logo
 
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji

Autor Wątek: Oczyszczanie powietrza przy pomocy technologii i ludzkiego ciała świetlistego  (Przeczytany 3299 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Leszek

  • Administrator
  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1764
    • Status GG
    • Zobacz profil
    • swietageometria.info
    • Email
Fragment książki "Życie w przestrzeni serca" Drunvalo Melchizedeka:
źródło: http://pokazywarka.pl/oczyszczanie-powietrza-przy-pomocy-technologii/

"Niemal na chybił trafił wybrałem pozornie przypadkowy moment w moim życiu, w którym rozpocznę tę opowieść. Decyzję o tym, żeby pomóc Ziemi w uzdrowieniu jej środowiska naturalnego przy pomocy technologii umysłu podjąłem nie podczas medytacji, ale w zwykłej codziennej rzeczywistości. Uważałem, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za Ziemię, a skoro głoszę to przekonanie publicznie, powinienem zaświadczyć o nim również własnym życiem. Otworzyłem się więc wówczas na wszelkie możliwe sytuacje, w których mógłbym osobiście przyczynić się do uzdrowienia naszej drogiej Ziemi.

Nie opowiadam wam jednak tej historii tylko po to, by zwrócić waszą uwagę na problem zanieczyszczenia Ziemi. Chcę wam opowiedzieć o tym, jak eksperymenty z pewnym urządzeniem o nazwie R-2 odmieniły moje życie, otwierając przede mną duchową możliwość doświadczania świata w całkiem nowy, nieznany mi dotąd sposób.

W owym czasie nie wiedziałem jeszcze, że te eksperymenty technologiczne pozwolą mi wyjść poza ograniczenia umysłu w niezbadane dotąd rejony świadomości i poznać ukrytą głęboko sekretną przestrzeń mego serca.


OCZYSZCZANIE-POWIETRZA-PRZY-POMOCY-TECHNOLOGII

Moja opowieść rozpoczyna się zatem w maju 1996 roku, kiedy to zadzwonił do mnie stary przyjaciel z prośbą, bym przyłączył się do pracy nad projektem oczyszczania środowiska naturalnego. Projekt realizowano w Denver w stanie Kolorado. Nie wyjawię tu prawdziwego imienia mojego przyjaciela, ponieważ takie było jego życzenie. Będę nazywał go Jonem. Człowiek ten był niegdyś uczonym, który w tamtym czasie poświęcił się badaniu wszelkich aspektów życia oraz świata fizyki w swoim małym, choć dobrze wyposażonym laboratorium.

Wątpię, by jego iloraz inteligencji można było poddać jakimkolwiek testom. Był prawdziwym geniuszem. Opracował nowy "wgląd" w naturę rzeczywistości przy zastosowaniu emisji mikrofal. Metoda ta dawała mu nowe, ogromne wprost możliwości poszukiwania odpowiedzi w świecie. Nawet nasz rząd, któremu znana była praca tego człowieka, dopiero niedawno zdołał osiągnąć podobne rezultaty w dziedzinie badan naukowych.

Jon twierdził, że wraz ze współpracownikami, do których należał Slim Spurling, właściciel dziwnych spiralnych sprężyn, odkrył pewne zjawisko naturalne, które mogło dopomóc w uzdrowieniu niektórych problemów środowiska naszej planety. Powiedział, że chce mi przedstawić swoje odkrycie. Miałem w tym celu pojechać do Denver, gdzie grupie uczonych udało się oczyścić powietrze z wszelkich zanieczyszczeń.

Trudno było mi uwierzyć w jego słowa, bowiem mieszkałem wówczas w Boulder w stanie Kolorado, oddalonym zaledwie kilkanaście kilometrów od Denver, które to w owym czasie, czyli pod koniec lat 70. miało największe skażenie powietrza spośród miast Ameryki - większe niż Los Angeles. Dlatego też zamierzałem wyprowadzić się gdzie indziej. Sądziłem, że Jon wyolbrzymia swoje osiągnięcie, jednak znając jego zdolności i możliwości intelektualne, moglem przypuszczać, że dokona rzeczy niemożliwych. Postanowiłem przekonać się na własne oczy. I tak planowałem wyjazd, a jego propozycja wydawała się bardzo interesująca.

Postanowiłem zachować otwartość umysłu i nie mieć żadnych oczekiwań. W razie gdyby jego słowa okazały się nieprawdą, chciałem urządzić sobie wycieczkę w okolice pokrytych śniegiem Gór Skalistych, w których zawsze nabierałem wigoru.

* * *

Tydzień później wysiadłem z samolotu w Denver i wciągnąłem w płuca dziewiczy powiew powietrza. Nigdy dotąd nie czułem takiej świeżości. Wydawało się, że w ogóle nie ma tu atmosfery. Widziałem przed sobą drzewa rosnące w górach w odległości trzydziestu kilometrów.

Stałem tam jak turysta zagubiony na nieznanym terytorium j chłonąłem świeżość i czystość, jakich nie doświadczyłem od pięciu lat, odkąd tu zamieszkałem. Łagodnie mówiąc, moje zainteresowanie znacznie wzrosło. Byłem zadziwiony. Czyżby Jon naprawdę dokonał tego, o czym mówił?

