Choose fontsize:
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
 
  W tej chwili nie ma nikogo na czacie
Strony: 1   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Katastrofa naftowa  (Przeczytany 3562 razy)
0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.
mephistopheles
Aktywny użytkownik
***
Wiadomości: 61




Zobacz profil Email
« : Grudzień 26, 2010, 11:31:55 »



Czy to możliwe, że ropa się kończy?   Co2?

Warto oglądnąć ten film:
<a href="http://www.youtube.com/watch?v=lbtCcmKrjLI" target="_blank">http://www.youtube.com/watch?v=lbtCcmKrjLI</a>

11 grudnia 2010 roku po nagłym wzroście cen paliw w Newsweeku pojawił się artykuł, z którego wynika, że dni taniej energii, na której opiera się współczesna cywilizacja są policzone:

Światowe zasoby ropy skończą się znacznie wcześniej niż do niedawna sądzono. Już za kilka lat nasza cywilizacja zadrży w posadach

Politycy wolą na razie o tym nie mówić. Jednak grupy naukowców, agencje wywiadowcze i komisje parlamentów analizują już scenariusze na wypadek naftowej godziny zero. Będzie to wyglądać tak: linie lotnicze odwołują loty lub żądają horrendalnych cen za bilety. Obowiązuje urzędowy nakaz oszczędzania prądu. Samochody mają zakaz jazdy powyżej 80 km/godz. Państwo przejmuje monopol nad handlem benzyną. Cena ropy wzrasta o 250 proc. Władze drukują kartki na paliwo. Wielogodzinnych kolejek po paliwo pilnuje uzbrojona policja. Paliwo mogą kupować na przemian tylko właściciele aut z parzystymi i nieparzystymi numerami. W wielu stanach USA obowiązuje śmiesznie niski limit zakupu: pięć dolarów. Niektórzy właściciele porzucają stacje benzynowe. Wprowadzają się do nich sekty religijne i kościoły. Graffiti na dystrybutorach chwalą łaskę Chrystusa lub wieszczą koniec świata.

To nie kolejna literacka wizja przyszłości. Ten kryzys naftowy świat zna z autopsji. Ameryka przez wiele miesięcy walczyła z brakami benzyny po przykręceniu kurka przez Arabów w 1973 roku (w zemście za poparcie Izraela w wojnie przez USA). A przecież wówczas USA miały morze własnej ropy, dziś pozostał z niego strumyk.

Coraz więcej ekspertów alarmuje: w ciągu kilku, góra kilkunastu lat świat czeka naftowy szok. Ropa oczywiście nie skończy się z dnia na dzień, ale będzie coraz droższa, a w końcu diabelnie droga. A to sparaliżuje naszą cywilizację. Styl życia człowieka rozwiniętego świata początku XXI wieku: podróże samolotami, wykwintna żywność na półkach supermarketów, efektowne ciuchy i gadżety – wszystko to może być wkrótce luksusem dla 10 proc. wybranych. Nastanie epoka oszczędzania ropy i konfliktów o surowce. Ropa po 225 dol. za baryłkę (taką prognozę przedstawił ekonomista Jeff Rubin) może rozłożyć naszą cywilizację na łopatki. Niemożliwe? Kiedy przeczytasz ten artykuł o naftowym kłamstwie, być może zmienisz zdanie.

– Szok w USA w 1973 roku można uznać za małe ćwiczenie przed Peak Oil, czekającym nas nieuchronnie prawdziwym kryzysem naftowym – twierdzi prof. David L. Goodstein z kalifornijskiego Institute of Technology. Teoria Peak Oil (czyli szczyt wydobycia ropy), wyśmiewana przez dziesięciolecia, wraca do łask. Jej zwolennicy twierdzą, że wielkimi krokami zbliża się moment, gdy z istniejących szybów naftowych nie da się już wypompowywać coraz więcej ropy. Produkcja będzie się kurczyć. Najpierw stopniowo, potem szybciej. A koszty wydobycia surowca z coraz głębszych pokładów znacznie wzrosną.

