Choose fontsize:
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
 
  W tej chwili nie ma nikogo na czacie
Strony: 1   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Wojna bogów  (Przeczytany 5860 razy)
0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.
Michał-Anioł
między niebem a piekłem
Moderator Globalny
Ekspert
*****
Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 1338


Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym



Michał Anioł
Zobacz profil WWW
« : Sierpień 29, 2010, 10:15:04 »







   
   
Atomowa wojna bogów

"A kiedy ludzie zaczęli się mnożyć na ziemi, rodziły im się córki. Synowie Boga, widząc, że córki człowiecze są piękne, brali je sobie za żony, wszystkie, jakie im się tylko podobały. Wtedy Bóg rzekł: Nie może pozostawać duch mój w człowieku na zawsze, gdyż człowiek jest istotą cielesną; niechaj więc żyje tylko sto dwadzieścia lat. A w owych czasach byli na ziemi giganci; a także później, gdy synowie Boga zbliżali się do córek człowieczych, te im rodziły. Byli to więc owi mocarze, mający sławę w owych dawnych czasach. (Ks.Rodzaju 6:1-4)"

I.

Zanim nasza cywilizacja wkroczyła w wiek atomowy - wiele odkryć, przekazów mitologicznych, opisów w świętych księgach, wykopalisk i zagadkowych zjawisk obserwowanych na ziemi pozostawało niezrozumiałymi.

Sędziwe teksty sanskryckie "Mahabharata" opisują szczegółowo wybuchy wielkich kul ognistych oraz wywołane przez nie burze i sztormy. Następstwa tych wybuchów przybierały u ludzi forme klasycznych objawów choroby popromiennej, wywołując utratę włosów, wymioty i w końcu śmierć. Co ciekawe, teksty te podają, że osoby znajdujące się w zasięgu działania tych wybuchów mogą się ocalić usuwając wszystkie metale z powierzchni swych ciał i zanurzając się w wodzie rzecznej. Cel tego mógł być tylko jeden - dekontaminacja przez zmycie z powierzchni ciała i odzieży cząstek radioaktywnych, czyli proces, który w takich przypadkach zalecany jest i dzisiaj.

Erich von Däniken wspomina zawarte w rozmaitych starożytnych tekstach opisy broni jądrowej, sugerując, że była ona użyta przez Przybyszów z Kosmosu, wyposażonych w wytwory swej wysoko zaawansowanej wiedzy i technologii przeciwko prymitywnym mieszkańcom naszej planety. Wydaje się jednak mało prawdopodobne, aby Przybysze stosowali tak drastyczne środki przeciwko pierwotnym, nie-ucywilizowanym, wyposażonym jedynie w łuki i strzały mieszkańcom Ziemi.

Richard B. Mooney podaje, że bramińska księga "Siddnanta-Ciromani" posługuje się jednostkami czasu , z których ostatnia, najmniejsza trutti stanowi tylko 0,33750 sekundy. Uczeni studiujący teksty sanskryckie są zakłopotani, nie mogąc wyjaśnić, do czego służyć mogła w Starożytności tak mała jednostka czasu i jak ją można było mierzyć bez odpowiednich instrumentów. Współczesne prymitywne szczepy posiadają dość niejasne pojęcie czasu i nawet godziny mają dla nich stosunkowo niewielkie znaczenie. Trudno więc sobie wyobrazić, żeby starożytne ludy zachowywały się w tym względzie inaczej.

 

Thomas Andrews w swej książce "Nie jesteśmy pierwsi" pisze: Według jogi Pundid Kaniach z Ambatturu w Madras, którego spotkałem w roku 1966 początkowo pomiar czasu według braminów był sześćdziesiątkowy, na dowód czego joga cytował wyjątki z "Brihath Sakatha" i innych tekstów sanskryckich. W dawnych czasach doba dzieliła się na 60 >>kala<<, z których każda wynosiła 24 minuty. >>Kala<< dzieliła się na 60 >>vikala<<, z których każda wynosiła 24 sekundy. Następnymi 60 razy mniejszymi jednostkami były: >>para<<, >>tatpara<<, >>vitatpara<<, >>ima<< i w końcu >>kashta<< - 1/300.000.000 część sekundy. Do czego starożytnym Hindusom służyć mogły ułamki mikrosekund? Pundid Kaniach wyjaśnił, że uczeni bramini od zarania dziejów zobowiązani byli do zachowania tej tradycji w pamięci, choć sami jej nie rozumieli.

0,000.000.003 część sekundy - kashta - nie może naturalnie mieć żadnego sensu praktycznego, jeśli nie dysponuje się urządzeniami, które mogłyby mierzyć czas z taką dokładnością. Z drugiej strony wiadomo, że czas życia niektórych cząstek elementarnych: hiperonów i mezonów jest bliski jednej trzystumiliardowej części sekundy!

Tablica "Varahamira" z roku 550 n.e. zawiera wielkości matematyczne porównywalne z rozmiarami atomu wodoru. Czyżby te liczby też przekazano nam z odległej przeszłości? Joga Vashishta twierdzi: Istnieją rozległe światy w pustych przestrzeniach każdego atomu, tak różnorodne, jak pyłki w promieniach słońca. Wydaje się to wskazywać na starożytną wiedzę o tym, że nie tylko materia jest zbudowana z niezliczonej liczby atomów, lecz że w samych atomach - jak dziś wiemy - większość przestrzeni jest nie wypełniona materią.

Teksty te, pochodzące z dalekiej przeszłości, wskazują na to, że już wtedy istniała głęboka znajomość fizyki jądrowej. Fakt, że bramini zobowiązani byli zapamiętać szereg symboli matematycznych, nie rozumiejąc ich nawet, świadczy o celowo podjętym wysiłku zmierzającym do przekazania wiedzy z zaginionej ery technologicznej. Można sobie wyobrazić pradawnych uczonych, którzy obserwując upadek swej cywilizacji, zapisywali swoją wiedzę i powierzyli pewnej grupie ludzi odpowiedzialność za przekazywanie jej poprzez wieki, aż do czasu, kiedy znowu się stanie zrozumiała.

Wydaje się także, że coś z tej starożytnej nauki przenikało przez wieki w dość ogólnikowej formie. Dwa i pół tysiąca lat temu Demokryt mówił: W rzeczywistości nie istnieje nic, tylko atomy i pusta przestrzeń. Grecy uważali, że atom jest najmniejszą i niepodzielną cząstką materii, podczas gdy Fenicjanin Moschus zapewniał, że atom można podzielić i zapewniał o tym Greków. Żyjący w I w. p.n.e. uczony rzymski Lukrecjusz  pisał, że atomy pędzą nieustannie w przestrzeni i podlegają niezliczonej liczbie zmian pod zakłócającym wpływem zderzeń. Są one zbyt małe, aby je widzieć.

 

Dopiero w XIX i XX stuleciu podjęto poważne prace w zakresie fizyki jądrowej, więc uczeni starożytni, których fragmentaryczna wiedza pochodzić musiała z zamierzchłej epoki zapomnianej technologii, nie mogli potwierdzić swych wiadomości w praktyce, nie istniała bowiem technologia, która to by umożliwiała.

Zamierzchła epoka, kiedy wiedza ta była stosowana w praktyce, stosowała energię atomową do wielu celów. Idea transmutacji metali, która pochłaniała uwagę alchemików przez całe wieki, każąc im szukać sposobu zamiany ołowiu w złoto, wynikła najprawdopodobniej z jeszcze starszej wiedzy o tym, że manipulacja strukturami subatomowymi pierwiastków pozwala na przekształcenie jednego z nich w drugi.

Jednakże nas interesuje nie samo zastosowanie energii jądrowej, ale jej niewłaściwe zastosowanie. Wydaje się, że rozmaite starożytne teksty stwierdzają ponad wszelką wątpliwość fakt wystąpienia na Ziemi straszliwej masakry Ludzkości. W sferze domysłów znajduje się jedynie to, czy konflikt ów był wyłącznie ziemskiego pochodzenia, czy też wzięli w nim udział pochodzący z Kosmosu przybysze, wyposażeni w zaawansowaną wiedzę i technologię.

Charles Berlitz pisze, że zaskakujące wzmianki i aluzje do stosunkowo niedawnych zdobyczy naszej cywilizacji, jak bomba atomowa, rakiety, gazy bojowe i inne, występują szczególnie obficie w starożytnych tekstach indyjskich. Wyjątkowo dużo tego można spotkać w staroindyjskim eposie "Mahabharata", stanowiących kompendium wiedzy dotyczącej religii, świata, modłów, obyczajów, historii oraz legend o bogach i bohaterach starożytnych Indii. Często nazywa się ten epos "hinduską Iliadą", chociaż jest 7 razy obszerniejszy od "Iliady" i "Odysei" razem wziętych - zawiera on 200.000 wierszy. Przypuszcza się, że został on napisany 1.500 lat p.n.e., ale dotyczy on zdarzeń znacznie wcześniejszych. Po raz pierwszy wydrukowano go w sanskrycie w 1834 roku, a następnie przełożono: najpierw na język włoski, a następnie w 1884 roku na angielski.

"Mahabharata" w dużej części zajmuje się działaniami wojennymi, w których biorą udział bogowie, półbogowie i ludzie. Przypuszcza się, że opisy te stanowią quasi-historyczny przekaz dotyczący inwazji Ariów z północy, którzy wyparli pierwotnych mieszkańców tych ziem - Drawidów, na południe półwyspu indyjskiego. Jednakże wśród normalnych w takich razach obrazów starożytnych działań bojowych rozrzucone są zagadkowe i bardzo szczegółowe wzmianki dotyczące łatwych do zidentyfikowania obecnie broni takich, jak: działa artyleryjskie - agneyastra, rakiety i samoloty bojowe - vimana, radar, zasłony dymne, gazy trujące - tashtra, gazy obezwładniające - mohanastra, pojazdy rakietowe i głowice atomowe. W drugiej połowie XIX wieku fragmenty te brzmiały tajemniczo lub zabawnie; dzisiaj wymowa ich jest dla wszystkich mieszkańców kuli ziemskiej oczywista, pomimo tego, że od czasu, którego te opisy dotyczą upłynęły tysiące lat.

Przedstawiając bitwę pomiędzy starożytnymi armiami "Drona Parva" - jedna z ksiąg "Mahabharaty" - opowiada o walce, w czasie której: wybuchy pocisków dziesiątkują całe armie powodując, że tłumy żołnierzy wraz z bronią, słoniami i rumakami zostały uniesione i porwane przez wielki wicher jak suche liście z drzew... Starożytny kronikarz dodatkowo zaopatrzył ten opis w komentarz: Wyglądali tak wspaniale, jak szybujące ptactwo - jak ptaki odlatujące z drzew. Tekst zawiera nawet przedstawienie charakterystycznego, grzybiastego obłoku wybuchu nuklearnego, który porównywany jest do otwarcia gigantycznego parasola, zaś opis skażenia środków żywnościowych, wypadania włosów u ludzi oraz konieczność dokładnego zmycia ciała ludzi i zwierząt dla zapobieżenia choroby lub śmierci stanowią dziwnie nowoczesny akcent tej starożytnej legendy.

A oto pochodzące z "Mahabharaty", "Ramayany" i "Mahavira Charita" fragmenty opisujące walkę: Pojedynczy pocisk wybuchł z całą mocą świata. Rozżarzony słup dymu i ognia tak oślepiający, jak 10.000 słońc uniósł się w całej swej wspaniałości [...] Była to nieznana broń, żelazny piorun, gigantyczny posłaniec śmierci, który zamienił w popioły całą rasę Vrishni i Andhaka. Ciała ich były tak spalone, że nie można było ich rozpoznać. Ich włosy i paznokcie powypadały, wyroby garncarskie popękały bez żadnego widocznego powodu, a wszystkie ptaki zbielały. Po kilku godzinach wszystkie produkty spożywcze były zatrute [...] Aby uciec od tego ognia, żołnierze rzucali się do strumieni, aby obmyć siebie i swój ekwipunek.

Następstwa działania tej superbroni opisane są następująco: Zaczął wiać wicher [...] wydawało się, że słońce się obróciło, świat spieczony ogniem wydawał się być w gorączce. Słonie i inne zwierzęta lądowe, palone energią tej broni, mknęły w ucieczce [...] nawet wody były tak gorące, że przebywające w nich stworzenia zaczęły palić się [...] Nieprzyjacielscy żołnierze padali jak drzewa powalone w szalejącym ogniu - wielkie słonie palone tą bronią padały na ziemię wydając dzikie ryki bólu. Inne palone ogniem biegały we wszystkie strony, jak wśród płonącego lasu, także rumaki i pojazdy spalone energią tej broni wyglądały, jak szczyty drzew, które spłonęły w pożarze lasu...

Księga "Karna Parva" podaje nawet wymiary tej broni: Strzała śmiertelna jak laska śmierci. Mierzy ona 3 łokcie i sześć stóp. Obdarzona mocą pioruna tysiącokiego Indry była ona niszczycielska dla wszystkich żyjących stworzeń.

Starożytni Hindusi wykazali w swoich przekazach piśmienniczych zaskakującą wiedzę naukową o świecie i materii. W powstałym przed około 5.000 laty dziele zatytułowanym "Jyotish" znajdujemy rozważania na takie tematy, jak heliocentryczny ruch planet, prawa grawitacji, gwiazdy stałe na Mlecznej Drodze, dobowy obrót osiowy Ziemi, kinetyczna teoria energii i teoria budowy atomu. Wiadomo także, że niektóre szkoły filozoficzne podejmowały jako przedmiot swych rozważań skomplikowane obliczenia z zakresu fizyki atomowej. Wyznaczenie czasu potrzebnego do przejścia atomu przez jednostkę objętości równą tej, jaką on sam zajmuje jest przykładem jednego z prostszych "tematów badawczych".

Istnieją także liczne przykłady ścisłych i realnych opisów budowy rakiet i samolotów. Sama tylko "Mahabharata" zawiera ponad 230 strof poświęconych opisowi zasad konstrukcji latających maszyn - vimana - oraz innych urządzeń i aparatów. W "Samarangana Suthadhara" omawiane są zalety i wady poszczególnych typów samolotów zarówno z punktu widzenia ich względnych zdolności i szybkości wznoszenia, jak również sposobów lądowania. Dyskutuje się tam także rodzaje materiałów napędowych - m.in. także rtęć?- oraz materiałów konstrukcyjnych, a mianowicie - różnych odmian drewna, metali lekkich i ich stopów.

 

Zwróćmy uwagę na fragment opisu lotu vimana: W wyniku działania sił utajonych w rtęci, które uruchamiają napędowy wir powietrza, człowiek znajdujący się wewnątrz może podróżować w podniebną dal [...] Viamana za pomocą rtęci może rozwijać moc pioruna [...] Jeśli ten żelazny silnik o odpowiednio połączonych częściach zostanie napełniony rtęcią, a do jego górnej części zostanie doprowadzony żar, to zaczyna on z rykiem lwa rozwijać moc [...] i natychmiast staje się niczym perła na niebie...