Tymczasem podjechała taksówka. Kierowca miał łagodny, spokojny wyraz twarzy. Wskazał mi miejsce obok siebie, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi i już po chwili miękko ruszyliśmy w stronę domu Silma Spurlinga, w którym mieściło się laboratorium. Nigdy dotąd nie widziałem tego miejsca, chuć słyszałem o nim wiele zadziwiających rzeczy.

Pamiętam, że spojrzałem w oczy kierowcy i wydały mi się całkowicie odprężone, co nieczęsto zdarza się wśród taksówkarzy. Spytałem, czy lubi swoją prace. Patrząc na drogę przed sobą odparł, że ją uwielbia. Stwierdził, że pasażerowie są dla niego jak otwarte książki, które opisują świat ich, doświadczeń, zebranych podczas podróży po całym świecie.

Zaraz potem spytał, w jakim celu przyleciałem do Denver. Odrzekłem, że szukam rozwiązania problemu zanieczyszczenia powietrza na świecie. Spojrzał na mnie niewinnym wzrokiem dziecka i powiedział:

„U nas powietrze jest czyste. Proszę spojrzeć. Problem zniknął."

Stwierdziłem, że istotnie, powietrze tutaj wydaje mi się zadziwiająco czyste i świeże.

„Nie tylko o to chodzi" odparł. „Wszyscy moi znajomi czują się świetnie! Wie pan jak to się stało?"

Nie umiałem mu tego wyjaśnić. Wkrótce dojechaliśmy do szeregu starych dwupiętrowych budynków przy długiej ulicy, która kończy się w miejscu, w którym stoi Szkoła Wydobycia Złota w Kolorado. Tutaj miałem spotkać się ze Slimem Spurlingiem, jednym z uczonych prowadzących badania eksperymentalne nad nowym urządzeniem, służącym oczyszczaniu powietrza, o nazwie R-2.

Był to iście czarodziejski wynalazek, w którym wykorzystywano fale chmury deszczowej tuż przed pojawieniem się błyskawicy i wysyłano je na odległość 47 kilometrów, powodując rozpad cząsteczek węglowodorów na nieszkodliwe atomy oraz wyparowanie cząsteczek tlenu i wody. Czy proces ten rzeczywiście miał miejsce? Z całą pewnością wskazywało na to czyste powietrze na ulicy Slima.

Zapukałem i usłyszałem w odpowiedzi głośne:

„Proszę". Wszedłem do środka. Dom Slima stanowił prawdziwe laboratorium- nie przypominał mieszkania, w którym można się wyspać i coś zjeść. Okazało się, że przestrzeń mieszkalna znajdowała się na górze, w oddzieleniu od świata nauki.

Na podłodze leżało mnóstwo dziwnych miedzianych spiralnych sprężyn o różnych rozmiarach. Były tam również inne przedmioty, których przeznaczenie znali tylko sam Bóg oraz Slim. Dla tego człowieka, który ze swoją długą białą brodą wyglądał jak skrzyżowanie Merlina i starego kowboja, szukającego zaginionego bydła, owe „stare sprężyny" służyły jako narzędzie oczyszczające powietrze w Denver.

Jon nie pojawił się w pierwszym dniu mojej wizyty. Na miejscu znajdowali się Slim, czyli jego partner wynalazca, oraz dwóch pozostałych naukowców, którzy przeprowadzali próbę urządzenia. Wkrótce potem obaj wyszli, a ja zostałem ze Slimem. Chciałem poznać tego człowieka, który, jak się szybko okazało, również był prawdziwym geniuszem. Przebywałem ze Slimem i jego współpracownikami kilka dni, przyswajając wiedzę, którą zdecydowali się ze mną podzielić.

A o to, w jaki sposób działa R-2-w istocie proces ten jest bardziej skomplikowany, podaję m tylko informacje ogólne. Fala emitowana przez chmurę deszczową tuż przed wyładowaniem w formie błyskawicy zostaje odtworzona przy pomocy specjalnego urządzenia (nie jest to R-2). Następnie umieszcza się ją w chipie komputerowym w R-2, którego system nagłośnienia wysyła ją do atmosfery przy użyciu zwoju zwanego harmonizatorem. Fala rośnie, przybierając kształt pola toroidalnego (przypominającego pączek z dziurką w środku). Oddziałuje ona na fale grawitacji, powodując oczyszczanie powietrza na odległość. R-2 posiada cztery tarcze przyłączone do końców metalowych plecionych prętów, tworzących wzór tetraedru. Tarcze te można obracać, strojąc w ten sposób pole toroidalne, które "staje się żywe"

Obrazek użytkownika

Ryc. Serce R-2, dwie spirale Slima-Spurlinga: harmonizator poIewej i urządzenie Acu-Vac po prawej.

Jon i Slim twierdzili zgodnie, że pola energii toroidalnej są „żywe„ (w późniejszym czasie widziałem na własne oczy jak wchodziły w interakcje z przyrodą). Starałem się zachować otwartość umysłu, bowiem wiele informacji, które mi wówczas przekazywali, było dla mnie całkowitą nowością.

Na początku nauczyłem się stroić R-2, kierując się odczuciami w rejonie trzeciego oka, kiedy obracałem kolejno cztery tarcze. Było to naprawdę bardzo łatwe. Miałem już sporu doświadczenia z zakresu panowania nad silami psychicznymi, toteż wszystko wydawało mi się naturalne. (Później zdałem sobie sprawę, że niewielu ludzi potrafiło zrobić to właściwie, chociaż niemal każdy wrażliwy człowiek może zostać do tego odpowiednio przeszkolony.)