Tymczasem światowy popyt na ropę – choćby za sprawą milionów nowych aut w Chinach i Indiach – będzie rósł gwałtownie. Według danych koncernu BP do 2030 r. wzrośnie o 45 proc., a do 2050 r. o 90 proc. Po surowiec ustawi się długa kolejka. A wydobycie nie będzie przekraczać obecnych 80-90, a co najwyżej 100 mln baryłek dziennie. Państwa naftowe będą sobie wybierać klientów, np. Rosja będzie mogła wysyłać ropę do Azji lub do Europy.

Nie trzeba być ekspertem, by przewidzieć rezultat. „Ekskrementy diabła”, jak nazywają ropę Hiszpanie, staną się potwornie drogie. Choć świat zachodni w kryzysie potrzebuje mniej energii, baryłka ropy kosztuje dziś ponad 80 dol. Wystarczy przyspieszenie gospodarki w USA i Europie, by znowu – jak niemal trzy lata temu – cena ropy przebiła magiczną barierę 100 dol. (rekord: 145 dol. za baryłkę). Wówczas wybije naftowa godzina zero, którą zapowiadają od kilkunastu lat zwolennicy teorii Peak Oil. – Ta teoria jest w gruncie rzeczy bardzo prosta. Zrozumie ją każdy piwosz. Kiedy zaczynasz kufel, wydaje się, że przyjemność potrwa bardzo długo, wkrótce jednak przekraczasz połówkę i dostrzegasz dno – tłumaczy angielski nafciarz, geolog Eric Campbell.

We wrześniu w Niemczech został ujawniony w internecie poufny raport Bundeswehry. – Z pewną dozą prawdopodobieństwa można uznać, że szczyt wydobycia ropy nastąpi około roku 2010. W ciągu kolejnych 15-30 lat będzie on mieć wpływ na bezpieczeństwo państwa – ostrzegają autorzy. Peak Oil może zmienić światową geopolitykę. Ich zdaniem Niemcy będą ściśle współpracować z bogatą w ropę Rosją nawet kosztem stosunków z Polską. W nowej epoce Stany Zjednoczone porzucą Izrael, by ostatecznie przypodobać się Saudom. Potęga polityczna przesuwa się do krajów wciąż zasobnych w złoża ropy naftowej. Sojusze są zawierane w oparciu o cyniczne interesy surowcowe, a nie kryteria ideologiczne, jak prawa człowieka czy demokracja.

Ponure wizje kreślą nie tylko niemieccy wojskowi. W listopadzie koniec ery taniej ropy ogłosiła Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA). Autorzy raportu dla parlamentu Nowej Zelandii z października tego roku alarmują, że pierwszy poważny kryzys na rynku ropy może nastąpić  już w 2012 r. Nad przeciwdziałaniem skokom cen ropy pracuje od kilku miesięcy komórka brytyjskiego ministerstwa energetyki. W lutym tego roku na szczycie w Davos ostrzegał przed kryzysem naftowym Peak Oil w 2015 roku brytyjski miliarder Richard Branson (raport opracowała grupa badaczy i ekspertów współfinansowana przez szefa Virgin Airlines). Branson apelował, by świat nie stał w miejscu i uniknął szoku podobnego do kryzysu finansowego. Nawet prezydent USA Barack Obama wypowiedział niedawno znamienne słowa: „Od dziesięcioleci wiedzieliśmy, że dni taniej i łatwo dostępnej ropy naftowej są policzone”. Decyzja Obamy o wstrzymaniu wierceń w Zatoce Meksykańskiej po wycieku z szybu BP przybliża tylko erupcję kryzysu naftowego. – Ostatnio mnożą się głosy, że globalna produkcja ropy osiągnie w tym roku apogeum. Według innych szacunków moment ten nadejdzie dopiero przed 2020 r. – mówi „Newsweekowi” dr Friedemann Müller z berlińskiej Fundacji Nauka i Polityka (SWP).

Skąd nagle tak mało ropy, skoro wydawało się, że jest jej w bród? Oficjalne dane BP głoszą, że świat może spokojnie spalać tę dostępną przez kolejne 30-50 lat. Jednak dane uwzględniają oprócz złóż faktycznych złoża prawdopodobne, a nawet możliwe. Statystycy do tej tryskającej z szybów dopisują trudne do pozyskania złoża ropy z piasku (np. w Kanadzie). Fachowcy złośliwie nazywają takie baryłki ropy papierowymi. A przecież jeśli w beczce w pubie zabraknie piwa, klientów nie zadowoli obietnica dostawy w przyszły weekend. Podobnie będzie z ropą.