Inny starohinduski epos "Ramayana" opisuje widok, jaki roztaczał się z góry podczas lotu boga Ramy i jego małżonki Sity ze Śri Lanki do Indii. Widok ten jest opisany tak szczegółowo, że wydaje się niemożliwe, aby sam autor nie mógł tego obserwować samemu z góry. Ponadto starożytny samolot pokazano w zadziwiająco nowoczesny sposób: ...niepowstrzymany w swym ruchu [...] o godnej podziwu szybkości, [...] w pełni kontrolowany [...] o pomieszczeniach wyposażonych w okna i znakomite miejsca siedzące...

Jednocześnie znajdujemy w tych dziełach stałą troskę i zaabsorbowanie niebezpieczeństwami wynikającymi z użycia broni nuklearnej. "Mahabharata" zawiera wersety, które - jeśli pominiemy ich archaiczny styl - mogliby wypisać na swych sztandarach dzisiejsi bojownicy o pokój: Wy okrutni i niegodziwi, upojeni i zaślepieni pychą, przez wasz Żelazny Piorun staniecie się niszczycielami własnego narodu.

"Ramayana" przestrzega, iż Strzała Śmierci jest: tak potężna, że może w jednej chwili zniszczyć całą Ziemię, a jej straszliwy wznoszący się dźwięk wśród płomieni, dymu i pary [...] jest posłańcem śmierci.

Wreszcie "Badha Parva" opisuje efekty ekologiczne użycia takich bomb: ... nagle pojawiła się substancja podobna do ognia i nawet teraz pokrywające się bąblami wzgórza, rzeki i drzewa oraz wszelkiego rodzaju zioła, trawy i rośliny, w ruchomym i nieruchomym świecie, obracają się w popiół.

W końcu w "Musala Parva" znajdujemy notatkę wskazującą na to, że zdano sobie wreszcie sprawę z tego, iż broń ta jest zbyt niebezpieczna dla świata. Notatka ta zdaje się napomykać o zniszczeniu i pozbywaniu się głowic atomowych: w wielkim strapieniu umysłu król nakazał zniszczyć Żelazny Piorun na drobny proch. Wezwano ludzi [...], aby wrzucili ten proch do morza...

 

II.

 

Indie nie są jedynym krajem, gdzie istnieją legendy i zapisy dotyczące pradawnej katastrofy atomowej na Ziemi. Występują one także w Chinach. Raymond W. Drake twierdzi, że w "Fengshen-yen-i" znajdują się opisy zdarzeń podobne do tych, jakie są w sanskryckiej "Mahabharacie". Przeciwstawne sobie elementy walczyły o panowanie nad Chinami. Wspomagane one były przez pozaziemskich Przybyszów, używających broni przypominających najstraszniejsze wśród znanych nam obecnie. Wojna była prowadzona przy pomocy oślepiających promieni, ognistych smoków, płomiennych kul, lśniących żądeł i błyskawic. Jak wynika z opisów, walczące strony wydawały się posiadać urządzenia podobne dzisiejszemu radarowi, który pozwalał im na słyszenie i obserwowanie wizualne obiektów oddalonych na odległość kilkuset kilometrów.

Amerykański etnograf G. Baker odnalazł wśród kanadyjskich Indian legendy mówiące, że kiedyś tam na południu istniały wielkie lasy i łąki, a wśród nich wielkie oświetlone miasta, zamieszkiwane przez ludzi, którzy latali do nieba na spotkanie piorunom. Później jednak pojawiły się demony i wszystkie miasta zostały zniszczone. Pozostały tylko po nich istniejące do dziś dnia ruiny. Legendy te wywodzą się z objętych wieczną zmarzliną regionów kanadyjskiej tundry, położonych na Dalekiej Północy. Odnoszą się one do dawnych epok, kiedy to klimat dzisiejszych obszarów podbiegunowych odbiegał znacznie od dzisiejszego. Tradycja Indian kanadyjskich przypomina istniejące wśród Majów i Azteków legendy mówiące o miastach, w których ani w nocy ani w dzień nie gasły światła. Majowie mówili:

Ta ziemia stanowi obecnie Królestwo Śmierci. Przebywają tam dusze tych, którzy nigdy nie będą poddane reinkarnacji. [...], ale dawno temu było ono zamieszkałe przez starożytne rasy ludzkie.

Istnieje wielkie podobieństwo, pochodzących z różnych części globu ziemskiego, legend mówiących o masakrach i zniszczeniach. Przypomnijmy sobie z mitologii greckiej postać Zeusa władającego gromami i błyskawicami, czy też postać Thora z mitologii nordyckiej władającego młotem i błyskawicami.

Jeżeli w zamierzchłej przeszłości zaistniał konflikt na skalę światową, o zakresie większym nawet niż Druga Wojna Światowa i znacznie bardziej niszczycielski, to właśnie można by oczekiwać takich właśnie ech w pamięci narodów świata.

 

Podobnie i równie szeroko są rozpowszechnione legendy o Złotym Wieku Ludzkości. Ci wszyscy, którzy szukają cudownej i zdumiewającej Atlantydy w jakimś jednym i określonym miejscu na Ziemi, skazani są - jak się wydaje - na rozczarowanie. Jeśli bowiem cały obszar kuli ziemskiej w dalekiej przeszłości osiągnął wysoki stopień cywilizacji, to legendy o jej istnieniu będą mieć charakter globalny. Sam fakt, że różne przekazy, pochodzące z rozmaitych części ziemskiego globu, umiejscawiały położenie Atlantydy na Morzu Śródziemnym, Atlantyku, Hiszpanii, Grenlandii, Islandii, Ameryce lub Tybecie, a nawet istniało podobne do Atlantydy królestwo Lemuria na Pacyfiku wskazuje jedynie na to, że ówczesna cywilizacja miała charakter światowy, iż cywilizacja ta nie ograniczała się do jednej tajemniczej wyspy lub kontynentu, który następnie zatonął w morzu. Tylko istnienie cywilizacji o zasięgu globalnym może wyjaśnić podobieństwa występujące pomiędzy poszczególnymi cywilizacjami i kulturami zamierzchłej przeszłości, a także ich różnice.

Istnieje bardzo wiele punktów zbieżnych pomiędzy cywilizacjami Egiptu i Sumeru; również pomiędzy cywilizacjami rozwiniętymi w Dolinie Indusu i cywilizacjami Mezoameryki i Ameryki Południowej, szczególnie w ich legendach. Istnieją także duże różnice, choć dotyczą one głównie szczegółów, jak to, że na obszarze Europy, Azji i Afryki północnej koło było w powszechnym użytku, podczas kiedy na obszarze Ameryki urządzenie to nie było znane.

Ci, którzy całkowicie odrzucają idee, że kiedyś musiał istnieć kontakt pomiędzy wszystkimi cywilizacjami zarówno europejskimi, azjatyckimi, afrykańskimi jak i amerykańskimi wydają się nie brać pod uwagę istotnych czynników. Tym bardziej, że jak dotąd na próżno poszukujemy jednego wyróżnionego obszaru, na którym powstałaby pierwotna kultura-matka - źródło wszystkich innych cywilizacji. Wiele wskazuje na to, że źródłem tym jest cały glob ziemski, iż istniał nie jeden, lecz wiele ośrodków rozwiniętej kultury i cywilizacji.

Warto także zwrócić uwagę na inna osobliwość. Sporo legend mówiących o istnieniu wielkiego i katastrofalnego konfliktu w zamierzchłej przeszłości, wskazuje obszary, gdzie zdarzenia te miały miejsce. Okazuje się, że w większości chodzi o dzisiejsze pustynie!

Szereg takich przekazów pochodzi z terytorium dzisiejszych Chin. Tam też znajduje się część niezbadanej dotychczas Pustyni Gobi, która ukrywa pod swymi piaskami wiele tajemnic. Podobnie w Indiach, w Dolinie Indusu, gdzie niegdyś kwitła wspaniała cywilizacja - dziś jest pustynia.Pustynią jest znaczny obszar południowo-zachodnich Stanów Zjednoczonych, który Majowie nazwali właśnie Królestwem Śmierci. w Egipcie Horus przeklął ziemie Seta na tysiące lat - ogromne obszary Afryki północnej wraz z Saharą są pustynne. To samo dotyczy również terenów na Środkowym Wschodzie - wielkie miasta Babilonii i Sumeru zrujnowane, spoczywają teraz pod ruchomymi piaskami.

Większa część Australii to także pustynia - rdzenni jej mieszkańcy wydają się być potomkami ludzi niegdyś cywilizowanych. Na niektórych obszarach tej pustyni, gdy w górach zdarzy się ulewny deszcz, woda i szlam przewalają się i dochodzą aż do płytkiego jeziora Eyre. Przypomina to okres, kiedy okolice te były zasobniejsze w wilgoć, gdy żyły tam olbrzymie kangury i diprodonty wielkości nosorożca, jak o tym wspominają legendy tubylców - pisze prof. Alfons Gabriel, znany badacz obszarów pustynnych. Jednak nawet tubylcy zdają się obawiać tych terenów, a ich przejście jest połączone z wielkimi trudnościami, jest tam bowiem strefa, która w języku krajowców nazywa się >>Narikalinnani<< - co oznacza - >>miejsce śmierci i zniszczenia<<.

Legendy i mity mówią o antycznych środkach rażenia, które jako żywo przypominają współczesne pociski nuklearne; inne przekazy przypominają obliczenia matematyczne dotyczące zagadnień fizyki jądrowej. Ale nie tylko przekazy ustne, zapisy w świętych księgach czy inskrypcje w świątyniach i miejscach starożytnego kultu są intrygujące i zmuszają do porównań; odkrywa się coraz więcej faktów i ślady materialne.

Podczas prób nuklearnych, przeprowadzonych współcześnie na pustyni Gobi, w pobliżu Lop-Noor oraz na pustynnych obszarach Nowego Meksyku, w wyniku powstawania bardzo wysokich temperatur wywołanych wybuchem jądrowym - piasek pustyni ulegał zeszkleniu. Do wywołaniu procesu witryfikacji piasku potrzebne są tak wysokie temperatury, że ich uzyskanie niemożliwe jest zarówno w procesach eksplozji konwencjonalnych materiałów wybuchowych czy palnych, ani też w procesach wulkanicznych. Takie temperatury można uzyskać tylko w procesach termonuklearnych. Tymczasem na pustyni Gobi znaleziono obszary zeszklonego piasku, znajdujące się tam od tysięcy lat. Obszary takie istnieją także na pustyni kalifornijskiej, zaś tajemnicze szkliste tektyty, z pustyń Afryki i Środkowego Wschodu uważa się za powstałe w procesach radioaktywnych. Skały w Peru i Boliwii także noszą wyraźne ślady witryfikacji, zaś obszary, na których występują noszą wyraźne cechy pustynne.

Powstaje pytanie: jak te pustynie utworzyły się? Jak mogły wytworzyć się i trwać, otoczone że wszech stron ogromnymi obszarami bujnej wegetacji? A może one powstały wskutek eksplozji pocisków nuklearnych o wielkiej mocy, które zniszczyły nie tylko ludność ten teren zamieszkującą, lecz także wszelkie przejawy życia roślinnego i zwierzęcego, zaś substancje radioaktywne powstałe w tym procesie, swym promieniowaniem wysterylizowały ten teren tak, że nie nadawał się on do życia przez tysiące lat? Niewiele bowiem przejawów życia obserwuje się na tych pustyniach, a to, co tam rośnie i żyje przeżywa z wielkim trudem mimo wytworzenia się wielu cech adaptacyjnych. Być może istnieje ziarno prawdy w legendzie o Horusie, zaś przekleństwo zesłane na ziemie Seta było przekleństwem radioaktywnego skażenia.

Można by mniemać, że przedstawione tutaj przypuszczenia są bezpodstawne lub zgoła fantastyczne, gdyby na tych jałowych teraz obszarach nie było śladów cywilizowanego życia ludzkiego. Można by twierdzić, że od niepamiętnych czasów ziemie te były wrogie człowiekowi i ludzkiemu osadnictwu. Ale tak nie jest. Na pustyni Gobi odkryto bowiem ruiny bardzo starych miast, prawie już bezkształtne, ale wszystkie one noszą na sobie ślady działania niezwykle wysokich temperatur, pokryte bąblami i pęcherzami tego samego rodzaju, co zaobserwowane w Hiroszimie po wybuchu amerykańskiej bomby atomowej.

Wielu geologów utrzymuje, że szereg obecnie występujących na terenie południowo-zachodniej części Stanów Zjednoczonych obszarów pustynnych nie powstało w wyniku działania naturalnych sił przyrody. Tym bardziej, że jak podaje prasa amerykańska: ...suche stany, a zwłaszcza Arizona, budują na rzece Kolorado jedną zaporę po drugiej, aby zagospodarować te tereny. Urządzenia nawadniające opierają się głównie na dawnych urządzeniach Indian (?!), o czym świadczą starożytne resztki potężnych budowli na rzece Gila.

 

A oto, co na temat Sahary pisze znawca problemu prof. Alfons Gabriel: Na pustyni można znaleźć studnie istniejące od niepamiętnych czasów. Często ich szyby są zdumiewająco głębokie, w niektórych przypadkach przewyższają 100 metrów - i trudno zrozumieć, jak ludzie swymi prymitywnymi narzędziami zdołali je zbudować. [...] Od czasu, gdy w Górnym Egipcie odkryto wiele miejsc, na których porzucone były resztki narzędzi, wszczęto również poszukiwania na różnych pustyniach Ziemi. Poszukiwania te zostały uwieńczone powodzeniem. Sahara okazała się specjalnie bogata skarbnicą znalezisk; podobnie jak pewne części pustyni Gobi. Jest jednak zdumiewające, że te ślady starej ludzkiej kultury występują w takiej obfitości właśnie na pustyniach, a więc na obszarach, gdzie na przestrzeni setek kilometrów nie ma ani kropli wody, żadnego pastwiska, żadnych warunków do życia. Jak mogło dojść do tego? Jak dostali się ludzie do tego świata będącego zaprzeczeniem życia? Dziś już wiemy, że na tych obszarach pracowali nie przygodni wędrowcy, lecz przedstawiciele osiadłej ludności. Ale w jaki sposób można było żyć na pustyni? W ostatnich dziesięcioleciach poczynione zostały poważne postępy w badaniach nad przeszłością suchych obszarów. Poznaliśmy nieco nieznanych dotąd szczegółów, wiążących się z pojawieniem się człowieka na pustyni. Stosunkowo najlepiej udało się odtworzyć obraz prehistorii Sahary. W okresie przedlodowcowym i lodowcowym ten wypalony słońcem szmat Ziemi był porośnięty lasami i stepem typu sawanny. Powiązany system rzeczny sprawiał, ze mogło tu rozwijać się życie. Tam, gdzie teraz hulają burze piaskowe nad gorącą pustynią żwirową, miotając ziarna kwarcu i sprawiając, ze wielbłądy już na trzeci dzień wędrówki są głodne i spragnione, istniały przez 50.000-100.000 lat jeziora, wokół których szumiały trzciny i harcowały zwierzęta. Żyła tu ludność [...] Rozwijała się też sztuka. Artyści ryli w skałach piękne obrazy, a kamienie pokrywali farbami. Na obszarach Afryki Północnej roi się od obrazów. Wiele ścian wąwozów i zboczy górskich to prawdziwe >>księgi z obrazkami<<. Niektóre malowidła pociemniały tracąc wyrazistość, inne są ciągle jeszcze świeże. Wiele z nich, to dzieła sztuki, są też inne robiące wrażenie dziecięcych igraszek. Nieraz jednak jest trudno uwierzyć, że ludzie którzy znali tylko narzędzia kamienne umieli tworzyć tak żywe postacie.