Kontynuowałem trening do dnia, w którym Slim i Jon dali mi do zrozumienia, że jestem gotów sprawdzić swoje umiejętności. Mialem nastroić R-2 w środowisku naturalnym i przywrócić równowagę w niewielkim rejonie Denver, który uległ „rozstrojeniu". (Kiedy R-2 ulega rozstrojeniu, obszar, na którym funkcjonowało, bardzo szybko powraca do stanu pierwotnego zanieczyszczenia. Zwykle dzieje się tak jut po dwóch tygodniach). W tamtej chwili trudno było mi uwierzyć, że Denver choć w najmniejszej części może być zanieczyszczone, a jednak obaj potwierdzili, że tak jest.

Udaliśmy się do miejsca oddalonego o 30 kilometrów na południowy wschód, znajdującego się niemal na przedmieściach Denver. Nie znalem tej dzielnicy. Zaparkowaliśmy samochód tuż przy drodze i ruszyliśmy w górę zbocza do linii granicznej. Na szczycie okazało się, że rośnie tam niewielki las.

Nigdy me zapomnę tego, co ujrzałem po dotarciu na szczyt wzgórza, kiedy rozglądałem się po szerokiej dolinie rozłożonej po drugiej stronie. Cały obszar przykrywała czerwonobrązowa chmura zanieczyszczeń, rozciągająca się w promieniu kilkunastu kilometrów. Pod małym drzewem, ukryte przed oczami przechodniów, leżało urządzenie R-2 emitujące swoją cichą melodię chmury deszczowej. Problem polega) na tym, że było ono rozstrojone.

Jon i Slim polecili mi usiąść naprzeciwko R-2. Chcieli sprawdzić, czy pojąłem lekcję. Przepełniała mnie ciekawość i dziecięce podniecenie na myśl o tym, co się stanie. Usiadłem więc po turecku i zamknąłem oczy. Pogrążyłem się w medytacji, aby zorientować się, jak nastroić R-2.

Kiedy tylko zacząłem obracać tarcze, Jon powstrzymał mnie, mówiąc:

„Miej oczy otwarte i obserwuj chmurę zanieczyszczeń."

Usłuchałem go, chociaż nie tak mnie uczono. Utkwiłem wzrok w toksycznej chmurze i zabrałem się do obracania tarcz. Jon przerwał mi jeszcze raz i nakazał słuchać ptaków.

"Co takiego?" - spytałem, obracając się w jego stronę. Podczas całego treningu nikt nawet nie wspomniał o ptakach.

„Po prostu słuchaj ptaków" -powtórzył. -„Wszystko zrozumiesz."

Nie miałem pojęcia, o czym mówił, ale zastosowałem się do jego poleceń. Kiedy obróciłem pierwszą tarczę, poczutem, że coś się zmienia i to na sporym obszarze wokół mnie. Nie nastąpiły jednak żadne widoczne zmiany. Kiedy obróciłem czwartą tarczę, jednocześnie wystąpiły dwa zjawiska, które zaskoczyły mnie, a wręcz wprawiły w zadziwienie.

W jednej chwili czerwonobrązowa chmura zanieczyszczeń znikła, pozostawiając przejrzystą i czystą atmosferę. Przypominało to prawdziwy cud. Jednocześnie, w chwili zniknięcia chmury, wokół mnie rozśpiewały się i rozćwierkały setki ptaków. Do tej pory nie zdawałem sobie nawet sprawy z ich obecności! Wszystko to wywarło na mnie ogromne wrażenie. Zobaczyłem i poczułem moc R-2 i w tym samym momencie zyskałem pewność, że ta nowa nauka jest całkowicie realna i że muszę dowiedzieć się więcej na ten temat drogą bezpośrednich doświadczeń.

W owym czasie, szczególnie w roku 1995 i na początku roku 1996, powietrze w Denver było niezwykle czyste. Był to efekt działania R-2, choć urząd oczyszczania miasta sobie przypisywał całą zasługę. Stwierdzono, że zastosowano odpowiednie środki, aby oczyścić powietrze w Denver, Tymczasem sam widziałem na własne czego dokonywało urządzenie R-2 i wiedziałem, że przedstawiciele urzędu nie mają tym nic wspólnego.

Co więcej, Jon i Slim oddali R-2 do sprawdzenia niezależnemu laboratorium w Fort Collins, w stanie Kolorado. Wyniki badań dowiodły ponad wszelką wątpliwość, że R-2 działa tak, jak założyli jego twórcy, Pracownicy laboratorium obserwowali działanie urządzenia przez określony czas, a następnie je wyłączyli. Potwierdzono naukowo i udokumentowano wówczas fakt, że stopień zanieczyszczenia powietrza spadł w czasie działania R-2, a następnie wzrósł, kiedy je wyłączono. Testy powtarzano kilkakrotnie w przeciągu trzech miesięcy. Eksperyment śledzili również uczeni z Amerykańskich Sil Zbrojnych w Bazie Sił Powietrznych w Kirkland, podobnie jak obserwowali moje próby przeprowadzane w Phoenix , o czym niebawem opowiem. Zapytano nas wówczas, czy zgadzamy się poddać nasz sprzęt oraz siebie samych inwigilacji naukowej. Wyraziliśmy zgodę, a wyniki tych oględzin dowiodły, że R-2 rzeczywiście usuwa z powietrza wszelkie zanieczyszczenia.

