkty na meridianach określano indywidualnie dla poszczególnych pacjentek i pacjentów. Osoby z drugiej grupy nakłuwano w punktach »obojętnych«, obok meridianów".

Oto wynik eksperymentu: Reakcja pierwszej grupy na tę wykpiwaną przez oficjalną medycynę metodę leczenia była bardzo pozytywna. U wielu pacjentów bezsenność ustąpiła. W drugiej grupie nie odnotowano korzystnych zmian. „Nawet złudne przekonanie chorych, że są poddawani fachowej akupunkturze, nie przywróciło im snu", podsumował Montakab.

Przeprowadzone pod kierunkiem Montakaba badania są częścią programu Szwajcarskiego Funduszu Narodowego dotyczącego „medycyny komplementarnej". „Niedoceniana przez naukę i władze medycyna komplementarna musiała całymi latami funkcjonować w cieniu", podsumował przedstawiciel Funduszu dr François Kästli, który zauważył konieczność propagowania programu medycyny alternatywnej. „Obecnie jest ona tolerowana, ale na pewno nie akceptowana". Można jedynie mieć nadzieję, że dzięki intensywnym staraniom nauki lepiej zrozumiemy kompleksowe metody leczenia.

Ta pomyślna, choć spóźniona decyzja to ukłon w stronę filozofii pewnego lekarza, który prawie pięćset lat temu za sprawą porywczego temperamentu i bezkompromisowego podejścia do zawodu musiał na łeb na szyję uciekać ze Szwajcarii. Nieprzejednanie bronił ścisłego powiązania wiedzy książkowej z przekazywaną ustnie tradycją medycyny ludowej, a poza tym sam ją skutecznie praktykował. A to bardzo się nie podobało jego przywiązanym do tradycji kolegom po fachu...
Tajemniczy gość
Zakonnik przeciera szlaki

Gregor Mendel (1822-1884), zakonnik, który uprawiał groch, przeszedł do historii. Chyba każdy wie, że dokonując niezliczonych selekcji grochu jako pierwszy sformułował podstawowe zasady dziedziczności, których uczy się obecnie na lekcji biologii nieomal każdy uczeń.

W ogrodzie klasztoru w Brnie (Czechy) dzień po dniu obserwował wzrost roślin. Każdy szczegół starannie notował, w nadziei, że w ten sposób uda mu się ustalić czynniki regulujące dziedziczność kształtu nasion grochu i kolorów kwiatów.

Niestrudzenie zbierał owoce swoich badań, a potem ręcznie je przebierał i sortował. Była to monotonna, drobiazgowa praca, ale w końcu udało mu się wyodrębnić określone, powtarzające się wzory liczbowe. Dokonując dalszych krzyżówek i selekcji doszedł do wniosku, że muszą istnieć jakieś czynniki dziedziczne, które warunkują określone cechy rozwojowe roślin. W ten sposób, zupełnie nieświadomie, Mendel odkrył istnienie genów.

Świat ówczesnej nauki nie wiedział, co począć ze spostrzeżeniami zakonnika. Większość wysłanych przez niego do różnych naukowców egzemplarzy pracy, w której opisał wyniki prób krzyżowania roślin, wylądowała nie przeczytana w koszu na śmieci. Również wykład wygłoszony przez Mendla w 1865 roku przed Towarzystwem Przyrodniczym w Brnie nie wzbudził entuzjazmu obecnych.

Dopiero na przełomie wieków, gdy mikroskop pomógł biologom wytropić we wnętrzu komórek chromosomy i w ten sposób powołać do życia nową dziedzinę wiedzy – genetykę – przypomniano sobie o hodującym groch zakonniku i jego pionierskim odkryciu.

W tym samym czasie brytyjski przyrodnik i psycholog Francis Galton (1822-1911) zaczął się zastanawiać nad procesami dziedziczenia i nad możliwością wpływania na rozwój „gorszych" ludzi dla dobra rasy ludzkiej, na jej doskonalenie. Galton nazwał tę dziedzinę wiedzy „eugeniką" i zyskał wielu zwolenników wśród genetyków.