Ignatius Donelly podaje, że podczas kopania studni w miejscowości Lawn, (hrabstwo Marshall, stan Illinois, USA), na głębokości ponad 40 metrów wykopano monetę wykonaną z brązu. Duży nacisk warstw ziemi i warunki, w jakich przez długi czas ta moneta przebywała, spowodowały, że większość napisów i rysunków na obu jej powierzchniach uległa prawie całkowitemu zatarciu. Stwierdzono jedynie, że zarówno na awersie i rewersie znajdowały się niewyraźne zarysy jakiejś postaci, zaś wzdłuż krawędzi po obu stronach biegły jakieś napisy, ściślej mówiąc, ciągi hieroglifów nie do odcyfrowania. Jak wykazały badania, moneta ta w trakcie procesu produkcji była walcowana, jej krawędzie obcięte maszynowo, zaś napisy wytrawiane kwasem.

W roku 1851, w tej samej okolicy stanu Illinois, na głębokości ponad 35 metrów wykopano dwa pierścienie miedziane. W czerwcu tego samego roku, w miejscowości Dorchester w stanie Massachusetts odkopano naczynie pokryte skamieniałą zaprawą murarską. Był to dzban w kształcie dzwonu, wykonany z nieznanego metalu, którego powierzchnia była inkrustowana srebrnym wzorem o charakterze roślinnym.

Pewien lekarz w Kalifornii znalazł wewnątrz bryły złotonośnego kwarcu niewielki złoty przedmiot kształtem podobny do uchwytu od wiadra. Podobny uchwyt odkryto w jaskini  w Kingoodie w północnej Anglii, w bloku skalnym. Jego wiek oceniono na co najmniej 8.500 lat. Można więc przyjąć, że przedmiot znaleziony w Kalifornii pochodzi mniej więcej z tego samego okresu.

W roku 1969, wewnątrz bryły skalnej znalezionej w pobliżu miejscowości Treasure City w stanie Newada, odkryto ślady śruby o długości 5 cm. Sama śruba już dawno uległa korozji, ale przestrzeń, którą kiedyś zajmowała pozostawiła w skale ślad w kształcie spirali. Wiek tego znaleziska ocenia się na około 10.000 lat.

Tom Kenny, farmer amerykański zamieszkujący w Plateau Valley, odkrył na swoim polu, na głębokości 3 m odcinek miejskiego chodnika, wykonanego z gładkich, symetrycznych płyt kamiennych. Analiza materiału i zaprawy murarskiej wykazała, że kamień nie pochodzi z surowców lokalnych, związanych z okolicą, w której został wykonany chodnik.

Wszystkie te znaleziska wskazują na możliwość, której w zasadzie dotychczas nie brano poważnie pod uwagę, że odnajdywane ślady, czasem ukryte głęboko pod ziemią, świadczą o tym, iż na terenie współczesnej Ameryki Północnej przed wieloma tysiącami lat istniała wysoka cywilizacja. Wydaje się, ze cywilizacja ta uległa gwałtownej zagładzie w wyniku kolosalnej katastrofy, związanej z wystąpieniami tak wysokich temperatur, jakie pojawiają się wyłącznie w procesach nuklearnych i termonuklearnych.

 

III.

Jak już tu wspominano, zarówno w Chinach, jak i na terenie obu Ameryk, a przede wszystkim w Indiach istnieją legendy o kolosalnym konflikcie, który zdarzył się w dalekiej głębi wieków. Na tych obszarach powinny znajdować się dowody materialne tego kataklizmu.

Jeszcze na początku XIX wieku znaleziono pierwsze ślady protoindyjskiej kultury, kiedy podczas budowy kolei w pobliżu osady Harappa napotkano na zwęglone ruiny jakiegoś starożytnego miasta. O mieście tym wspomina znany badacz L. R. Sprague de Camp pisząc, że musiało ono być poddane działaniu bardzo wysokich temperatur. Ruiny te obejmują olbrzymie stopione razem, jakby wydrążone w środku bryły - niczym sterta blaszanych puszek rażona strumieniem stopionej stali.

Na południe od tego miejsca, urzędnik brytyjski J. Campbell odkrył podobne ruiny. Szereg innych podróżników opisywał pozostałości budynków wzniesionych z niezwykłych materiałów, przypominających grube płyty kryształów. I one również podziurawione i potrzaskane, nosiły na sobie ślady działania wysokich energii termicznych.

Jednak dopiero po upływie stu lat, w roku 1921, podjęto systematyczne badania tajemniczych ruin. Prace wykopaliskowe odkryły duże miasto, dobrze rozplanowane, z szerokimi ulicami i doskonałą siecią kanalizacyjną. Późniejsze badania pozwoliły na stwierdzenie, że wedle podobnego planu zbudowano i inne odkryte przez archeologów starożytne miasta na obszarze Doliny Indusu: Mohendżo-Daro , Czahu-Daro, Amri Lothal i szereg innych. W wykopaliska archeologicznych znajdowano szkielety ludzkie noszące znamiona gwałtownej śmierci. szkielety te są najbardziej radioaktywnymi szczątkami ludzkimi, jakie kiedykolwiek znaleziono i przebadano   p r z e d   tragedią Hiroszimy. A. Gorbowskij  w "Zagadkach historii starożytnej" (Moskwa, 1968) podaje, że radioaktywność znalezionych szkieletów przekraczała 50-krotnie poziom normalny.

Z pewnością pod ruchomymi piaskami pustyń ukrywać się musi wiele rzeczy, których istnienia do niedawna nawet nie podejrzewaliśmy. Użyteczne być może okazałoby się przebadanie tych obszarów, chociażby tylko z punktu widzenia natężenia promieniowania radioaktywnego. Nie ulega wątpliwości, że natężenie to mogło obniżyć się po upływie wielu tysięcy lat do poziomu promieniowania tła, istnieją jednak szanse znalezienia pewnych śladów pochodzących od izotopów o najdłuższym okresie życia.Podobnie dżungle Indii oraz Centralnej i Południowej Ameryki ciągle stanowią obszar niezbadany, istnieje tam szereg regionów, gdzie nie stanęła jeszcze stopa białego człowieka. A przecież te tajemnicze rejony zawierać mogą klucz do rozwiązania zagadki naszej przeszłości.

A może piramidy egipskie ukrywają w sobie rozwiązanie jądrowego konfliktu zamierzchłej przeszłości? Ekipa uczonych z kairskiego Ein Shams University, pracująca pod kierownictwem noblisty w dziedzinie fizyki -  prof. dr Luisa Alvareza - umieściła detektor promieniowania kosmicznego we wnętrzu Piramidy Chefrena u jej podstawy, by sprawdzić, czy w piramidzie nie znajdują się jeszcze jakieś nieznane komory. Całośc przedsięwzięcia odbywała się pod auspicjami uniwersytetu Ein Shams w Kairze, amerykańskiej Komisji ds. Energii Atomowej oraz Smithsonian Institute. Pomiary prowadzono przy założeniu, że jednorodny strumień promieniowania kosmicznego, przenikając przez piramidę i natrafiając w jej wnętrzu na puste przestrzenie, przechodzić będzie przez nie z większą łatwością, co zostanie zarejestrowane przez detektor.

Badania trwały cały rok, przy czym aparatura pracowała bez przerwy, rejestrując promieniowanie przez 24 godziny na dobę, wyniki zaś przekazywane były do uniwersyteckiego komputera IBM-1120. kiedy komputer podał dane końcowe, zdumienie ogarnęło uczonych. Okazało się, że zapisy natężenia promieniowania kosmicznego, pochodzące z kolejnych dni pomiaru, wykazywały zupełnie odmienny charakter i były kompletnie ze sobą nieporównywalne. Dr Amr Gohed, odpowiedzialny za funkcjonowanie całej elektroniki oświadczył: Z naukowego punktu widzenia jest to niemożliwe. Musi tu istnieć jakaś tajemnica, której nie jesteśmy w stanie wyjaśnić [...] istnieje jakaś tajemnicza siła w piramidach, która przeciwstawia się znanym prawom nauki.

   1. Dla starożytnych Egipcjan piramidy   t a k ż e   stanowiły zagadkę, dlatego opierając się na legendach, przypuszczać można, że   n i e   są one grobami, lecz miejscem schronienia przygotowanym na wypadek wielkiej katastrofy. I to niekoniecznie dla ludzi, chociaż niektórzy ludzie mogliby się tam schronić, ale służącym najprawdopodobniej przede wszystkim  zachowaniu i zabezpieczeniu   w i e d z y   i   i n f o r m a c j i . Jeśli katastrofa przybrała formę kataklizmu wywołanego przez człowieka, z użyciem broni jądrowej włącznie, to hipoteza ta zyskuje na znaczeniu, ponieważ wyjaśniałaby ona przedziwne wyniki uzyskane podczas badań promieniowania kosmicznego wewnątrz i w pobliżu piramidy.

Istnieje możliwość, że piramidy będąc schronami i dysponując wszystkimi cechami, których wymaga się od tego typu budowli, są zabezpieczone także przed promieniowaniem.Wydaje się, że niezależnie od tego, jakich środków użyto dla zapewnienia piramidom tej właściwości, środki te czy mechanizmy funkcjonują w dalszym ciągu w chwili obecnej. Czyżby więc istniał i działał ciągle jeszcze, sugerowany przez Andrew Thomasa w jego książce "Nie jesteśmy pierwsi" jakiś generator umieszczony pod piramidami? Takie urządzenie zapewne musiałoby znajdować się bardzo głęboko pod piramidą, znacznie głębiej, niż prowadzone dotychczas prace wykopaliskowe. Trudno powiedzieć, jaki ono mogłoby mieć kształt, czy też jak można by je wykryć, ponieważ urządzenie takie przekracza jeszcze możliwości współczesnej technologii.

Piramidy ciągle kryją w sobie niewyjaśnione tajemnice i przejawiają zagadkowe cechy, a pomimo tego istnieją ludzie, którzy twierdzą, że są one jedynie grobowcami faraonów. Nie oznacza to, że zgodzić się należy z wymyślnymi historyjkami, które opowiada się na temat ich budowy. Na przykład, że wysokość Wielkiej Piramidy pomnożona przez milion daje nam w wyniku odległość Ziemi od Słońca. Podaje się cały szereg innych liczb, które mają wskazywać rozmaite wielkości charakterystyczne, takie jak: długość roku, wielkość miesiąca księżycowego, czy masę kuli ziemskiej. Wysuwa się również przypuszczenia, że piramidy były wybudowane przez Noego po Potopie, że zbudowali je Kosmici, lub że zbudowane zostały według instrukcji Kosmitów, albo też że stanowią one punkty orientacyjne lub drogowskazy dla astronautów przybywających na Ziemię z innych planet.

Pogląd, że cała ludzka wiedza ukryta jest gdzieś w piramidach, nie musi być zupełnie dziwaczny, chyba będzie jednak słuszniej powiedzieć, że choć cała wiedza starożytnego świata została tam umieszczona, to jednak już jej tam   n i e       m a . Wiele hipotez i interpretacji narosło wokół piramid egipskich w ciągu ostatnich 100 lat, zaś prawda leży prawdopodobnie gdzieś pośrodku, pomiędzy przypuszczeniami zupełnie fantastycznymi, a całkowicie prozaicznymi.

Zdecydowanie odrzucić trzeba teorie i sugestie pozbawione podstaw, nie można się jednak zgodzić z absurdalnym poglądem, że te kolosalne konstrukcje postawione zostały przez grupę ludzi zaopatrzonych jedynie w prymitywne narzędzia, bez transportu kołowego, dźwigów, wyciągów, kołowrotów i innych urządzeń. Że zbudowano je w kraju, w którym w okresie budowy piramid był prawie niezamieszkały! - nie posiadał miast i z rzadka był tylko pokryty małymi wioskami.

Znacznie bardziej uzasadniony wydaje się pogląd, że piramidy, a szczególnie rozległa ich grupa postawiona na płaskowyżu w Gizie, pochodzą z okresu przed-egipskiego. Zbudowane zostały nie jako budowle o znaczeniu sakralnym lub po to, by przechowywać czcigodne zwłoki wielkich przywódców, lecz stanowiły urządzenia ochronne przeznaczone właśnie do zabezpieczenia zdobyczy wiedzy. Wiele spośród tych urządzeń mogło zostać zużytych przez... nosicieli kultury, którzy pojawili się, aby z powrotem do cywilizacji doprowadzić prymitywnych potomków tych, którzy pozostali przy życiu po katastrofie.

Wśród wszystkich piramid egipskich - a znamy ich około 70 - nie istnieje ani jedna, w której stwierdzono, by odbył się kiedykolwiek w niej pochówek. Wszyscy faraonowie, a szczególnie najwięksi i najpotężniejsi z nich władcy, jak Ramzes II i Tutmozis III pochowani byli w sławnej Dolinie Królów. Zadziwiające, jak wielu ludzi jest przekonanych, że zmumifikowane szczątki faraonów zostały odkryte w obrębie piramid. Przekonanie to opiera się prawdopodobnie na pewności, z jaką niektórzy archeolodzy wypowiadają opinię, iż piramidy są grobowcami władców Egiptu.

Jeśli najwięksi i najsławniejsi władcy Egiptu zostali pochowani w skalnych grobowcach w Dolinie Królów, to dlaczego przyjmuje się, że mniej znani i nie zawsze realnie istniejący pochowani zostali w tych ogromnych budowlach, rzekomo wzniesionych tak ogromnym wysiłkiem i znojem ludzkim?

   1. Egiptolodzy wydają się znajdować pod przemożnym wpływem przekazów dostarczonych przez wielkiego podróżnika Starożytności - Herodota. Ale Herodot opisuje to, co powiedzieli mu uczeni i kapłani, jakich napotykał na trasach swych wędrówek. Piramidy   j u ż   w ó w c z a s   liczyły sobie kilka tysięcy lat i stanowiły dla Egipcjan zagadkę w nie mniejszym stopniu, niż są one nią dla nas dzisiaj...