Po powrocie do laboratorium Jon i Slim kazali mi usiąść i ofiarowali mi prywatne urządzenie R-2, które miałem zabrać ze sobą do Arizony i tam z nim eksperymentować. Przyznaję, że czułem się jak dziecko, które dostało wreszcie upragnioną zabawkę. Cierpliwie czekałem na powrót do domu, kiedy wreszcie będę mógł samodzielnie przetestować to niewiarygodne urządzenie.

* * *

Kiedy przyjechałem do domu, przeczytałem na pierwszej stronie Arizona Republic, z dnia 30 maju 1996 roku artykuł o zatrważającym wręcz stopniu zunieczyszczenia powietrza w Phoenix. Gubernator Arizony Fife Symington twierdził, że stopień zanieczyszczenia powietrza określa się jako „poważny'". Co kilka dni wydawano ostrzeżenia, a sytuacja pogarszała się z dnia na dzień.

Gubernator Symaington zareagował powołaniem „Sił strategicznych do postępowania z ozonem", kie­rowanych przez adwokata Rogera Ferlanda, W kwestii poszukiwania rozwiązań problemu zanieczyszczenia powietrza pan Ferland wypowiedział się w artykule zamieszczonym w Arizona Republic: „Będziemy próbowali wszystkiego. Rozważymy każdą możliwość, niezależnie od tego, jak okaże się ona radykalna, trudna czy też kosztowna. Niczego nie pominiemy".

Pan Ferland stwierdził, że zadanie oczyszczenia Phoenix jest absolutną koniecznością. Toksyny doprowadzą bowiem do ruiny turystykę oraz inne gałęzie biznesu, a jednocześnie wpłyną ujemnie na stan zdrowia mieszkańców.

Napisałem wówczas list do pana Ferlanda z proś­bą o pomoc w zainstalowaniu R-2. Dysponowaliśmy przecież dowodami naukowymi na potwierdzenie skuteczności urządzenia, pochodzącymi z niezależnego Iaboratorium oraz z bazy Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Sądziłem, że nam pomogą, zwłaszcza, że nie prosiliśmy o wsparcie finansowe. Jakże się jednak myliłem! Mój list zawierał prośbę do miasta Phoenix o to, by pozwoliło nam zademonstrować możliwości wynalazku. Pokrylibyśmy wszelkie koszty, zaś zadaniem drugiej strony miała być wyłącznie rejestracja naszych Postępów.

W odpowiedzi zadzwonił do mnie urzędnik o nazwisku Joe Gibbs. Oświadczył, że nie są zainteresowani R-2 i że nie udzielą nam najmniejszego poparcia. Nie macie pojęcia, jak zdeprymowała mnie taka reakcja. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że artykuł miał tylko zamydlić oczy mieszkańcom miasta, że tak naprawdę nikt nie zamierzał zajmować się sprawą zanieczyszczenia środowiska. Moja propozycja została definitywnie odrzucona.

Na szczęście nikt nie mógł mnie powstrzymać od prowadzenia badań. R-2 wymaga jedynie mocy 9 woltowej baterii. Zaledwie miliwolty wystarczają, by uruchomić aparaturę, a prawo federalne głosi, że wszelkie urządzenia działające na mocy mniejszej od 1 wolta nie podlegają regulacjom.

Tak więc 4 czerwca 1996 roku uruchomiłem pierwszy R-2 w Cave Creek na północnym krańcu Scottsdale. Powietrze było tam tak brudne i suche, że trudno było oddychać. Nie padało już od wielu miesięcy i teraz wysychały nawet niektóre kaktusy. Minęły trzy dni i nic się nie wydarzyło. Jednak czwartego dnia nad moim domem zawisła mała czarna deszczowa chmura. W całej Arizonie południowej niebo było bez chmurne z wyjątkiem kawałka nad moim domem, w którym umieściłem R-2. Moja chmura rosła. Dziesiątego dnia rozrosła się do rozmiaru 22 kilometrów średnicy i wtedy po raz pierwszy od bardzo długiego czasu spadł deszcz, któremu towarzyszyły

błyskawice. Takie błyskawice widziałem tylko raz czy dwa razy w życiu. Rozpętała się wielogodzinna burza, raz po raz rozlegały się grzmoty, a niebo rozjaśniały błyski gromu. W powietrzu rozchodził się przyjemny zapach ozonu. Powoli niebo zaczęło dawać coraz więcej wody. Od tamtej pory ponadto niemal codziennie, a świeża woda zmywała toksyny z powietrza, napełniając wyschnięte koryta rzek i jezior.

Do września 1996 roku pole fali stworzone przez R-2 było już ustabilizowane i od pierwszego dnia tego miesiąca przestały ukazywać się alarmujące komunika­ty o zagrożeniu zanieczyszczeniem powietrza. Sytuacja zmieniła się dopiero wtedy, kiedy przedstawiciele Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych poprosili o wyłączenie aparatury, aby przekonać się, co się stanie.