Eugenicy uważają, że ich zadaniem jest wybieranie ze społeczeństwa „jednostek gorszych biologicznie" i opracowywanie możliwości uzyskania i wspomagania „wartościowszego życia". Wielu badaczy nie przejmowało się, że do ich pracy zaczynają się wkradać uprzedzenia, i w ten sposób na przestrzeni lat nowa dziedzina wiedzy nabrała cech rasistowskich.

Profesor Hansjakob Müller jest genetykiem, kieruje Zakładem Genetyki Medycznej Szpitala Dziecięcego w Bazylei. W 1995 roku poprosiłem go przez telefon o wyjaśnienie kilku interesujących mnie spraw, między innymi niektórych aspektów biografii Barbary McClintock.

„McClintock ustaliła kilka zjawisk, które nie zgadzały się z wiedzą klasycznej genetyki. Jej obserwacje przeczyły obowiązującym wówczas poglądom. W rezultacie świat nauki niejako z góry programował, czy też przewidywał, jakie problemy mogą się pojawić w ramach pewnej dziedziny wiedzy.

– Odkrycia Avery'ego też przecież nikt nie świętował... – przerwałem. – To prawda. W przypadku Avery'ego i jego poprzedników sprawa wyglądała podobnie. Bez wątpienia jest to godne ubolewania, ale nie wolno nam zapominać, że odszyfrowanie substancji dziedzicznej było długotrwałym procesem poznawczym, który trwał kilkadziesiąt lat. A tam, gdzie ludzie realizują jakiś proces myslowy, zdarzają się błędy. Znam to z własnego doświadczenia. W czasie studiów musiałem czerpać wiedzę z podręczników zawierających stwierdzenia, które okazały się później kompletną bzdurą.

– Najnowszym przedsięwzięciem genetyki jest Projekt Genom, koordynowany przez Jamesa Watsona, współodkrywcę podwójnej spirali DNA. Czego możemy się po nim spodziewać?

– Badanie anatomii naszego genomu nabrało tempa. We wszystkich krajach badacze zajmują się identyfikowaniem genów, wpisywaniem ich w zestaw chromosomów i odszyfrowywaniem sekwencji zasad. Za dziesięć lat będziemy pewnie znali wszystkie geny, co przyczyni się do olbrzymiego postępu w medycynie.

– Tak, ale coraz więcej ludzi obawia się tego odkrycia.

– Nie ma wątpliwości, że lęki związane z inżynierią genetyczną trzeba traktować poważnie. Z drugiej strony nie wolno zapominać, że na rynku pojawia się coraz więcej leków, których ostateczne oddziaływanie na nasz organizm nie jest szczegółowo zbadane. Projekt Genom to olbrzymia nadzieja dla ludzkości, ponieważ dzięki niemu będzie można w przyszłości świadomie ingerować w organizm na płaszczyźnie biologicznej, co przyniesie nam decydujące korzyści zdrowotne".

„Najnowszy stan wiedzy" został poddany ostrej krytyce przez publicystę Hansa-Joachima Ehlersa, który od wielu lat walczy z traktowaniem po macoszemu odkryć z dziedziny techniki i nauki. Twierdzi on, że cała wiedza została podzielone na poszczególne konkretne dziedziny, którymi niepodzielnie władają „koryfeusze nauki".