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

« Ostatnia zmiana: Sierpień 30, 2010, 21:26:59 wysłane przez Michał-Anioł » Zapisane

Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!

www.imaginarium.org.pl
Michał-Anioł
między niebem a piekłem
Moderator Globalny
Ekspert
*****
Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 1338


Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym



Michał Anioł
Zobacz profil WWW
« Odpowiedz #1 : Sierpień 29, 2010, 10:15:40 »


IV.

Jednym z najbardziej znanych jest kontur olbrzymiej postaci wyryty w skale. Został on odkryty przez Henri Labote%u2019a na płaskowyżu Tassili na Saharze i nazwanej przez niego Wielkim Bogiem Marsjańskim (patrz rycina). Szkic ten zadziwiająco przypomina postać odziana w skafander kosmonauty.

Na obszarze płaskowyżu znajduje się więcej podobnych rysunków: jeden z nich wprzedstawia idącą grupę czterech postaci ubranych w stroje przypominające kombinezony kosmonautów, których głowy są pokryte baniastymi hełmami. Rysunki tego rodzaju odkryto na różnych kontynentach. Istnieje np. rysunek naskalny na południe od miejscowości Fergana w Uzbekistanie, przedstawiający postać, której głowa jest otoczona pierścieniem z wychodzącymi z niego promieniami. Pierścień ten najprawdopodobniej reprezentuje hełm, jaki noszą nurkowie zaopatrzony w anteny. Niemal identyczne postacie przedstawiają rysunki odkryte w Val Camonica we Włoszech. Sylwetki Kosmitów znaleziono także wyrysowane na płaskich ścianach skał w Australii.

Znaczne podobieństwo do postaci na rysunkach wykazują japońskie statuetki Dogu pochodzące z okresu Jomon (Dżomon). Wzbudziły one duże zainteresowanie, ponieważ przedstawiają one ludzi w pewnego rodzaju ubiorach ochronnych i hełmach zaopatrzonych w dziwne okulary. Japoński ekspert Isao Washio tak opisuje strój Dogu:

... rękawice przymocowane są do przedramienia za pomocą wiązania, zaś okulary mogą być zamykane i otwierane. Po bokach postaci umocowane są dźwignie prawdopodobnie przeznaczone do regulacji ich ustawienia, podczas kiedy >>korona<< umieszczona na hełmie spełnia rolę anteny [...]. urządzenia na zewnątrz ubrania nie stanowią elementów zdobniczych, ale są przyrządami pozwalającymi kontrolować ciśnienie w skafandrach w sposób automatyczny...

Wszystkie te rysunki i postacie kojarzy się obecnie z Przybyszami z Kosmosu  oraz poglądem, że planetę naszą w dalekiej przeszłości odwiedzali goście - astronauci z innych układów gwiezdnych. W gruncie rzeczy przedstawiać one mogą niebiańskich bogów - tym bardziej, że rysunkom Kosmitów towarzyszą często latające dyski, kuliste pojazdy i inne urządzenia latające. Wydaje się, że istnieje inne, nie mniej prawdopodobne wyjaśnienie, oparte na odmiennej interpretacji znajdywanych rysunkó. Być może przedstawiają one po prostu ludzi w ubiorach chroniących ich przed skażeniem radioaktywnym. Przecież w większości rysunki Kosmitów odkryte zostały na terenach dzisiejszych pustyń. Wcześniej już jednak sugerowano, że pierwszą przyczyną powstania tych pustyń mogło być zastosowanie na tych obszarach broni nuklearnych, dlatego nawet tysiące lat później regiony te wskazywały wysoki stopień skażenia radioaktywnego.

Rysunki mogły być więc wykonane później przez potomków mieszkańców tych okolic, którym udało się przeżyć kataklizm. Widzieli oni przybywających (albo ze schronów podziemnych, albo z obszarów nieskażonych radioaktywnym fall-out%u2019em) ludzi w latających maszynach, którzy zabezpieczeni strojami ochronnymi pojawili się, aby skontrolować tereny, zbadać stopień ich skażenia i ocenić rozmiary zniszczeń.

Niewątpliwie niektóre z tych rysunków mogą przedstawiać Przybyszów z Kosmosu. Nie wydaje się jednak słuszne pomijanie możliwości, że ubrania ochronne noszone były przez mieszkańców Ziemi, jako osłona przed skażeniem radioaktywnym. Gdyby bowiem Kosmici musieli być tak dokładnie chronieni przed naszym ziemskim środowiskiem przy pomocy tak dokładnie izolujących skafandrów kosmicznych, oznaczałoby to, że nie mogli Oni oddychać ziemską atmosferą czy też znosić panującej na powierzchni Ziemi temperatury. A taki obraz kosmicznych bogów - jak pisze Richard E. Mooney - stałby w całkowitej sprzeczności z tym, jaki wyrobiliśmy sobie na podstawie mitów i legend.

O mitycznych bogach Egiptu, Grecji, Indii a także Majów, Inków i Azteków   n i g d y   nie pisano, jako o noszących stroje ochronne. Dlatego albo byli oni Ziemianami, albo Przybyszami z Kosmosu, których fizjologia podobna była do ziemskiej w takim stopniu, że nie potrzebowali skafandrów ochronnych. Oczywiście ci, którzy przybywaliby tylko na krótki pobyt na Ziemi, mogliby nosić ubiory chroniące ich przed odmiennym promieniowaniem słonecznym, czy też nieznanymi, a być może groźnymi dla nich ziemskimi mikroorganizmami. Jednakże biorąc pod uwagę argumenty "za" i "przeciw" oraz uwzględniając rozmieszczenie głównych malowideł oraz materialnych dowodów katastrofy nuklearnej, wydaje się, że najbardziej racjonalnym wyjaśnieniem funkcji owych "kosmicznych" skafandrów jest ochrona przed skażeniem promienistym.

 

V.

Kiedy Program Apollo został pomyślnie zrealizowany i ogłoszono większość wyników badań, okazało się, że istnieją fakty, które mogą wskazywać, iż nie tylko Ziemia, lecz i część naszego Układu Słonecznego była przed wielu tysiącami lat zniszczona w wyniku wojny atomowej.

Jednakże, jeżeli chodzi o interpretację odkrytych faktów, opinie uczonych są podzielone. Staranny przegląd literatury dotyczącej badań przestrzeni kosmicznej wydaje się świadczyć, że uczeni są zakłopotani wynikami uzyskanymi zarówno w radzieckich/rosyjskich, jak i amerykańskich programach badawczych.

Z drugiej strony obserwuje się istnienie także tendencji do ignorowania lub wręcz pomijania tych danych naukowych, które wskazać by mogły, że olbrzymie kratery na Księżycu, Marsie, Merkurym i Wenus nie powstały w wyniku działania naturalnych zjawisk, takich jak upadki meteorytów, asteroidów i komet lub działalności wulkanicznej, lecz w wyniku eksplozji nuklearnych, miliony razy potężniejszych niż te, jakich można oczekiwać po najpotężniejszych bombach wodorowych dnia dzisiejszego. Pomimo lądowania ludzi na Księżycu, nie wiemy dotychczas, co było przyczyną zniszczenia jego powierzchni oraz powstania na niej tak olbrzymiej ilości kraterów. Uczeni amerykańscy przyznali, że jakiś nieznany kataklizm musiał spowodować zniszczenie powierzchni Księżyca i planet.

Brytyjski astronom o światowej sławie Gilbert Fielder z zespołem współpracowników poddał analizie statystycznej położenia i częstotliwości kraterów na powierzchni Księżyca. Uzyskane wyniki wskazują wyraźnie, że kratery nie pokrywają Księżyca w sposób bezładny i przypadkowy, czego można by oczekiwać przy założeniu, że powstały one w sposób naturalny. Okazuje się, że kratery te tworzą określone i logiczne wzory. Występują mianowicie w parach, lub tworzą łańcuchy, szeregi lub równoległoboki.

Pary kraterów lub kratery bliźniacze składają się z dwóch niecek o tej samej wielkości. Uczeni zauważyli, że w miarę, jak średni promień tych kraterów zwiększa się, rośnie także odległość pomiędzy nimi. Zjawisko to jest trudno wytłumaczyć w oparciu o teorie o naturalnym ich pochodzeniu. Z drugiej strony, jeśli na Księżycu miała miejsce wojna nuklearna, wówczas padające bomby mogłyby tworzyć na jego powierzchni określone wzory lejów. W takim przypadku oczywiście, im większe byłyby zrzucane bomby, tym większa odległość miedzy nimi byłaby potrzebna dla uzyskania maksymalnego efektu destrukcyjnego.

Liczne kratery tej samej wielkości tworzą także ciągi i łańcuchy, ułożone wzdłuż jednej linii i skierowane w określonym kierunku. Istnieje wyraźne podobieństwo między tymi łańcuchami kraterów na Księżycu, a łańcuchami lejów po bombach zrzuconych w Wietnamie przez amerykańskie bombowce B-52.

Kratery księżycowe występują również w grupach po cztery jednakowej wielkości - tworząc równoległoboki. Wyraźnie widać, że im większe są ich średnice, tym większy tworzą one równoległobok. Niektóre równoległoboki pokrywają obszar tysięcy kilometrów [kwadratowych] księżycowej powierzchni. W przypadku wojny jądrowej, celem tworzenia takich figur geometrycznych byłoby całkowite zniszczenie życia w ich obrębie. Współczesne ICBM, zarówno radzieckie/rosyjskie, jak i amerykańskie wyposażone są przynajmniej w 4 głowice nuklearna każda i zaprogramowane prawdopodobnie w taki sposób, aby ich eksplozje tworzyły właśnie równoległobok.

Powszechnie niemal wiadomo, że około 90% wszystkich kraterów na widocznej stronie Księżyca oraz na niektórych obszarach Marsa koncentruje się na wyżynach lub [lądach] kontynentach, niewiele natomiast znajdujemy ich na morzach. Fakt ten trudny do wyjaśnienia w inny sposób, z punktu widzenia teorii o starożytnej wojnie jądrowej staje się zupełnie zrozumiały. Jeśli bowiem w księżycowych i marsjańskich morzach znajdowała się kiedyś woda, to życie inteligentne musiało skupiać się na lądach. Stąd obecność lejów i kraterów na tych obszarach jest w pełni uzasadniona, jako rezultat tej morderczej wojny, w której niszczono przede wszystkim duże skupiska mieszkańców w głębi lądu oraz miasta portowe i nadbrzeżne.

Twierdzenie niektórych geologów, że kratery, które niegdyś pokrywały powierzchnie księżycowych i marsjańskich mórz, uległy zniszczeniu przed milionami lat w wyniku stopienia w skrajnie wysokich temperaturach, wydaje się mało prawdopodobne, tym bardziej, że przyczyna powstania tego piekła o temperaturze milionów stopni ciągle stanowi tajemnicę. Nie można ponadto pominąć faktu, że około 10% księżycowych kraterów jest zlokalizowana właśnie na terenie mórz i nie uległy one stopieniu. Być może powstały one wówczas, gdy zniszczono podwodne miasta. W każdym razie teoria stapiania w dalszym ciągu nie wyjaśnia występowania kraterów w parach, szeregach, równoległobokach, itd.

Jednym z najdziwniejszych rodzajów kraterów obserwowanych na Księżycu są te, które posiadają "promienie" o długości setek kilometrów. Niektórzy uczeni utrzymują, że takie otwory jak: Tycho, Kopernik i Arystarch powstały w wyniku eksplozji, które miały miejsce nad powierzchnią Księżyca. Ponieważ ich "promienie" przebiegają po powierzchni innych kraterów, jest możliwe, że stanowi to rezultat wybuchu specjalnego rodzaju bomb, które zrzucono pod koniec wojny nuklearnej w celu ostatecznego zniszczenia ocalałych do tego czasu resztek życia. Po tysiącach lat, te jasne "promieniste" niecki wciąż jeszcze emitują znaczne ilości promieniowania. Badania powierzchni Księżyca w czasie zaćmienia za pomocą przyrządów optycznych czułych na podczerwień, przeprowadzone przez naukowców z NASA wykazały, ze te właśnie obszary wydzielają więcej ciepła i promieniowania, niż tereny sąsiednie.

Astronomowie tacy, jak Fielder, Shoemaker i Barosh od lat twierdzili, że nieregularne linie obserwowane wokół księżycowych kraterów przypominają bardzo linie rozchodzące się promieniście od kraterów pozostałych po próbnych wybuchach jądrowych w Yucca Flats. Oczywiście naukowcy ci utrzymują, że podobieństwo to jest przypadkowe, zaś same linie postały na Księżycu w wyniku działania naturalnych sił nieznanego pochodzenia.

   1. Wykazali oni, że   n i e   i s t n i e j e   ani jeden przykład prawdziwego stożka wulkanicznego na widocznej stronie Księżyca. Dwadzieścia lat później, amerykańscy astronauci także nie mogli znaleźć żadnego dowodu aktywności wulkanicznej na Księżycu.

Na początku lat 60. grupa radzieckich astronomów pracująca pod kierownictwem E. L. Krinowa po zbadaniu istniejących w naszym systemie słonecznym asteroidów i meteorytów oraz uwzględnieniu komet, a następnie obliczeniu średniej liczby takich ciał, które trafiają w kulę ziemską doszła do wniosku, że podczas minionych miliardów lat maksymalna liczba tych ciał niebieskich, jaka spadła na Księżyc nie mogła przekroczyć 16.000, nawet biorąc pod uwagę brak na nim atmosfery. Istnieją tam jednak na nim miliony kraterów, zaś liczba tylko samych dużych przekracza owe 16.000, podczas gdy na powierzchni najbliższego kosmicznego sąsiada Księżyca - Ziemi znaleźć można zaledwie niewielką ich liczbę. Natomiast na planetach Merkury, Wenus i Mars istnieją setki tysięcy kraterów - niemożliwe więc jest, by powstały one wskutek uderzeń meteorytów.

Nie można zatem znaleźć żadnego konwencjonalnego wyjaśnienia dla kształtu i rozkładu kraterów, tych niewinnie wyglądających, jakby pozostałych po ospie znaków, tworzących krajobraz księżycowy. Z jakichś powodów kratery te są płytkie i zgrupowane na określonych obszarach powierzchni Księżyca.

Jedna z przedstawionych w ostatnich latach teorii wydaje się wyjaśniać wiele spośród dotychczas niezgłębionych tajemnic Księżyca. Teoria ta została opracowana przez dwóch wybitnych uczonych radzieckich: Michaiła Wasina i Aleksandra Szczerbakowa, którą przedstawili w książce pt. "Księżyc - nasz tajemniczy pojazd kosmiczny". Przyjmuje ona, że Księżyc w ogóle nie jest naturalnym satelitą Ziemi, ale stanowi wydrążoną w środku konstrukcję, zbudowaną przez jakąś wysokorozwiniętą cywilizację, która wprowadziła go na orbitę okołoziemską jako sztucznego satelitę, w nieokreślonym czasie dalekiej przeszłości.