Wyłączyliśmy ją 12 maja 1998 roku, a już z końcem miesiąca powróciła warstwa zanieczyszczeń, w mieście zaś wydano pierwszy od długiego czasu komunikat o zagrożeniu. Podczas przeprowadzania tej próby (w marcu 1997 roku umieściliśmy drugie urządzenie R-2 w samym Phoenix i wtedy to efekty jego działania zaczęły być widoczne) poziom węglowodoru w powietrzu pozostawał na poziomie liczb pojedynczych. Zdarzało się, że w centrom miasta poziom węglowodorów w powietrzu był równy zeru. Nie było tam absolutnie nic, najmniejszego śladu zanieczyszczeń. Niestety, R-2 nie radziło sobie z azotanami, które są przyczyną zanieczyszczeń w warstwie ozonowej, ale skutecznie usuwało węglowodór. Wszystko to zostało zarejestrowane w publicznych zapisach.

Pod koniec eksperymentu miałem już pewność, że R-2 jest prawdziwym sukcesem, ale przedstawiciele Sił Powietrznych Armii Amerykańskiej, którzy monitorowali wszelkie moje poczynania, kazali mi przerwać całą operację. Chcieli się przekonać, co się wówczas wydarzy, a jednocześnie poinformowali mnie, że władze nigdy nie wydadzą mi zezwolenia na dalsze działania. Sugerowali, bym wyniósł się zagranicę. W ten sposób z błogosławieństwem Sił Powietrznych podjąłem eksperyrnenty na obcej ziemi.

Od czerwca 1996 roku do maja 1998 pracowałem nad R-2 i osiągnąłem zadziwiające rezultaty, których władze Phoenix nie chciały przyjąć do wiadomości.

W końcu wysłałem do nich kolejny list.


7 maja 1998, miasto Phoenix Burmistrz Skip Rimsza 200 W Washington Phoenix, Arizona 85003

Drogi panie burmistrzu,

w maju 1996 roku „Arizona Republic" zamieściła artykuł, w którym poinformowano opinię publiczna o zatrważającym stopniu zanieczyszczenia powietrza w Phoenix, które zagrażało przyszłości jego mieszkańców. Przeczytałem tam również, że gubernator Fife Symington ustanowił specjalna jednostkę, zajmującą się sprawa zanieczyszczeń, na której czele stencil mecenas Roger Ferland. Dołączam kopię tego artykułu. Pan Ferland oświadczył w nim: „Będziemy próbowali wszystkiego. Rozważymy każda możliwość, niezależnie od tego, jak okaże się ona radykalna, nudna czy tez kosztowna. Niczego nie pominiemy ".

Z panem Joem Gibbsem, który jest członkiem grupy zajmującej się problemem zanieczyszczenia powietrza, rozmawiałem w sprawie urządzenia, które stosowaliśmy już w Denver w stanie Kolorado w roku 1995. Okazało się, że Denver w onym czasie miało najczystsze powietrze w całej swojej historii, Pan Gibbs powiedział nam że niej zainteresowany wypróbowaniem naszego urządzenia. Ponieważ zużywa ono mniej niż jeden want energii, nie ma prawa zakazującego przeprowadzania prób na własną rękę. Powiedzieliśmy zatem panu Gibbsowi, że pokryjemy wszelkie koszty działania naszej, aparatury. Także i tym razem odmówił. Prosiliśmy żeby przynajmniej zgodził się monitorować cale przedsięwzięcie, ale bez skutku. Najwyraźniej nie chciał, nam pomóc. Zachowywał się niezgodnie z tym co pan Ferland oświadczył w wymienionym artykule. Kiedy kilka miesięcy później chcieliśmy mu przekazać wyniki niezależnych testów laboratoryjnych dotyczących naszego urządzenia - był zbyt zajęty. Nie wykazywał też większego zainteresowania, kiedy zadzwoniono do niego z dowództwa Sił Powietrznych, które również z nami współpracowały.

4 czerwca 1996 roku uruchomiliśmy nasze urządzenie nie o minimalnym zasięgu 52 kilometrów w Cave Creek / Phoenix. Aktywacja systemu zajmuje trzy dnu, a jego stabilizacja około trzech miesięcy. Pelną wydajność osiągnęło ono zatem 1 września 1996 roku. W mieście takim jak Phoenix potrzeba jednak co najmniej dziewięć takich urządzeń, ale przekraczało to nasze możliwości. Jedno działające urządzenie przypomina zatem piękny nowiutki samochód jednak o mocy zaledwie 25 koni mechanicznych. To byto jednak lepsze niż nic.

Przed wrześniem 1996 roku w Phoenix niezwykle często ogłaszano stan alarmowy, zaś Agencja Ochrony Środowiska miała wpisać miasto na listę „poważnie zagrożonych stopniem zanieczyszczenia powietrza".

Od września jednak nie pojawiło się ani jedno ostrzeżenie alarmowe. Stopień zanieczyszczeń konsekwentnie

spadał. W marcu 1997 zainstalowane zostało kolejne urządzenie w okolicy lotniska. Zabieg ten wzmocnił działanie catego ssystemu, a jednocześnie poprawił sytuację w Phoenix.

Nasze postępy śledzi od pewnego czasu Baza Sił Powietrznych w Kirkland w Nowy Meksyku. Przeprowadzono tam testy naszego urządzenia i jeśli będzie pan zainteresowany ich opinią, proszę zadzwonić do pułkownika Pama Burra. Podaję numer telefonu.