Jak obliczył, w samych tylko Niemczech można znaleźć dwieście „nieomylnych autorytetów". Ich współpraca z przemysłem jest równie ścisła jak z prawnikami i politykami, którym służą jako rzeczoznawcy. Ehlers wyraził się o tym następująco: „Jednym z ich zadań jest decydowanie o finansowaniu tych, a nie innych projektów badawczych. Mówią sędziom, co uważają za naukę, a co za czystą szarlatanerię. W świecie ekspertów może funkcjonować tylko coś, co odpowiada ich naukowemu rozumieniu rzeczywistości. A słowo „funkcjonować" oznacza uzyskanie patentu, ochrony i szansy uplasowania się na rynku".
LUC BÜRGIN
BŁĘDY NAUKI

Wszystko to jednak było tylko preludium do odkryć mechaniki kwantowej. Zasada nieoznaczoności Heisenberga prowadzi bezpośrednio do wniosku, że — by posłużyć się słowami fizyka Dietricha Schroeera — „obserwatora nie można oddzielić od Eksperymentu" , a podczas gdy słuszność tego zda­nia na ogół uznaje się w odniesieniu do zjawisk mi­krokosmicznych, to istnieją dowody, iż jest ono słusz­ne także w odniesieniu do makrokosmosu. „By wyrazić się bez ogródek — powiada Henry Margenau — nauka nie zawiera już prawd absolutnych" . Sam fakt obserwacji i sama jej intencja ingerują w obser­wowany przedmiot.

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

« Ostatnia zmiana: Wrzesień 18, 2010, 20:11:36 wysłane przez Michał-Anioł » Zapisane

Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!

www.imaginarium.org.pl
Michał-Anioł
między niebem a piekłem
Moderator Globalny
Ekspert
*****
Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 1338


Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym



Michał Anioł
Zobacz profil WWW
« Odpowiedz #7 : Wrzesień 18, 2010, 20:13:33 »


Począwszy od drugiej połowy XX w.  nauka jest pod nadzorem ,  politycznym lub(a raczej w większości) korporacyjnej , Pomyślcie bazujemy na fizyce newtonowskiej choć wiemy że to tylko jeden punkt odniesienia ,gdy wynaleziono bobę atomową rozpowszechnianie wiedzy zostało zatrzymane a zarazem jej nie skrępowany rozwój  a jakie nowe technologie powstały by za ich pomocą badać to co nas otacza np.mamy możliwość przeprowadzania badań w nieważkości (czyli zmiany punku odniesienia itp).I co i nic cisza mówi się o zimnej fuzji ale za wiele się nie dzieje.  Jak widać stoimy technologicznie w miejscu ,jedyne co udało nam sie zrobić to doprowadzić  do perfekcji technologie powstałe w czasie rewolucji przemysłowej .Od rewolucji przemysłowej stoimy w miejscu.
co patrząc na rozwój fizyki kwantowej czy astronomii jest co najmniej dziwne.


Fizyka już od czasów starożytnych nie poddawała się żadnym definicją była ona i tylko ona zawierała wszystko co człowiek wiedział o tym co go otacza, o wszystkim co jest na zewnątrz,   reszta to Metafizyka czyli wiedza o hmm .......reszcie?.
Fizyka zawierała w sobie wszystkie dziedziny wiedzy jakie istnieją dziś nawet te które wydaje na się że powstały współcześnie.Powtórne Nią zainteresowanie potwierdziły tylko tezy wysnute przez Starożytnych myślicieli, i co ciekawe dochodzono do podobnych wniosków jak współcześnie jaki różnice postrzeganiu rzeczywistości  naznaczone były różnymi światopoglądami.

Ludzie którzy po wiekach zaczynali odkrywać Prawa  Natury nie byli związani z jakimiś organizacjami czy uczelniami , byli wolni od dogmatów ówczesnej nauki czy religii sami szukali odpowiedzi na nurtujące ich pytania .
Newton twórca współczesnej nam Fizyki ,to dzięki niemu weszliśmy na ścieżkę industrializacji, dzięki której z kolei nastąpił rozwój narzędzi badawczych z których pomocą był możliwy kolejny przeskok .Tenże  Newton nie ograniczał swoich zainteresowań tylko do zagadnień stricte fizycznych  wręcz większość swego czasu poświęcał na badanie swego ciała ,przyrody zajmował się alchemią i ezoteryką   co nie było dość kontrowersyjne w tam tych czasach.