Ta zaskakująca idea szokuje w pierwszej chwili, ale zanim wydamy na nią wyrok skazujący, zbadajmy niektóre z kłopotliwych problemów, jakie owa śmiała i niekonwencjonalna teoria rozwiązuje.

Naturalnie jeśli Księżyc został wprowadzony na orbitę wokółziemską, to wyjaśnienie jego prawie kołowej orbity staje się zupełnie oczywiste, podobnie jak fakt, że orbita ta nie przebiega w płaszczyźnie równikowej Ziemi, odmiennie od wszystkich innych księżyców istniejących w Układzie Słonecznym.

Rzucającą się w oczy cechą powierzchni Księżyca jest istnienie na niej mórz. Stanowią one wyraźne, ciemniejsze płaskie powierzchnie prawie pozbawione kraterów, niemal wszystkie morza znajdują się w zachodniej części Księżyca skierowanej ku Ziemi. To właśnie przelatując nad niektórymi spośród tych mórz, wyprawa Apollo 8 odkryła obecność maskonów , stacjonarnych pól grawitacyjnych tak silnych, że zakłócały one tory lotów sond wokółksiężycowych. Ten fakt oraz wyliczony ciężar właściwy Księżyca i analiza jego ruchu, przeprowadzona przez Gordona McDonalda z NASA wydają się wskazywać na to, że Księżyc nie jest ciałem homogenicznym, co oznacza, że zachowuje się on bardziej jak wydrążona w środku kula, niż jak jednolite ciało niebieskie. Inne ostatnio odkryte fakty zdają się potwierdzać tą hipotezę. Przede wszystkim istnieje na jego drugiej stronie ogromne wybrzuszenie na jego powierzchni, tak wielkie, że mogłoby ono wywołać powstanie niezrównoważonych sił w obrębie księżycowej masy. Jednakże wpływ tej wypukłości jest skompensowany jakimiś zmianami w rozkładzie gęstości wnętrza Księżyca. Sam fakt, że wybrzuszenie to znajduje się po przeciwległej stronie, niż oddziaływanie Ziemi, jest jeszcze bardziej intrygujący. Czyżby owo wybrzuszenie zostało spowodowane jakimiś ogromnymi przyśpieszeniami, które działały na Księżyc?

Ciekawe wyniki otrzymano także w rezultacie sejsmograficznych eksperymentów przeprowadzonych w czasie pamiętnego lotu Apollo-13. Okazało się, że zderzenia lub wstrząsy na powierzchni Księżyca dawały nigdzie przedtem nie spodziewane sygnały, które zaczynały się od małych fal, a następnie powoli narastały, aby po długim okresie osiągnąć maksimum. W gruncie rzeczy, gdy III człon rakiety Apollo-13 spadł na Księżyc, cała powierzchnia Srebrnego Globu aż do głębokości 40 km drgała prawie trzy i pół godziny. Jeden z pracowników naukowych NASA skomentował ten fakt w następujący sposób: Księżyc zareagował jak wielki, pusty w środku gong!

Tytan (Ti), cyrkon (Zr), itr (Y), beryl (Be) - te słowa zwracają uwagę, kiedy czyta się wyniki przeprowadzonej przez S. Ross-Taylora analizy chemicznej próbek skał księżycowych. Raport wskazuje, że te rzadkie pierwiastki występują na powierzchni Księżyca w dużych ilościach - znacznie większych, niż w ziemskiej litosferze i bardzo przekraczających ich zawartość procentową we Wszechświecie. Wszystkie one, znane czasami pod wspólną nazwą pierwiastków ogniotrwałych są niezastąpionymi materiałami do budowy antykorozyjnych, odpornych na działanie wysokich temperatur kadłubów rakiet kosmicznych.

Zaskakujące było również to, że wiek skał księżycowych, oceniony na podstawie rozpadu promieniotwórczego, wyniósł od 5 do 7 mld lat. Zaś w niektórych próbkach osiągał 20 mld lat, podczas gdy wiek całego Układu Słonecznego, a więc i Ziemi, ocenia się na 4,6 mld lat. Tylko! Ponadto w próbkach skał księżycowych odkryto kilka nowych pierwiastków i minerałów, które w ogóle nie występują w skorupie ziemskiej, nie mówiąc już o obecności stosunkowo wysokich stężeń niektórych radioaktywnych izotopów szeregu [promieniotwórczego] uranu i toru. Te ostatnie w gruncie rzeczy mogły powstać tylko w wyniku eksplozji jądrowych.

Wszystkie wyprawy Apollo znajdowały także na powierzchni Księżyca duże ilości substancji szklistych - i tak na przykład Apollo-17 przywiózł szkło pomarańczowego koloru pochodzące z krateru Shorty. William C. Pinney - kierownik zespołu badawczego w Centrum Lotów Załogowych NASA w Houston, podczas konferencji prasowej, jaka miała miejsce w styczniu 1973 roku, powiedział: Nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób te kawałki pomarańczowego szkła stanowić mogą rezultat działalności wulkanicznej. A przecież na ziemskich terenach doświadczalnych, na których przeprowadzano próbne wybuchy jądrowe takie odłamki kolorowego szkła do rzadkości nie należą.

Wyniki badań księżycowych skał wprawiły w zakłopotanie tych uczonych, którzy uwierzyli, że Ziemia i Księżyc utworzone zostały z tego samego pierwotnego obłoku kosmicznego pyłu, lub że kiedyś w zamierzchłej przeszłości księżyc stanowił część Ziemi, a później wyrzucony został na orbitę w wyniku jakiegoś kataklizmu.

VI.

Dalsze wyniki uzyskane przez kolejne wyprawy Apollo dostarczają nie mniej fascynujących informacji, niż z pierwszych wypraw. Badania magnetyzmu księżycowego dokonane z pokładu Apollo-16 wykazały, że Księżyc obecnie nie posiada globalnego pola magnetycznego, niemniej jednak próbki skał księżycowych wykazywały ślady dawnego działania tego pola. Namagnesowanie to jest jednak nieznaczne i wynosi około 1/100.000 tego, co mamy na Ziemi. Nie jest ono jednolicie rozłożone na powierzchni, lecz koncentruje się w siedmiu regionach. Wszystkie te regiony leżą na zewnętrznej stronie największych kraterów.

Odkryto również istnienie dwóch pasów ferromagnetycznego materiału, o długości około 1.000 km, leżących na głębokości 100 km pod powierzchnią Księżyca. Pochodzenie i przeznaczenie tych ogromnych otworów, podobnych do dźwigarów czy wzdłużników w kadłubie okrętu stanowi dotychczas zagadkę, podobnie jak odkryte przez wyprawę Apollo-16 ślady pordzewiałego żelaza w próbkach skał księżycowych. Ponieważ rdza świadczy o obecności wody, dawna teoria mówiąca, że Księżyc był zawsze pozbawiony zawierających wodę minerałów, powinna być poddana rewizji. Niezaprzeczalny dowód istnienia wody na Księżycu pojawił się wówczas, gdy instrumenty pozostawione przez poprzednie wyprawy Apollo niespodziewanie wykryły chmury pary wodnej rozciągające się na przestrzeni setek kilometrów. John Freeman z Rice University twierdzi, że wszystkie odczyty przyrządów pomiarowych wskazują na bezsporny fakt, iż para wodna pochodzi z głębokiego wnętrza samego Księżyca.

W ciągu tysięcy lat żywe były na Ziemi legendy mówiące, o istniejących na Księżycu miastach. Według zapisów, jakie znajdujemy w książce Charlesa Forta, europejscy astronomowie twierdzili w swych publikacjach naukowych, że widzieli takie ruiny na Księżycu jeszcze w XIX wieku. Amerykańskie czasopisma astronomiczne publikowały fotografie i rysunki piramid, kopuł, krzyży i mostów, jakie obserwowało się na powierzchni Srebrnego Globu. Zeszyt czasopisma Uniwersytetu Harvarda "Sky and Telescope" z kwietnia 1954 roku  zawiera artykuł na temat mostu sfotografowanego na powierzchni Księżyca, łączącego dwa grzbiety górskie w pobliżu Mare Crisium. Według opinii redaktora naukowego "The New York Herald Tribune" - Johna O%u2019Neila oraz dwóch astronomów angielskich H. P. Wilkinsa i Patricka Moore%u2019a, fotografia ta przedstawia definitywnie most, a nie przypadkową formację skalną tego kształtu. Jeżeli Mare Crisium było kiedyś prawdziwym "oceanem", wówczas most ten można by porównać do Mostu Złotej Bramy - Golden Gate Bridge w San Francisco, który również spina dwa grzbiety górskie w pobliżu oceanu. H. P. Wilkins obliczył, że długość tego księżycowego mostu wynosi około 20 km. Spędził on również wiele czasu na katalogowaniu ponad 200 białych kopuł, o średnicach przekraczających 200 m, a obserwowanych w ostatnich czasach w coraz większych ilościach, które czasami znikają w jednym miejscu, aby znowu pojawić się w innym. Zaskakujące jest to, że wiele spośród tych księżycowych kopuł zaobserwowano w pobliżu wyjątkowo prostej ściany o wysokości około 450 m i długości ponad 100 km. Po przeciwnej stronie tej ściany, na przeciwległej stronie Księżyca znajduje się pęknięcie o szerokości 2 km i długości 240 km.

Jeszcze bardziej zadziwiające są zespoły gigantycznych głazów, znajdujące się na Mare Tranquillitatis i Oceanus Procellarum. William Blair uczony antropolog porównuje te budowle do Stonehenge o prostokątnych zapadlinach zerodowanych ścian, które zawaliły się ku środkowi oraz monolitycznych iglicach wyższych od jakiegokolwiek budynku na Ziemi. Radzieckie zdjęcia wykonane przez Łunę-9 wskazują, że niektóre spośród tych iglic mogą w gruncie rzeczy mieć kształt piramid.

Starożytna cywilizacja zamieszkująca w przeszłości na powierzchni Księżyca musiała dokonać ogromnego dzieła terraformując powierzchnię Srebrnego Globu. Astronomom od wielu lat znane są duże obszary tej powierzchni pokryte siatką krzyżujących się linii przypominających siatkę południków i równoleżników rysowanych na mapach Ziemi. Odnosi się wrażenie, że te uskoki, grzbiety górskie, wąwozy i łańcuchy kraterów ułożone są wzdłuż równoległych linii przecinających się z innymi pod kątem prostym. Taki system krzyżujących się linii jest zupełnie nienaturalny i uczeni nie potrafią znaleźć dla niego żadnego wytłumaczenia.

Zdjęcia przesłane przez amerykańskie sondy z powierzchni Merkurego, Wenus i Marsa wskazują na to, że los tych planet był podobny do Księżycowego. Można na ich powierzchni znaleźć kratery tworzące wzory podobne do księżycowych. Niektórzy fizycy oceniają, że energia potrzebna do utworzenia takich kraterów - których średnice osiągają 1.300 km - przekracza tysiące razy siłę wybuchu największych bomb wodorowych.

Tak straszliwa siła wybuchu mogła zniszczyć planetę, która kiedyś krążyła pomiędzy Marsem a Jowiszem, a po której pozostał tylko pas asteroidów. Kiedy ta grupa fragmentów skalnych została odkryta w roku 1802 przez niemieckiego astronoma Heinricha W. M. Olbersa, astronomowie byli przekonani, że jakaś planeta została kiedyś zniszczona wskutek straszliwej eksplozji. Teoria ta jest wciąż żywa wśród astronomów radzieckich. Obliczyli oni na początku lat 60., że średnica owej planety wynosiła około 6.000 km. Z drugiej strony jednak wiadomo, że nie istnieje żadna naturalna przyczyna eksplozji planety. Amerykański astronom Gerard P. Kuiper - dyrektor Obserwatorium Astronomicznego University of Arizona w Phoenix - twierdzi wprawdzie, że Pas Asteroidów powstał wówczas, kiedy 5 - 10 oddzielnych planet znajdujących się na orbitach pomiędzy Jowiszem a Marsem przypadkowo zderzyło się ze sobą, jednak nie posiada on konkretnych dowodów potwierdzających tą teorię, zaś ze statystycznego punktu widzenia taka przypadkowa kolizja jest niemal niemożliwa w przestrzeni, jaka istnieje pomiędzy Jowiszem a Marsem. Naukowcy z NASA byli zaskoczeni, kiedy sondy Pioneer-10 i Pioneer-11 przeleciały bez żadnej kolizji przez Pas Asteroidów, zawierający około 100.000 odłamków skalnych. Najprawdopodobniej nie zwrócili uwagi na fakt, że średnia odległość pomiędzy każdą z tych asteroid wynosi około 6,5 mln km!

W każdym razie wiadomo, że największe rozmiary zniszczeń podczas tej starożytnej wojny miały miejsce pomiędzy Marsem a Jowiszem. Być może planeta lub planety istniejące w tej części Układu Słonecznego były głównymi bazami militarnymi i dlatego musiały zostać zburzone. Starożytne środki bojowe mogły również dokonać zniszczenia czterech księżyców Saturna, co spowodowało powstanie jego pierścienia .Astronomowie twierdzą, że księżyce te rozpadły się, kiedy zbytnio zbliżyły się do planety. Nie ma jednak żadnych realnych dowodów na poparcie tej teorii, tym bardziej, że ci sami astronomowie przyznają, iż księżyce te nie mogłyby rozpaść się, gdyby były z popękanej litej skały. Ponadto - Saturn byłby jedyną planetą w Układzie Słonecznym, której księżyce uległyby rozpadowi w tak niezwykły sposób. A może i one także były ważnymi bazami wojskowymi i dlatego musiały zostać zniszczone?

W ostatnich latach świat naukowy dowiedział się, że temperatura na powierzchni Jowisza wynosi ponad 50.000oC, a więc przekracza nawet temperaturę powierzchni Słońca. Czy potężne bombardowanie za pomocą nuklearnych środków zniszczenia nie mogło zapoczątkować reakcji termojądrowych na tej planecie?

W książce zatytułowanej "Złoto bogów" Erich von Däniken dyskutuje możliwości istnienia w Starożytności wojny, w której cywilizacje pochodzące z innych systemów gwiezdnych walczyły ze sobą, i ci, którzy tę wojnę przegrali szukać musieli schronienia na Ziemi. W tych to zamierzchłych czasach nasz system słoneczny mógł zostać zniszczony przez istoty lub "bogów" pochodzących z innych układów planetarnych.