Napisaliśmy ten list, ponieważ chcemy Pana poinformować, iż 12 maja 1993 wyłączamy cała aparaturę. Już od trzech tygodni system ulega rozstrojeniu. W ciągu następnych 90 do 120 dni zanieczyszczenie powietrza może powrócić do stopnia, jaki osiągnęło przed aktywacją naszego urządzenia, czyli sprzed czerwca 1996 roku. Sądząc po tym, jak władze Phoenix reagowały do tej pory na dowody naukowe, nie oczekujemy odpowiedzi. Jeśli jednak uzna Pan, że moglibyśmy być pomocni w oczyszczaniu miasta, proszę do nas zadzwonić.

W trosce o Ziemię

Dru Melchizedek General manager

Do wiadomości: płk. Pam Burr Arizona Republic QED Research, llc Gub. Jane Hull



W czasie trwania prób powoli zaczynałem rozumieć co się naprawdę działo i w jaki sposób świadomość ludzka wchodzi w interakcję z polem R-2. Odkryłem, że R-2 zostało fizycznie stworzone na obraz ludzkiego ciała świetlistego, Mer-Ka-Ba. Dlatego właśnie osoba znająca medytację Mer-Ka-Ba, jak również wibrację „chmury deszczowej", mogła połączyć oba składniki, a następnie odtworzyć działanie R-2 wyłącznie dzięki czystej świadomości bez pomocy maszyny.

Rozmyślałem o tym godzinami. Pewnego dnia prowadziłem wykład w Australii na temat Mer-Ka-Ba, kiedy jeden z uczestników zapytał:

„Skoro R-2 może zmieniać atmosferę na pewnym obszarze, to dlaczego tego samego nie miałaby zrobić osoba znająca Mer-Ka-Ba?"

Wyjął mi to z ust...


OCZYSZCZANIE POWIETRZA ZA POMOCĄ LUDZKIEGO CIAŁA ŚWIETLISTEGO

W północnej części wschodniego wybrzeża Australii panowała straszliwa susza. Nie pamiętam, kiedy to było, ale najpewniej w roku 1997 lub 1998. W okolicznych lasach co jakiś czas samoistnie wybuchały pożary, aż powietrze było ciężkie od dymu i płomieni. Było niewiarygodnie sucho!

W tej sytuacji wraz z wymienionym uczestnikiem zajęć oraz trójką obserwatorów rozpocząłem medytację Mer-Ka-Ba, w której posłałem falę w formie deszczowej chmury do atmosfery w promieniu wielu kilometrów.

Tego popołudnia nic się nie wydarzyło, ale następnego ranka obudziło nas bębnienie deszczu po metalowym dachu domku. Niebo zaciągnęło się chmurami i gęstą mgłą. Wyskoczyłem z łóżka i podbiegłem do okna, za którym rozszalała się prawdziwa ulewa. Byłem przejęty jak dziecko.

Wiedziałem, że się nam udało, choć jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że mógł to być pojedynczy wypadek, czysty zbieg okoliczności. Padało przez trzy dni i dłużej, po moim powrocie do Ameryki. Zadzwonił później do mnie przyjaciel z Australii i powiedział, że deszcz nie ustawał, mimo że minęły już dwa Tygodnie. Oświadczył, że pożary lasów wygasły na dobre, a rząd obwieścił koniec suszy.

Ostatnie zdarzenia zaostrzyły moją ciekawość. Czy to naprawdę możliwe? Czy przeciętny człowiek może zmienić stan pogody dzięki medytacji? Kilka miesięcy później pojechałem do Mexico City, aby nauczać techniki Mer-Ka-Ba i opowiedziałem uczestnikom o deszczu w Australii. Jeden z nich powiedział:

„Skoro potrafiłeś tego dokonać w Australii, może spróbujesz w Mexico City? Nasze powietrze jest tak zanieczyszczone, że z trudem oddychamy."

Muszę przyznać, że podczas moich podróży po całym świecie nie widziałem jeszcze miasta, w którym powietrze byłoby tak zatrute. Brud ograniczał widoczność na odległość zaledwie dwóch ulic. W środku dnia nie widać było nawet nieba. Miasto spowite byto brunatną zasłoną, a z każdym oddechem mialem „wrażenie, jakbym stał za ciężarówką diesla. Z całą pewnością czekało mnie prawdziwe wyzwanie.

W obecności ponad czterdziestu świadków udałem się do centrum miasta, do starożytnej piramidy usytuowanej w pobliżu kilku autostrad. Wspięliśmy się na szczyt, z którego rozciągał się widok na cale miasto. choć widoczność nadal ograniczała gęsta powłoka toksyn.

Zasiedliśmy a kręgu, zwróceni twarzami do środka dużego płaskiego porośniętego trawą placu na szczycie piramidy. Wszyscy wiedzieli, co zamierzam

zrobić: miałem rozpocząć medytację, używając swojego naturalnego pola Mer-Ka-Ba jako nadajnika do

wysyłania wibracji w formie chmury deszczowej, tuż przed powstaniem pierwszej błyskawicy. Ustawiłem zegarek, podobnie jak reszta uczestników, i rozpocząłem medytację.

Ryc. Piramida w Mexico City.