To ludzie o tak szerokich horyzontach i wolnych umysłach czynią rewolucje w nauce .
Gdybyśmy patrzyli tylko na to co jest powszechnie przyjmowali jako prawda obiektywna to gdzie byśmy byli dziś?


Heretycy nauki

Światopogląd, pieniądze i prestiż, a nie dążenie do prawdy, zdominowały współczesną naukę. Autorytet nauki słabnie z roku na rok. Wielu naukowcom brakuje uczciwości i odwagi. Na szczęście wciąż są też tacy, którzy idą pod prąd.

Współczesne Sokratesowi „autorytety” skazały go na śmierć, bo niepokojąco oryginalnie myślał. Religijna elita pozbyła się Jezusa, bo burzył ich zakłamany świat. Na stosie spłonął Giordano Bruno, bo widział inny niż „oficjalny” porządek rzeczy. Zaszczuty przez medyczne środowisko wiedeński położnik Ignaz Sommelweis umarł samotnie w domu dla obłąkanych, bo zanim odkryto zarazki, kazał swym kolegom myć ręce przed zabiegami chirurgicznymi. Dziś stosuje się podobne środki, choć nie buduje się już stosów. Tych z drewna. Naukowców, którzy idą pod prąd, się zniesławia, podważa ich wiarygodność, wyrzuca z pracy, zabiera środki na prowadzenie badań.

 

„Nie” dla neodarwinizmu

Spór ewolucjonistów z kreacjonistami jest sztandarowym przykładem spychania tych drugich poza margines. Ten, kto ośmieli się podnieść rękę na świętą krowę współczesnej nauki, jest zazwyczaj piętnowany jako religijny fanatyk. Następnie odmawia się mu zdolności myślenia, nierzadko możliwości publikacji w liczących się periodykach. Potem przychodzi czas na odbieranie grantów, a w końcu bywa, że śmiałkowie tracą posady czy katedry. I przyjaciół. We wstrząsający sposób opowiada o tym film Expelled (Wyrzuceni), ukazując tragedię naukowców, którzy odważyli się skrytykować teorię ewolucji. Musi być jednak coś magnetycznego w takim heroizmie, bo liczba sceptycznych naukowców rośnie, a nie maleje. Słynną deklarację kwestionującą ewolucjonizm podpisało już ośmiuset naukowców z całego świata, włączając w to najbardziej prestiżowe uczelnie (jeszcze kilka miesięcy temu było ich siedmiuset). Głośnym echem odbiło się ostatnio porzucenie neodarwinizmu przez Stanleya Salthe’a, autora i redaktora trzech książek, w tym podręcznika, dotyczących ewolucyjnej biologii, oraz Giuseppe’a Sermontiego, redaktora „Rivista di Biologia” — jednego z najstarszych specjalistycznych czasopism poświęconych biologii teoretycznej. Ewolucjonizm określili jako modernistyczny mit pochodzenia i doktrynę politycznej poprawności obowiązującą w nauce. Na liście sceptycznych naukowców widnieje też nazwisko pięciokrotnego kandydata do Nagrody Nobla w dziedzinie chemii kwantowej — prof. Henry’ego Schaefera, dyrektora (jeszcze) Center for Computational Quantum Chemistry na Uniwersytecie Georgia, który wprost wyrzuca kolegom naukowcom: „Niektórzy obrońcy ewolucjonizmu przyjmują takie standardy oceniania dowodów na ewolucję, których w innych okolicznościach nigdy by jako naukowcy nie zaakceptowali”. Zawzięty ewolucjonista (jak sam siebie nazywa) prof. Michael Ruse przyznaje otwarcie w swej książce How evolution became a religion: „Ewolucjonizm jest propagowany przez ewolucjonistów jako coś więcej niż tylko nauka. Jest rozpowszechniany jako ideologia, świecka religia — dojrzała alternatywa dla chrześcijaństwa, dająca sens i moralność. Jestem zawziętym ewolucjonistą i byłym chrześcijaninem, ale muszę przyznać, że (...) odbierający to literalnie mają rację. Ewolucjonizm jest religią. Było to prawdą o ewolucjonizmie na początku i jest prawdą o ewolucjonizmie dzisiaj”. Tylko w jednym Ruse się myli — ewolucjonizm nie jest alternatywą pełną sensu i moralności.
„Nie” dla braku etyki