Wydaje się jednak, że nie ma powodów, dla których ci Kosmici mieliby wybrać sobie jako teren do załatwiania swych porachunków tą zapadłą okolicę Galaktyki, odległą przynajmniej o kilkadziesiąt lat świetlnych od miejsca, w którym przyczyna sporu powstała. Bardziej uzasadnione wydaje się twierdzenie, że wysoko rozwinięta cywilizacja powstała tu na Ziemi, przed kilkudziesięcioma czy nawet kilkuset tysiącami lat. Ta wspaniała cywilizacja osiągnęła już etap planetarny - rozpoczęła kolonizację znajdujących się w obrębie ekosfery [słonecznej] planet Układu Słonecznego, stając tam na niebywale wysokim poziomie rozwoju technicznego i cywilizacyjnego.

Zdaje się jednak, że postęp moralny nie przebiegał równolegle z technologicznym. Znane wady ludzkości, zwłaszcza dominacji jednych nad drugimi, zwielokrotnione niesłychanymi możliwościami zaawansowanej techniki i wiedzy, doprowadziły do otwartej rywalizacji pomiędzy mieszkańcami sąsiednich planet. Rezultatem tego była straszliwa wojna, w wyniku której z jednej z planet pozostał tylko Pas Asteroid, zaś powierzchnie Księżyca, Marsa, Merkurego i Wenus zamieniły się w skalne rumowiska o zatrutej i śmiertelnej dla każdego życia atmosferze. Ci nieliczni, którzy przeżyli ukryci w bunkrach i skalnych schronach na stosunkowo najmniej zniszczonej Ziemi, stali się nosicielami kultury i cywilizacji - "bogami" wśród ocalałych człekopodobnych istot zamieszkujących dzikie ostępy i dżungle Ziemi, mając nadzieję wskrzesić na gruzach dawnej świetności "złoty okres" - nowe cywilizowane życie.

 

VII.

Postawiono już w poprzednim rozdziale hipotezę, że przed kilkuset tysiącami lat rozwinęła się na naszej planecie cywilizacja, która zdołała osiągnąć bardzo wysoki poziom rozwoju. Pozwoliło jej to na skolonizowanie Wenus, Marsa, Merkurego, Faetona, a być może także i innych ciał niebieskich, np. księżyców Jowisza czy Saturna.

Osiedleńcy żyjący w warunkach odmiennych od ziemskich, musieli w ciągu kilku pokoleń rozwinąć szereg cech adaptacyjnych, w wyniku czego ich technologia, cywilizacja i kultura coraz bardziej odbiegała od ziemskiej. Trudniejsze warunki życia kolonistów zmuszały ich do ciągłego ulepszania maszyn, urządzeń, architektury, pojazdów poruszających się po lądzie, wodzie i w atmosferze, a także statków komunikacji międzyplanetarnej. Ogromny poziom osiągnął również rozwój środków porozumiewania się, inżynierii genetycznej, leczenia chorób oraz walki ze starością, co pozwoliło naszym przodkom osiągnąć wręcz imponujący czas życia.

Wszak dążenie do podboju Kosmosu i podróży międzygalaktycznych zaczęło coraz silniej opanowywać umysły mieszkańców Układu Słonecznego. Przechwycono z Kosmosu niewielką planetoidę Luna, a tor jej obiegu skorygowano tak, aby mogła ona krążyć w Układzie Słonecznym. Zasiedlono jej powierzchnię, a następnie zaczęto dokonywać pewnych zmian jej wnętrza, przekształcając ją w pojazd zdolny do poruszania się w przestrzeni międzygwiezdnej.

Przeprowadzenie tak poważnych przedsięwzięć inżynierskich i konstruktorskich wymagało jednakże zorganizowania odpowiednich dostaw sprzętu i surowców, urządzeń i specjalistycznych ekip roboczych, co z kolei pociągało za sobą konieczność dalszego skorygowania orbity planetoidy tak, by znajdowała się ona przez cały czas w zasięgu pojazdów transportowych ośrodków cywilizacji ze wszystkich planet. Postanowiono umieścić ją na orbicie wokółziemskiej. I tak w ten oto sposób na ziemskim niebie pojawił się Księżyc.

Jednakże z jakichś nieznanych powodów operacja zakotwiczenia Księżyca na orbicie wokółziemskiej nie przebiegła zgodnie z planem, i w jej wyniku na Ziemi powstały straszliwe kataklizmy. Luna bowiem, kiedy dostała się w strefę przyciągania Ziemi, wywołała przesunięcie się masy wód. Rozpoczęły się przypływy. Pierwszy był największy. Fale popłynęły z okolic podbiegunowych w kierunku równika zatapiając po drodze wszystko, wraz z lądem Mu i częścią Atlantydy, na wysokość 3.000 - 5.000 metrów.

Niejasne są przyczyny równoczesnego wybuchu okrutnej wojny w Układzie Słonecznym. Prawdopodobnie dały znać o sobie znane wady Ludzkości, a szczególnie wady psychiczne, o których wspomniano uprzednio. Jeśli nawet ludzie ci byli, niczym mitologiczni bogowie, istotami o wspaniałych intelektach i imponująco długim okresie życia, to jednocześnie mogli być obciążeni jakąś genetyczną skazą psychiczną, która stwarzała podobnie niebezpieczne sytuacje, na jakie społeczeństwo ludzkie natrafia i dziś. Może też na przestrzeni wieków ulegli oni stopniowej degeneracji.

Bez wątpienia zbudowali społeczeństwo bardziej rozwinięte i bardziej ludzkie, niż nasze, skoro osiągnęli tak ogromne zdobycze, a jednak dopuścili do tego, by katastrofalny konflikt zniszczył ich świat i niemal zgładził rasę ludzką. Jedno nie ulega wątpliwości - ster działań w pewnym momencie wymknął się ludziom z rąk. Zapanowały okrutne prawa wojny.

Konflikt ten nie trwał jednak długo. Użycie BMR w końcowym etapie szybko sprawiło, iż życie na planetach przestało istnieć. Planeta Faeton, na której zgromadzono największe zapasy środków bojowych, nie zdołała ich nawet wykorzystać. Jeden dobrze wymierzony pocisk jądrowy zainicjował eksplozję zmagazynowanych materiałów termojądrowych i straszliwy wybuch rozerwał na strzępy całą planetę Faeton.

Dość łatwo sobie wyobrazić dalszy przebieg wypadków. Nieliczni ludzie przewidujący mieli dostęp do międzyplanetarnych pojazdów wraz z rodzinami i sprzętem, jaki zgromadzić się im udało, schronili się na Ziemi, która jako jedyna ostała się w stanie najmniej zniszczonym. Być może nie była ona ośrodkiem konfliktu w Układzie Słonecznym.Choć okaleczona straszliwym kataklizmem, wywołanym zakotwiczeniem na jej orbicie Księżyca, i choć pozbawiona ośrodków dyspozycyjnych na Mu i Atlantydzie posiadała przynajmniej nadającą się do życia atmosferę.

Lądowali tedy na Ziemi nie tylko uciekinierzy z najbliższych planet; tutaj znajdowały także schronienie załogi samolotów i statków międzyplanetarnych, które lecąc z zadaniem bojowym stwierdzały, że cel już przestał istnieć; lądowali także ci, którzy po wykonaniu zadania nie mieli dokąd wracać. Lądowali z rozpaczą, bali się także odwetu. Ale odwet nie nadchodził. Nie było komu o nim myśleć.

Pobudowali zatem schrony i podziemne osiedla - systemy podziemnych tuneli w Argentynie, Peru i Ekwadorze, groty w Adżanta, Ellora i Deccan w Indiach - aby tam przeżyć w spokoju i otrząsnąć się do nowego życia.Potem rozpoczęli penetrację otoczenia.

Ziemia była bardzo zniszczona. Główne ośrodki cywilizacji nie istniały. Centra dyspozycyjne, niektóre lądy i wszystkie miasta albo znikły pod falami oceanów, albo zamieniły się w starty popiołu pod działaniem broni laserowej i jądrowej. Reszty dzieła zniszczenia dokonały wybuchy wulkaniczne, wstrząsające skorupą ziemską, której równowagę tak lekkomyślnie naruszono.

Pomimo przerażająco smutnego bilansu rozpoczęto organizować nowe bytowanie. Zaczęto gromadzić ocalały jeszcze gdzie niegdzie sprzęt i urządzenia. Ekipy techniczne penetrowały powierzchnię Ziemi, poszukując tych, którym udało się przetrwać kataklizm, a także surowców, środków napędowych, leków i żywności. Podjęto budowę nowych miast, jak Tiahuanaco (?) i osiedli - jak Sacsayhuaman (?). życie zaczęło wchodzić w bardziej ustabilizowane tryby, pomimo tego, że niezbyt liczne społeczeństwo musiało borykać się z całym szeregiem poważnych problemów.

Przede wszystkim nie było ono jednolite. W skład jego wchodzili przecież ludzie, którzy wychowali się na różnych planetach. Niektórzy z nich od początku nie mogli przystosować się do oddychania ziemską atmosferą, zapewne musieli korzystać z urządzeń wspomagających i ochronnych. Dla innych promieniowanie słoneczne na Ziemi było zbyt silne. Dla jeszcze innych - zbyt słabe.

Wszystkim tym trudnościom należało zaradzić możliwie szybko, jeżeli to nieliczne społeczeństwo miało uchronić przed całkowitą zagładą i wymarcie samo siebie i zdobycze cywilizacji trwającej tysiące lat.

Wśród puszcz tropikalnych, lasów i sawann Ziemi istniały prymitywne plemiona ludzkie znajdujące się na niskim szczeblu rozwoju, których sposób życia nie odbiegał właściwie od zwierzęcego. Zdecydowano się więc na śmiały eksperyment biologiczny, którego celem było dokonanie na kilku wybranych plemionach zabiegu genetycznego, pozwalającego na znaczne przyśpieszenie ich rozwoju. Uzyskane w tym procesie osobniki miały być w przyszłości wykorzystane jako tania, niewykwalifikowana siła robocza, rozumiejąca i wykonująca prawidłowo i w sposób zdyscyplinowany stawiane przez bogów-stwórców zadania.

W biblijnej "Księdze Rodzaju" czytamy: A wreszcie rzekł Bóg: >>Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam...<< na marginesie warto zaznaczyć, że wyraz Elohim - bogowie, stanowiący jedno z imion Boga w Starym Testamencie jest formą od liczby mnogiej Eloah - Bóg.

Eksperyment powiódł się znakomicie, a jego efekty - jak się zdaje - przekroczyły najśmielsze oczekiwania. Rozwój intelektualny plemion poddanych na ograniczonym terenie zabiegowi genetycznemu, a następnie starannej opiece i edukacji postępował bardzo szybko. Jednocześnie doprowadził on do powstania nieprzewidzianego produktu ubocznego - rozwiązał mianowicie problem, z którym bogowie się dotychczas borykali, dostarczył bowiem zastępu niezwykle urodziwych kobiet. Nic więc dziwnego, że co młodsi bogowie natychmiast przystąpili do ulepszania wyników eksperymentu, zapominając, że choć z grubsza przynależą do tego samego gatunku, to jednak reprezentują odmienne drogi rozwoju genetycznego, co szczególnie dotyczyło tych, którzy byli potomkami pokoleń długo żyjących na innych, niż Ziemia, planetach.

Biblijna "Księga Rodzaju" podaje: A kiedy ludzie zaczęli się mnożyć na Ziemi, rodziły się im córki. Synowie Boga widząc, że córki człowieka są piękne, pojmowali je sobie za żony, wszystkie, jakie im się podobały. [...] A w owych czasach byli na Ziemi giganci. Bo gdy Synowie Boga zbliżali się do córek człowieczych, te im ich rodziły. Byli to więc owi mocarze, mający sławę w owych dawnych czasach.

Narodzone z tych związków mutanty nie zawsze mogły być przedmiotem chluby bogów. Niektóre z nich stanowiące całkowicie zdegenerowane formy musiano zlikwidować.Jednakże większość potomków reprezentowała znacznie zwiększone możliwości intelektualne niektórzy mieli tak wysoki poziom intelektualny, że bez trudu mieszali się ze społecznością młodszych bogów.

Udany eksperyment spowodował nowy, gwałtowny rozwój cywilizacji na Ziemi. Bogowie mieli już zastępy siły roboczej. Wybrani spośród rzesz ludzie uzyskiwali kwalifikacje techniczne, a nawet naukowe; wykonywali prace inżynierskie, byli pilotami, żołnierzami, lekarzami, czy wreszcie osiągali status boga. Starzy bogowie wymierali, młodzi coraz bardziej wtapiali się w prężne społeczeństwo inteligentnych Ziemian.

 

VIII.

Nowo powstałe po wojnie nuklearnej społeczeństwo Ziemian było bardzo zróżnicowane. Próba rekonstrukcji jego hipotetycznego składu wskazuje, iż obejmowało ono przede wszystkim stosunkowo niewielką grupę starych, długowiecznych bogów, którzy przeżyli zarówno kataklizmy na Ziemi, jak i wojnę międzyplanetarną. Wywodzili się oni ze starej międzyplanetarnej cywilizacji, wywodzącej się z Ziemi, lecz wychowani oni byli na różnych planetach Układu Słonecznego. Nie była to więc grupa jednolita.

Znacznie bardziej jednorodna była grupa ich czystej krwi potomków, urodzonych i wychowanych na spustoszonej Ziemi. Była ona także niezbyt liczna, już chociażby z tego względu, że kobiet pośród starych bogów było niewiele z powodów, o których pisano uprzednio.

Trzecią grupę, liczebnie znaczną, stanowili półbogowie - mieszańcy, będący potomkami młodych bogów i Ziemianek o wzbogaconej inteligencji, pochodzących z plemion objętych eksperymentem genetycznym. Do grupy półbogów próbowali, z różnym rezultatem, dołączyć wybitni przedstawiciele szczepów, których możliwości intelektualne zostały w wyniku odpowiednich zabiegów wydatnie zwiększone.

Czwartą wreszcie grupę stanowiły szerokie rzesze wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych robotników, szkolonych i otoczonych przez bogów opieką, a należących do szczepów objętych eksperymentem genetycznym na określonych i ograniczonych terenach kuli ziemskiej.

Ostatnia, piąta grupa, to prymitywne, żyjące w lasach tropikalnych, puszczach i sawannach w zgodzie z Naturą plemiona, nie objęte zainteresowaniem bogów i nie biorące udziału w cywilizowanym życiu.

Każda z tych grup, poza ostatnią, spełniała w tym społeczeństwie wyznaczoną im przez starych bogów rolę, była w odpowiedni sposób kształcona i troskliwie doglądana.

Starzy bogowie dbali o to, by nie dopuścić do powtórzenia błędów "minionego okresu". Z tego też względu byli zwolennikami umiarkowanego, kontrolowanego rozwoju oraz zachowania stabilnego systemu społecznego.