Po piętnastu minutach w niebie dokładnie nad moją głową otworzyła się błękitna dziura. Wszyscy ją wi­dzieli. Dziura powiększała się coraz bardziej! Po na­stępnych piętnastu minutach osiągnęła już średnicę trzech do czterech kilometrów. Była to doskonale okrą­gła dziura pośród zanieczyszczonej warstwy powietrza. Wyglądała jakby była wycięta specjalnym przyrządem do robienia ciasteczek. Wszędzie wokół wciąż wisiała brunatna powłoka, ale w środku, tam gdzie się znajdowaliśmy, powietrze było czyste i rześkie. Pachniało różami, a nad naszymi głowami zawisł śliczny różowy obłoczek. Był to piękny widok.

Przez trzy godziny i piętnaście minut, jak obliczyliśmy później, powłoka brudu tkwiła nieruchomo. Rząd wysłał helikoptery zwiadowcze, aby przekonać się, skąd wzięła się dziura w niebie, ale nie dowiedziałem się, do jakich doszedł wniosków. Ostatecznie powiedziałem uczestnikom, że zamierzam kończyć medytację i wtedy zobaczymy, co się stanie. Kiedy tylko ją przerwałem, powłoka brudu natychmiast pospieszyła z powrotem, zasnuwając wolną przestrzeń. tuż po piętnastu minutach owionął nas okropny odór miejskich wyziewów i toksyn. Ponownie znaleźliśmy się w gęstej mgle, która skryła miasto.

Pamiętam, co czulem podczas lotu do Stanów Zjednoczonych. Byłem absolutnie pewien, że ludzka świadomość stanowi odpowiedź na wszystkie nasze problemy. Z trudem opanowywałem podniecenie. Powtórzyłem tę medytację dwa razy w Anglii i dwa razy w Holandii. Za każdym razem działała doskonale. I za każdym razem obserwowali to świadkowie w grupie co najmniej pięćdziesięciu osób. Drugi taki wypadek, mający miejsce w Anglii, radykalnie odmienił moje życie.

SPOTKANIE Z WEWNĘTRZNYM ŚWIATEM SERCA

Nie pamiętam dokładnie, w którym miejscu to się zdarzyło. Znajdowaliśmy się wówczas w Anglii. na wrzosowisku, nad którym słońce nie pojawiało się od sześciu miesięcy. Wszystko wokół przesiąknięte było gęstą zawiesiną mgły, która sprawiała. że rzeczy zdawały się pełne wilgoci. Prowadziłem tam czterodniowy warsztat poświęcony Mer-Ka-Ba dla grupy składającej się z pięćdziesięciu pięciu osób. Ostatniego dnia zaproponowałem, byśmy przeprowadzili wspólnie medytację w celu oczyszczenia powietrza choć tamtejsze powietrze nie było zanieczyszczone tylko nasączone mgłą. Mimo to wewnętrzny głos podpowiadał mi abym się tym nie sugerował, tylko przeprowadził medytację i obserwował, co się stanie.

Niełatwo było przekonać Anglików do wyjścia na przesiąknięte deszczem i mgłą zielone pole, na którym mieli usiąść w kręgu i przeprowadzić medytację. W koń­cu jednak skłoniłem ich do tego. Pewnie uznali mnie za osobę lekko zwariowaną, ale dali się namówić.

Wszyscy mieli ze sobą parasolki oraz płachty czarnego plastikowego materiału, na którym usiedli. Tak więc usiedliśmy w grupie pięćdziesięciu sześciu osób pośród deszczu i mgły, unosząc w górę parasolki, aby odstraszyć żywioły. Musieliśmy wyglądać jak szaleńcy.

W milczeniu rozpocząłem medytację, przekonany, że coś się wydarzy, choć nie miałem pojęcia, co to będzie po piętnastu minutach nad naszymi głowami powstał błękitny prześwit, który zaczął się rozprzestrzeniać, podobnie jak to miało miejsce w Mexico City. Tym razem jednak niebo rozjaśniało się o wiele szybciej, aż wolna od chmur przestrzeń osiągnęła średnicę dwunastu kilometrów. Siedzieliśmy pod czystym błękitnym niebem, rozświetlonym popołudniowym słońcem, a wokół nas rozpościerała się ściana mgły niczym koliste ogrodzenie.

I nagle to się stało.

Wszyscy siedzący w kręgu poczuli jednocześnie i uświadomili sobie obecność Boga. Poczułem, że mam gęsią skórkę. Spojrzeliśmy w niebo i ujrzeliśmy tam księżyc w pełni. Wyglądał jednak inaczej niż zwykle. Niebo było tak czyste, że wyglądało, jakby warstwa atmosfery została usunięta. Wokół księżyca dostrzegłem coś jeszcze. Było to coś, czego nigdy dotąd nie widziałem, coś o czym mi tylko opowiadano: gwiazdy... gwiazdy wokół księżyca i to w środku dnia! Był to zachwyca­jący widok.

Nagle moją uwagę przyciągnęło to, co działo się na Ziemi. Ujrzałem wokół mnóstwo małych zwierząt. Przypatrywały nam się wiewiórki, gryzonie, psy i inne stworzenia. W pobliskich drzewach śpiewały delikatnie ptaki. Mnóstwo ptaków. Rozejrzałem się po twarzach ludzi siedzących w kręgu i zrozumiałem, że znajdują się w odmiennym stanie świadomości. Uśmiechnąłem się na wspomnienie świętego Franciszka, patrząc jak zwierzęta pragną podjeść jak najbliżej nas, pokornych istot ludzkich.