Dziś nauka nie tylko potrafi błądzić, potrafi być nieetyczna. Kiedyś zbyt rewolucyjne odkrycia bojkotowano dlatego, że godziły w autorytety uznane wcześniej za nieomylne. Doświadczył tego nie tylko wspomniany Sommelweis. Antoine-Laurent de Lavoisier został oceniony jako idiota przez czołowy francuski magazyn naukowy „Observations sur la Physique”, a jego teoria utleniania za kpinę. Twórca teorii ciepła i szeregów trygonometrycznych Jean-Baptiste Joseph de Fourier poniósł porażkę przed Paryską Akademią Nauk, gdy ówcześni guru wyśmiali jego analizę. Odkryte przez Wilhelma Roentgena promienie X uznano za sprytne oszustwo. Odkrywcę Helicobakter pylori Barry’ego Marshalla, zanim przyznano mu rację, wyśmiano w prestiżowych periodykach medycznych, bo przecież „wiadomo”, że żadna bakteria nie przeżyje w żołądku... Twórca teorii kwantów Max Planck po przeżyciach związanych z doktoratem napisał: „To doświadczenie pozwoliło mi poznać nowy, zadziwiający, jak sądzę, fakt: nowa prawda naukowa nie triumfuje dlatego, że przekonuje swoich oponentów, ale raczej z tego powodu, że jej  przeciwnicy wymierają i rośnie nowe pokolenie zaznajomionych z nią badaczy”.

Dziś mechanizmy wydają się dużo groźniejsze. Świat spodlał, a nauka stała się dla wielu biznesem. Tym bardziej nie pozwólmy „heretykom” zamykać ust.

Katarzyna Lewkowicz-Siejka

 

[Artykuł został opublikowany w miesięczniku „Znaki Czasu” 4/2010].

Wiecej: http://www.eioba.pl/a125857/heretycy_nauki#ixzz0mbyJeewK

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane

Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!

www.imaginarium.org.pl
Michał-Anioł
między niebem a piekłem
Moderator Globalny
Ekspert
*****
Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 1338


Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym



Michał Anioł
Zobacz profil WWW
« Odpowiedz #8 : Wrzesień 18, 2010, 20:14:38 »


odp.east
Ten ostatni artykuł bardzo dobry. Mam wrażenie , że dzisiejsi odkrywcy "na cenzurowanym" Dan Winter i Nassim Haramein, ale także wielu innych, mi nieznanych , przeciera mozolnie te same stare szlaki od wszechczasów.
Na szczęście mają oparcie w takich jak my, którzy nie negują, ale śledzą dokonania prekursorów z zapartym tchem. Dzisiaj niby łatwiej odebrać perkursorom oręż ( granty) , ale nie docenia się rosnącej świadomości i powszechności informacji. Każdy może na przykład wesprzeć "swojego" naukowca donacją, albo inaczej - zapraszając go na płatne wykłady. Co jakiś czas niektóre uczelnie odważnie łamią tabu i tworzą nowe katedry naukowe. Dla nich jest to szansa na zaistnienie w świecie.
Powoli świat nauki się na nowo otwiera  po okresie marazmu.

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane

Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!

www.imaginarium.org.pl
Strony: 1 2 3 4 5 6 7 »   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Powered by SMF 1.1.21 | SMF © 2006-2009, Simple Machines
BlueSkies design by Bloc | XHTML | CSS