Byłby zatem to okres Złotego Wieku, którego reminiscencje przetrwały w zbiorowej pamięci Ludzkości - jej czwartej grupy - o czym pisze Owidiusz:

 

Złoty pierwszy wiek nastał. Nie z bojaźni kary

Z własnej chęci strzeżono i cnoty i wiary.

Kary, trwogi nie było, groźnych nie czytano

Ustaw na miedzi rytych, ani się lękano

Sędziów ostrych.

********************************

Wiosna była wieczysta. Zefiry łagodne

Rozwijały tchem ciepłym kwiaty samorodne,

Zboża w nieoranej rodziły się ziemi

I łan ugorny kłosy połyskał ciężkiemi.

Hojną płynęły strugą i nektar i mleko

I z dębu zielonego złote miody cieką.

 

Przez szereg pokoleń władza starych bogów była niekwestionowana. Jednak grupy młodych bogów i półbogów - prężne, wykształcone i wychowane na Ziemi, inteligentne i ze swobodą posługujące się odrodzoną technologią planetarną, coraz bardziej oburzały się na zachowawczą i pełną ostrożności politykę Rady Starszych. Coraz więcej sprzeciwu wzbudzało ograniczanie funkcji decyzyjnych - jak również informacji dotyczących pewnych istotnych dziedzin wiedzy - do wąskiego kręgu bogów czystej krwi.

W opowiadaniach i legendach istniejących w różnych punktach naszego globu przedstawione są szczegółowo właśnie i katastrofalne wojny. Znajdują się wzmianki o kontrowersjach między bogami, kończących się okrutnymi walkami, doprowadzającymi czasem do drgań skorupy ziemskiej. W wielu wypadkach znajdujemy także ślady działalności "propagandowej" zmierzającej do zdyskredytowania starych bogów.

Gnoza obszaru śródziemnomorskiego, wiedza tajemna dostępna tylko wybranym uczy, że świat - tj. Ziemię - stworzył - tj. zorganizował na niej życie - Ialdabaoth  - nieudolny demiurg który uważał się za Boga. Syn demiurga, stanąwszy w obliczu gromadzących się objawów niekompetencji i niezręczności ojca, uchwycił przemocą władzę, aby ustalić nowy porządek i naprawić błędy dotychczas przezeń popełnione. Ten właśnie syn o imieniu Sebaoth, od tego czasu zapanował w Niebie i Raju. Ta tradycja pozostawiła ślady nawet w liturgii Kościoła rzymsko-katolickiego: podczas każdej mszy zgromadzeni wierni śpiewają: Sanctus, Sanctus, Sanctus Dominus Deus Sebaoth, pleni sunt coeli et terra gloria tua!

Hinduska "Bhagavata Purana" przedstawia Viśnu Prajapati tworzącego nie światłość, jak biblijny Elohim, lecz ciemność, występek, niesprawiedliwość, grzech i chaos. A tekst mówi: Wówczas przyjrzawszy się zasługującemu na potępienie dziełu, Stwórca odczuwał do siebie niewiele podziwu. I aby dokonać naprawy swoich poczynań, Wisznu wysłał "czarowników" z poleceniem, aby tworzyli za niego. Ale oni zaniedbywali swe obowiązki i trwali w bezpłodnych medytacjach. Wówczas, by położyć kres tej bezczynności, z gniewu Prajapati musiał wydobyć się nagle młody bóg-dziecię, bóg-bohater, aby wyręczając swego ojca stworzyć pierwszą istotę ludzką.

Aztekowie przypisywali proces kreacji pierwszych ludzi parze bogów - Ometecuhli i Omeciuatli, którzy wkrótce zostali zdetronizowani przez młodszych i bardziej aktywnych bogów.

W Asyrii waśniom między bogami towarzyszyły tak straszliwe dźwięki, że cały świat był nimi wypełniony, a góry zapadały się.

Mity greckie dostarczają podobnych wieści. Łatwo zrozumiała legenda mówi, że Ouranos lub Uranus - symbol Nieba i przestrzeni międzyplanetarnych - zapłodnił swoją małżonkę Gaję (Geę) czyli Ziemię. Domyślać się więc należy, że życie na Ziemi ma jakiś związek z obszarami pozaziemskimi. Ale z tego związku narodziły się wstrętne potwory. Ich ojciec był zdumiony i odesłał je z powrotem do łona matki, co wydaje się być po prostu innym sposobem wyrażenia myśli, że zostali oni pogrzebani, a my od czasu do czasu znajdujemy ich teraz pod postacią kopalnych skamielin.

Teraz kierownictwo obejmuje Czas - Chronos lub Kronos - zwany przez Rzymian Saturnem, ale ten "pożera swoje dzieci" i wszystko ogarnia stan stagnacji i bezpłodnej rutyny, zaś czarownicy zamiast tworzyć, oddają się kontemplacji. Później obserwujemy pojawienie się i rozstrzygające zwycięstwo nowego, silnego zespołu kierowanego przez Zeusa vel Dzeusa alias Jupitera lub Yod-Patera. Wszystkie te przekazy chwalą jego dynamizm i młodość. Jego atrybutami w Grecji, jak i we wszystkich innych miejscach, są cechy odpowiadające światłu, a więc: ogień, błyskawice, jasność, czystość, białość, blask słoneczny, orzeł. Greckie słowo Zeus podobnie jak łacińskie Deus jest równoważne hinduskiemu bogu bohaterowi, Słonecznemu Ormuzdowi Persów - Zwycięzcy Smoka.

Tak więc zwycięstwo w tej nowej wojnie - czy wojnach - odnieśli młodzi bogowie. Było to jednak zwycięstwo w dużym stopniu przymusowe, tym bardziej, że nie oznaczało ono, że na Ziemi zapanował całkowity spokój. Teraz dopiero zaczęły się swary i waśnie pomiędzy młodymi bogami. Kontrowersje te zakończyły się następnymi okrutnymi walkami i katastrofalnymi wojnami. Biblia wspomina te dawne wojny o władzę w szeregu "Ksiąg". Izajasz (51,9) przywołuje na pamięć dawne pokolenia, kiedy Jahwe musiał zgładzić Rahab zwanego także Lewiatanem i Smokiem: O ramię Jahwe! Przebudź się, jak za dni minionych, zamierzchłych pokoleń. Czyżeś to nie ty poćwiartowało Rahaba, przebiło Smoka? Podobnie w "Księdze Joba" (25,12): Potęgą wzburzył pramorze, roztrzaskał Rahaba swą mocą, wichurą strop nieba oczyszcza i Węża Zbiega niszczy swą ręką... - oraz w niektórych "Psalmach" (74,13-14): Ty morze swą potęgą rozdarłeś, skruszyłeś głowy smoków w odmętach. Ty zmiażdżyłeś łby Lewiatana, morskim potworom na żer go wydałeś, a także (89,10-11): Ty rozkazujesz pysznemu morzu, Ty jego wzdęte bałwany poskramiasz. Tyś przebitego Rahaba podeptał, Twoich wrogów rozproszyłeś swym możnym ramieniem.

 

IX.

Ocena moralna zwycięzców w kolejnych wojnach i stosowanych przez nich metod walki nie była wśród ówczesnych ludzi jednoznaczna, skoro odnosi się wrażenie - w związku ze swarami i niezgodą panującą wśród bogów, z samym Jahwe włącznie - że tradycja biblijna była w sposób celowy cenzurowana, zgodnie z dyrektywami wydanymi przez bogów Hebrajczyków, którzy mieli zrozumiałe powody, aby ukrywać fakt, że ich władza została zaprowadzona wśród rozruchów i zamieszek. Nie znajdujemy niczego podobnego wśród założycieli i krzewicieli innych tradycji istniejących współcześnie z tamtymi.

Lecky wskazuje na to, że większość gnostyków uważała boga żydowskiego za niedoskonałą istotę, stojącą na czele fałszywego systemu moralnego. Wielu ponadto uważało religię żydowską za system opierający się na zasadzie Zła, przyjmujący, że Szatan jest bogiem świata materialnego. Dlatego Kainici czynili każdego, kto się temu przeciwstawiał przedmiotem czci, Ofici natomiast jawnie oddawali cześć boską wężowi. Mamy więc, być może, chociaż częściowe wyjaśnienie szacunku, jakim większość gnostyków darzyło węża, w fakcie, że to zwierzę, które wśród chrześcijan stanowi symbol Zła i Szatana miało zupełnie inne znaczenie w symbolice starożytnej.

Walka pomiędzy młodymi bogami, która poprzedzała, a następnie ustanowiła panowanie Jahwe na Ziemi lub tylko w pewnych jej obszarach, opisana jest w judeo-chrześcijańskiej tradycji w epizodzie, w którym Archanioł Gabriel niszczy Smoka. W "Apokalipsie św. Jana" (12,7-9) czytamy: I nastąpiła walka na niebie: Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem.(Rasa reptilian?) I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie, ale ich nie przemógł i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło. I został strącony Wielki Smok, Wąż Starodawny, który zwie się Diabeł i Szatan, zwodzący całą zamieszkałą Ziemię, został strącony na ziemię, a z nim strąceni jego aniołowie. Zaś prorok Izajasz woła (14,12-15): Jakże to spadłeś z niebios, jaśniejący Lucyferze, Synu Jutrzenki? Jakże runąłeś na ziemię Ty, który mówiłeś w swoim sercu: >>Wstąpię na niebiosa; powyżej gwiazd Bożych postawię mój tron. Zasiądę na górze obrad, na krańcach północy. Wstąpię na szczyty obłoków, podobny będę do Najwyższego<<. Jak to? Strąconyś do Szeolu, na samo dno Otchłani?

Czy z tego wynika, że pod nowymi rządami wszystko przebiegało w  łagodności i pokoju? Wcale nie. Pojawiły się nowe waśnie, a ich przedmiotem był tym razem nowy twór - człowiek, którego pojawienie się nie dla wszystkich było jednakowo pożądane.

Abu Zayd Al-Balkhi znalazł na marginesie Koranu zapis, który podaje pewne wskazówki na temat sposobu myślenia I zamiarów naszych przodków czy poprzedników. Treść zapisu jest następująca: Mam zamiar - powiedział Bóg - ustanowić na Ziemi namiestnika,ale aniołowie, towarzysze Iblisa zwanego wówczas Azazilem odpowiedzieli Mu: >>Czy masz zamiar umieścić na Ziemi kogoś, kto wprowadzi tam rozkład moralny, korupcję, zepsucie i rozlewać będzie krew wówczas, kiedy my nie przestajemy Cię wielbić?<<. Ale Bóg odpowiedział: >>Ja wiem to, czego wy nie wiecie<<.

Już choćby z tego zapisu widać, że człowiek - tzn. trzecia i czwarta grupa wg przyjętej przeze mnie w poprzednim rozdziale klasyfikacji - nie cieszy się uznaniem bogów - druga grupa - a przy takim stosunku wzajemnym o konflikt nie trudno, tym bardziej, że człowiek wbrew wszelkim nakazom i zakazom ciągle sięgał po owoc z drzewa wiadomości dobrego i złego. Tak więc konflikt, wobec narastania wzajemnych niechęci był nieunikniony, a jednak do niego nie doszło, opowiada o nim m.in. Platon w swoim dialogu pt. "Kritias":

Przez wiele pokoleń, dokąd im starczyło natury boga, słuchali praw i odnosili się życzliwie do bóstwa, którego krew w nich płynęła. Ich postawa duchowa nacechowana była prawdą i ze wszech miar wielkością. Łagodność i rozsądek objawiali w stosunku do nieszczęść, które się zawsze zdarzają, i w stosunku do samych siebie nawzajem, więc patrzyli z góry na wszystko z wyjątkiem dzielności, wszystko co było w danej chwili, uważali za drobiazg i lekko znosili, jakby ciężar masę złota i innych dóbr; nie upijali się zbytkiem i bogactwo ich nie zaślepiało, i nie doprowadziło do utraty panowania nad sobą. Bardzo trzeźwo i bystro dostrzegali, że i to wszystko pod wpływem miłości wzajemnej przy dzielności wzrasta; [...] Ale kiedy w nich cząstka boża zgasła, dlatego, że się często z pierwiastkiem ludzkim mieszała i ludzka natura brać zaczęła górę, wtedy już nie umieli znosić tego, co u nich było, zrobili się nieprzyzwoici i kto umiał patrzeć, ten widział już ich brzydotę, kiedy zatracili to, co piękne pośród największych dóbr. Tym, którzy nie potrafią dostrzec życia prawdziwie szczęśliwego, wydawało się właśnie wtedy, że są osobliwie piękni i szczęśliwi, kiedy ich rozpierała chciwość niesprawiedliwa i potęga. Otóż bóg bogów Zeus, królujący zgodnie z prawami, umiał dostrzec taki stan rzeczy, zobaczył, jak się marnuje ród, który był jak się należy, więc karę im wymierzyć postanowił, aby się opamiętali, nabrali rozumu i zaczęli panować nad sobą, więc zebrał wszystkich bogów do ich prześwietnej siedziby, która się wznosi nad środkiem całego świata, zatem widzi wszystko, co ma udział w powstawaniu, a zebrawszy powiedział...

Na tym urywa się dialog Platona i wydawać by się mogło, że nigdy się nie dowiemy, jaki był dalszy bieg wypadków. Jednak istnieje i druga opowieść - biblijna "Księga Rodzaju" (6,6-7), która jak się wydaje, zawiera odpowiedź na pytanie, jakie sobie każdy z nas zadaje po przeczytaniu platońskiego "Kritiasa": Co powiedział bóg bogów Zeus? "Księga Rodzaju" mówi: ...a widząc, że wielka była złość ludzka na Ziemi [...] bolał w sercu swym i rzekł Bóg: >>Wygładzę człowieka, któregom stworzył, z oblicza Ziemi, aż do bydlęcia, aż do gadziny, i aż do ptastwa niebieskiego. Bo mi żal, żem je uczynił.<<

Wydaje się więc, że postęp moralny nie przebiegał równolegle z technologicznym. Znane wady Ludzkości i dążność jednych do dominacji nad drugimi, zwielokrotnione zdobyczami zaawansowanej techniki i wiedzy, doprowadziły do otwartej rywalizacji pomiędzy mieszkańcami naszej planety. A rezultatem decyzji Zeusa czy Jahwe była znowu straszliwa wojna, której sposób prowadzenia, zastosowane środki i konsekwencje - naszkicowano już w pierwszym rozdziale, zaś opisy jej przebiegu znajdujemy rozproszone w tradycji różnych narodów, m.in. także w tradycji biblijnej.