Pamiętam, że pomyślałem wtedy: „Jest chłodno. Chciałbym, żeby ogrzało nas słońce". W jednej chwili cały krąg rozświetlił się światłem. Szybko odwróciłem się w stronę jego źródła i ujrzałem mały cud. Ściana mgły skrywala słońce, kiedy jednak wyraziłem swoje życzenie, w miejscu, w którym znajdowała się kula światła utworzyła się dziura, przepuszczając promienie. Powstały w ten sposób prześwit dotrzymywał kroku słońcu przez półtorej godziny. Nasz niewielki krąg pogrążonych w modlitwie osób trwał skąpany w jasnym świetle.

Ostatecznie uznałem, że dość już widzieliśmy, zresztą i tak słońce powinno zajść za dwadzieścia minut Oznajmiłem, że pora kończyć medytację. Kiedy przerwaliśmy, powłoka gęstej mgły niemal natychmiast zasnuta jasne niebo i na powrót spowiły nas wilgoć i deszcz.

Kiedy powstaliśmy, wydarzył się prawdziwy cud. W warsztacie brał udział pewien mężczyzna, który od ponad dziesięciu lat był unieruchomiony na wózku inwalidzkim. Przybył m wraz z żoną. Człowiek ten podnosił się z wózka o własnych sitach, ale tylko po to, by zmienić pozycję lub przesiąść się na fotel lub łóżko. Za każdym razem pomagała mu w tym żona. Kiedy wszyscy zbierali się do odejścia, mężczyzna wstał z wózka i mszył w ślad za innymi. Szedł bez niczyjej pomocy! Stała się rzecz niemożliwa! Poruszał się nieco chwiejnym krokiem, ale szedł.

Jego żona dosłownie zaniemówiła. Dopiero później powiadomiła mnie, że mąż nie Tylko nadal chodzi, ale jego kręgosłup wyprostował się na tyle, że stał się wyższy o piętnaście centymetrów. Zdarzenie na wrzosowisku wypełniło nasze serca radością i mocą.

Jako uzdrowiciel widziałem w życiu wiele cudów, ale często zdarzało się, że choroby powracały już następnego dnia. Tymczasem następnego ranka ów mężczyzna wszedł do sali jadalnej na śniadanie u boku swojej rozpromienionej żony. Co więcej, znam przyjaciółkę tej pary, która od tamtej pory dzwoni do mnie co roku i przekazuje wieści z ich życia. Minęło już pięć lat, a człowiek ten nadal chodzi.

Oto historia człowieka, który na skutek pewnego przeżycia pośród angielskich wrzosowisk poznał prawdziwą naturę rzeczywistości. Wierzę, że uświadomił sobie, iż wszystko jest światłem, a świat stworzony został wewnątrz ludzkiej duszy. Poczuł ponad wszelka wątpliwość, że potrafi uleczyć się ze swojej choroby działaniem samej tylko świadomości.

I udało się.

* * *


To zdarzenie odmieniło również moje życie, które zwróciło się teraz ku przebudzeniu do rzeczy nieznanych. Zacząłem od tej pory zdawać sobie sprawę z tego, że dusza ludzka jest w istocie czymś znacznie większym od tego, co sądzi na jej temat nauka czy logika. Świat zewnętrzny jest stwarzany przez rzeczywistość wewnętrzną, która mieści się w ludzkim sercu. Byłem o tym głęboko przekonany.

Wiedziałem, że to „coś" znajduje się w sercu, ponieważ siedząc wówczas w kręgu mego świetlistego pola Mer-Ka-Ba, które oddalało wibracje chmury deszczowej, czułem źródło owych wibracji. Znajdowało się ono w moim sercu: wszystko działo się poprzez miłość i dzięki miłości, którą żywiłem do Matki Ziemi. Powoli przygotowywano mnie do nowego sposobu rozumienia mego związku z życiem."


źródło: http://pokazywarka.pl/oczyszczanie-powietrza-przy-pomocy-technologii/
« Ostatnia zmiana: Październik 12, 2010, 18:48:35 wysłana przez Leszek »

Offline jolkaz

  • Aktywny użytkownik
  • ***
  • Wiadomości: 74
    • Zobacz profil
Odp: Oczyszczanie powietrza przy pomocy technologii i ludzkiego ciała świetlistego
« Odpowiedź #1 dnia: Październik 13, 2010, 10:02:12 »
To zdarzenie odmieniło również moje życie, które zwróciło się teraz ku przebudzeniu do rzeczy nieznanych. Zacząłem od tej pory zdawać sobie sprawę z tego, że dusza ludzka jest w istocie czymś znacznie większym od tego, co sądzi na jej temat nauka czy logika. Świat zewnętrzny jest stwarzany przez rzeczywistość wewnętrzną, która mieści się w ludzkim sercu. Byłem o tym głęboko przekonany.

Jestem o tym święcie przekonana i doświadczyłam i  efektów tego typu na co dzień stosując różne praktyki,które cześciowo opisałam w innych wątkach(oddech i cnoty serca między innymi) więc zachęcam wszystkich do poszukiwań i eksperymentowania bo tylko w ten sposób znajdziemy coś co dla nas jest najlepsze.buziaczki
« Ostatnia zmiana: Październik 13, 2010, 10:06:54 wysłana przez Leszek »