W "Księdze Proroctw Izajasza" (13,3-5) czytamy: Ja dałem rozkaz moim poświęconym, z powodu mego gniewu zwołałem wojowników radujących się z mojej wspaniałości. Uwaga! Wrzawa Królestw, sprzymierzonych narodów. To Jahwe Zastępów robi przegląd wojska do bitwy. Przychodzą z dalekiej ziemi, od granic nieboskłonu - Jahwe i narzędzia jego rozgniewania, aby spustoszyć Ziemię. Podobnie w "Psalmach" (68,18): Rydwanów Bożych jest dwadzieścia tysięcy, wiele tysięcy aniołów, to Pan wraz z nimi przybywa do świątyni z Synaju.

Nie ulega wątpliwości, że stratedzy wojny atomowej nie kierowali swej broni na plemiona takie, jak współcześnie z nami żyjących Zulusów, Pigmejów czy nieszkodliwych Eskimosów. Skierowali ją na ośrodki cywilizacji. Tak więc radioaktywny mord ponownie przeszedł przez postępowe i wysoko rozwinięte narody i ośrodki. Pozostały natomiast oddalone od ośrodków cywilizacji, zacofane w rozwoju ludy dzikie i prymitywne plemiona. One jednak nie były w stanie przekazać informacji o istniejącej kulturze, ani nawet poinformować o niej, ponieważ nie brały w niej udziału.

Większa część kuli ziemskiej pokryta została żarzącymi się pustyniami, gdyż promieniowanie ciał radioaktywnych nie pozwala rozwijać się żadnym roślinom. Po kilku tysiącach lat - jak powiada Erich von Däniken - nie pozostało już nic z zatopionych oraz spalonych lądów i miast. Natura jedynie z nieskończoną cierpliwością przedzierała się poprzez ruiny, a żelazo i stal, pordzewiałe, rozpadły się na piasek, aby po tysiącach lat wszystko mogło zacząć się od początku...

Prawdy ulegają przemieszaniu .Ale są prawdy których nie da się znikształcic ,są nimi namacalne dowody obecnosci starożytnych cywilizacji dalece wykracjaczających naszą , a także stare hinduskie ksiagii dokuntujace tamte wydarzenia. W obliczu powyższych faktów trzeba zadać sobie pytanie , które ma kluczowe znaczenie w naszych czasach. Czy oni nadal tu są- obcy kreatorzy czy moze tylko ich nastepcy  a jesli tak to którzy  ? Tu zaczyna sie problem , czy są to może  szerzące chaos rody  Smocze ? A może tej kwestii nie uda sie już nam odkryć.

 źródło  http://historyk.republika.pl/arty/awb1.htm

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

« Ostatnia zmiana: Sierpień 30, 2010, 21:28:29 wysłane przez Michał-Anioł » Zapisane

Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!

www.imaginarium.org.pl
Michał-Anioł
między niebem a piekłem
Moderator Globalny
Ekspert
*****
Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 1338


Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym



Michał Anioł
Zobacz profil WWW
« Odpowiedz #2 : Styczeń 15, 2011, 14:01:24 »



  
Stonehenge

Czy istnieją podróże w czasie? Czy naszą planetę odwiedzali przed wiekami przybysze z kosmosu? Mity i legendy wielu kultur opowiadają o wizytach potężnych, podobnych do ludzi istot, a książki Ericha von Dänikena i Zecharii Sitchina, którzy starają się odpowiedzieć na te pytania, biją od lat rekordy popularności, nigdy jednak nie były traktowane na poważne przez naukę.

Zielona mapa białego lądu
Tysiące ludzi na świecie wędruje w poszukiwaniu dowodów na to, że Ziemia była już wielokrotnie odwiedzana przez przedstawicieli obcych, zaawansowanych technicznie, cywilizacji.

"Paleopodróżnicy" szukają pamiątek ich obecności, zapisów, podań, budowli, fresków i rzeźb. Jeśli ktoś uważa się za "paleopodróżnika" przede wszystkim musi odwiedzić Muzeum Archeologiczne Pałacu Topkapi w Stambule.

W 1929 roku amerykańscy naukowcy, którzy prowadzili tam prace, przypadkowo odkryli starą mapę. Pochodziła z 1513 roku i należała w przeszłości do tureckiego kartografa i korsarza imperium osmańskiego, admirała Piri Ibn Hadzi Memmeda, zwanego Piri Reisem.

Tajemnicza mapa różniła się znacznie od innych map pochodzących z tego okresu. Tak naprawdę to, co się na niej znajdowało, było absolutnie nieprawdopodobne. Naukowcy myśleli nawet, że to falsyfikat.

Na mapie z XVI wieku zaznaczone zostały bowiem kontury kontynentu amerykańskiego i Antarktyda. Ta ostatnia poprzecinana była licznymi górami, zatokami i dolinami.

A przecież w czasie, gdy mapa powstała, nikt jeszcze nie zbadał skutego wiecznym lodem południowego kontynentu, nikt nie mógł nawet potwierdzić jego istnienia.

O mapie z pałacu Topkapi przypomniano sobie kilkadziesiąt lat później, gdy Antarktyda stała się obiektem szczegółowych badań kartograficznych. Naukowcy postanowili porównać mapę z najnowszymi danymi.

Szczegółowe badania nie pozostawiły wątpliwości, mapa była wykreślona tak, jak gdyby jej twórca posłużył się obrazem zachodniej półkuli widzianym z orbity okołoziemskiej. Tylko wtedy udałoby się odwzorować linie brzegowe i kontynenty w taki sam sposób, jak przedstawione są na zagadkowej mapie.

Wspomina o tym brytyjski pisarz i dziennikarz, Graham Hancock, autor wielu książek o mitologii, tajemnicach przeszłości i kryptoarcheologii: "Tak precyzyjne odwzorowanie Antarktydy, jakie przedstawia mapa Piri Reisa, możliwe byłoby tylko gdyby wykonujący ją kartografowie potrafili prawidłowo wyznaczyć długość i szerokość geograficzną. Tymczasem niezbędny do obliczenia długości chronometr został wynaleziony dopiero w połowie XVIII wieku, a więc prawie dwa i pół wieku po tym, jak Piri Reis sporządził swoją mapę.

Jak zaznaczył na mapie sam jej autor, do jej wykonania posłużył się ponad dwudziestoma arkuszami starożytnych map pochodzących z okresu panowania Aleksandra Wielkiego, a nawet czasów dużo wcześniejszych. Starożytni Grecy podejrzewali istnienie południowego kontynentu, lecz nie mieli naukowych dowodów na jego istnienie.

Do dziś nie wyjaśniono jednak, skąd mogły pochodzić tak niezwykłe mapy Antarktydy, których dokładność wprawiła w osłupienie nawet dzisiejszych kartografów".

Mapa Piri Reisa jest tylko czasowo udostępniana zwiedzającym, wciąż jednak jest najsłynniejszym eksponatem tureckiego muzeum.

W kamiennym kręgu
Nie tylko Hancock uważa, że mapa dowodzi kontaktów kultur prehistorycznych z cywilizacjami pozaziemskimi. Erich von Däniken dodaje, że może być ona dowodem na istnienie starożytnej, niezwykle wysoko rozwiniętej cywilizacji.

Däniken zwraca również uwagę na położony na południu Wielkiej Brytanii prehistoryczny, kamienny kompleks – Stonehenge. To miejsca zna niemal każdy na świecie. Na przestrzeni lat pojawiało się wiele teorii próbujących wyjaśnić przeznaczenie kamiennego kręgu. Stonehenge urosło do miana najbardziej niezwykłej i kontrowersyjnej budowli w całej Wielkiej Brytanii.

Do dziś nie ma jasności, czy była to prehistoryczna świątynia, obserwatorium astronomiczne czy, jak głoszą niektórzy, tajemnicze lądowisko pojazdów pozaziemskich cywilizacji. Däniken uparcie dowodzi swojego. Pisze: "Zrozumienie przeznaczenia Stonehenge bez zaakceptowania kosmicznych kontaktów naszych praojców jest prawie niemożliwe".

Kamienny krąg Stonehenge wyrasta z równinnych łąk okolicy Salisbury w hrabstwie Wiltshire. Tworzą go kamienne bloki wykonane z piaskowca, ułożone w krąg o średnicy około 30 metrów. Niektóre z bloków osiągają wysokość 7 metrów i osiągają ciężar 40 ton.

We wnętrzu kręgu znajduje się drugi, mniejszy, utworzony z niebieskawo-szarych kamieni. Badania wykazały, że użyte do budowy kręgu głazy pochodzą z odległych o prawie 400 km gór Prescelly na południu Walii.

Wolfgang Feix – fizyk, od lat próbujący wyjaśnić przeznaczenie Stonehenge, poddał dokładnej analizie wzajemne odległości i położenie poszczególnych bloków kamiennego kompleksu. Owocem badań była teoria, według której Stonehenge jest przesłaniem czy zakodowaną informacją dla przybyszów z kosmosu. Feix ustalił, że zaszyfrowany przekaz zawiera dane dotyczące położenia planetoidy 16 Psyche.

Jest to dość nietypowa planetoida, która z racji swoich niezwykłych cech różni się dość znacznie od innych planetoid porównywalnej wielkości. Przypuszcza się, że jej powierzchnia może mieć wyjątkową strukturę. Świadczą o tym znaczne zmiany jasności planetoidy w czasie ruchu wokół własnej osi.

Zainteresowało to zwolenników teorii mówiącej o stałej obecności przedstawicieli obcych cywilizacji w Układzie Słonecznym. Według opinii niektórych z nich pas planetoid doskonale nadawałby się na umieszczenie w nim bazy kosmicznej. Niezależnie jednak od tego, jaki cel przyświecał budowniczym Stonehnge, musieli oni dysponować bardzo dużą wiedzą astronomiczną.

Dziś Stonehenge jest jedną z najbardziej popularnych atrakcji turystycznych Wielkiej Brytanii. Corocznie odwiedza je prawie milion turystów. Tradycją stało się obserwowanie w Stonehenge wschodu słońca w noc św. Jana, w czym uczestniczy zwykle kilkadziesiąt tysięcy ludzi. W 1986 roku cały kamienny kompleks wraz z najbliższym otoczeniem wpisany został na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Kolejne tajemnicze miejsce w Wielkiej Brytanii to, położony w okolicy Oksfordu, legendarny kamienny krąg - Rollright Stone, obok którego stoi pionowo pojedynczy kamienny słup. Podobno o wschodzie słońca monument emituje pulsująco ultradźwięki.

Odkrył to przez przypadek biolog badający trasy przelotu nietoperzy. Gdy przejeżdżał w pobliżu Rollright z włączonym detektorem ultradźwięków, zauważył gwałtowne wychylenie wskaźnika. Potwierdziły to późniejsze badania, jakie wykonał dr Don Robins w ramach programu „Project Dragon” a sam kamienny monument nazwany został nadajnikiem z Rollright.

Dolina cudów
W niektórych rejonach Lombardii we włoskich Alpach do dziś znaleźć można skalne sanktuaria, które od niepamiętnych czasów otaczane były czcią. Do takich miejsc należy słynna dolina Val Camonica – idylliczna kraina położona w Lombardii niedaleko od Mediolanu. Miejsce to od dawna nazywane było przez okoliczną ludność doliną cudów.



Val Camonica usłana jest zagadkowymi śladami. Tutejsze rysunki naskalne przed dziesięciu tysięcy lat rozsławiły dolinę na całym świecie, przedstawiają bowiem istoty odziane w coś, co przypomina skafander kosmiczny.

"Kosmonauci" trzymają w dłoniach dziwne instrumenty lub broń. Ich głowy przykrywają otoczone promienistą aureolą hełmy. Mieszkańcy doliny od dziesiątek lat mówią o naskalnych istotach astronauti.

Na jednym spośród wielu rysunków, ponad głową postaci w skafandrze i hełmie, wyraźnie widoczny jest przedmiot przypominający śmigło.

Jak twierdzą niektórzy archeolodzy, może ono symbolizować energię, ruch lub nawet unoszenie się w powietrzu. Kolejny rysunek przedstawia kilkanaście postaci stojących, jak na paradzie, przed potężną istotą w świetlistym hełmie.

Zdaniem Reinharda Habecka, autora książek o tajemnicach dawnych cywilizacji, wyryta w skale ceremonia przedstawia, być może, powitanie uważanych kiedyś za bogów, istot pozaziemskich, które przybyły w przeszłości na Ziemię. Naukowcy twierdzą, że astronauti to wizerunki bóstw.

Czymkolwiek są przedstawione na naskalnych rysunkach tajemnicze istoty, nie brakuje chętnych, aby zobaczyć je na własne oczy, a jaskinie Val Camonica są celem wypraw tysięcy turystów. Tajemnica przyciąga.


"Święty" astronauta

Na portalu katedry w hiszpańskiej Salamance widać astronautę. Wyrzeźbiony w piaskowcu, kosmiczny skafander nie różni się niczym od używanych współcześnie. Nawet profil podeszwy buta przypomina ślady, jaki odcisnęli goście z Ziemi na powierzchni Księżyca. To dość dziwne, zważywszy na to, że katedra zaczęła powstawać w XVI wieku, a jej budowę zakończono w 1733 roku.

Zwolennicy teorii paleoastronautycznych uważają, że kosmonauta jest niezbitym dowodem na to, że przed wiekami Ziemię odwiedzali przybysze z kosmosu. Tymczasem rzeźba została wykonana w… 1992 roku. Dodali ją architekci odpowiedzialni za renowację katedry. Postąpili zgodnie z tradycją, tak jak ich koledzy sprzed wieków.

W dawnych czasach budowniczowie bądź renowatorzy katedr umieszczali pośród oryginalnych zdobień współczesne dla nich symbole. Był to rodzaj podpisu rzemieślnika, mógł identyfikować osobę wykonującą renowację, ale i symbolizować czas, w jakim została ona przeprowadzona.

Astronauta w skafandrze jest charakterystycznym znakiem czasu, symbolem XX wieku, dlatego więc został wybrany jako kolejny element zdobień portalu w Nowej Katedrze.

I choć sama budowla, ostatni gotycki kościół w Hiszpanii ze wspaniałą, 110–metrową wieżą jest jednym z najczęściej odwiedzanych zabytków w rejonie, i tak niemal każdy turysta najpierw zadziera głowę, żeby pośród filigranu zdobień wypatrzyć, jak najbardziej, współczesnego astronautę.

Wiele osób śmieje się z paleoastronautycznych teorii, chętnie odwiedzają miejsca, których znaczenia do dziś nie udało się do końca wyjaśnić. W końcu są na niebie (szczególnie tam) i na Ziemi rzeczy, które nie śniły się filozofom.
Lidia Kawecka / Onet.pl
http://przewodnik.onet.pl/paleo/kamienne-i-nie-tylko-slady-obcych,4,4096802,artykul.html

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

« Ostatnia zmiana: Styczeń 15, 2011, 14:04:39 wysłane przez Michał-Anioł » Zapisane

Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!

www.imaginarium.org.pl
Strony: 1   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Powered by SMF 1.1.21 | SMF © 2006-2009, Simple Machines
BlueSkies design by Bloc | XHTML | CSS