– W ciągu najbliższych 10 lat należy oczekiwać dużych skoków cen – mówi „Newsweekowi” Otto Wiesmann, autor książki „Chance Peak Oil?”. Z kolei dr Müller podkreśla, że założenia IEA o wzroście produkcji gazu płynnego i ropy niekonwencjonalnej (łupki, piaski roponośne itp.) oraz Peak Oil w 2020 roku są przesadnie optymistyczne. – Przecież takie źródła ropy są mało przyjazne dla środowiska i trudniejsze do pozyskania – ocenia dr Müller.

Oficjalny optymizm w dziedzinie złóż ropy opiera się często na zwyczajnym fałszu. W branży jest tajemnicą poliszynela, że dane o złożach są zawyżone. Kreatywna księgowość to złoty interes, a prawdziwy stan zasobów strategicznego surowca to pilnie strzeżona tajemnica koncernów naftowych.

W Arabii Saudyjskiej, która dysponuje ponad jedną piątą złóż ropy na świecie, dane o wydobyciu i zasobach są tajemnicą. Świat liczy na saudyjską ropę. Gdyby jej strumień zmalał, świat stanąłby na skraju naftowego szoku. Saudyjskie ministerstwo ds. ropy i surowców w Rijadzie przypomina betonowo-szklaną twierdzę. Górujący nad okolicą budynek jest jednym z najlepiej pilnowanych obiektów w królestwie. W olbrzymim gmachu rządzi niepozorny, mierzący zaledwie 150 cm Ali al-Naimi, któremu możni tego świata kłaniają się w pas. Nic dziwnego, to on ogłasza ceny ropy i przyznaje koncesje na wydobycie surowca. Minister al-Naimi z pewnością jest też jedną z nielicznych osób, które znają kluczową tajemnicę pustynnego królestwa: ile naprawdę ma rezerw ropy i ile jest w stanie wydobywać w najbliższych latach.

Arabia Saudyjska ma ok. 80 pól naftowych, ale największym skarbem jest ciągnące się przez 280 kilometrów pole Ghawar. Z tego najbardziej rozległego obszaru roponośnego na świecie wydobywa się 5 mln baryłek ropy dziennie, czyli połowę dziennej produkcji królestwa. Problem w tym, że odkryte w 1948 roku pole jest już stare i trudniej jest z niego wydobywać ropę (aż 95 proc. złóż naftowych królestwa odkryto przed rokiem 1967). Poza tym Saudowie pompują wodę do złóż, by zwiększyć ciśnienie i wydobyć więcej surowca. – To typowy objaw, że złoże wchodzi w fazę wyczerpania – mówi „Newsweekowi” Richard Heinberg, amerykański dziennikarz, który od lat zajmuje się tematyką surowców naturalnych. – Jeśli to prawda, Saudowie będą mieć problem, bo zastąpienie Ghawar nowymi, znacznie mniejszymi polami będzie trudne. To z kolei będzie oznaczać spadek produkcji ropy – dodaje. W momencie koniunktury to prawdziwa klęska dla klientów na całym świecie, którzy zawsze mogli liczyć na Saudów.

Arabia Saudyjska długo pełniła funkcję swing state, to znaczy kraju, który może szybko zwiększyć produkcję, by zniwelować wahania na rynku. W 1990 roku, kiedy Irak zaatakował Kuwejt, Saudyjczycy zwiększyli wydobycie, by pokryć stratę kuwejckiej ropy. Podobnie było w 2003 roku, gdy Amerykanie wkroczyli do Iraku. Sadad al-Husseini, były szef Aramco, twierdzi, że te dni nie powrócą, bo saudyjskich złóż nie da się eksploatować w nieskończoność. A nowe złoża? – Trzeba by odkrywać nową Arabię Saudyjską co kilka lat – mówi al-Husseini. Saudowie za nic nie chcą przyznać, że nie są w stanie produkować więcej ropy. „Ekskrementy diabła” dają pustynnemu królestwu niebywałą siłę polityczną. Dlatego każde oskarżenia o zawyżanie rezerw są traktowane niemal jak wypowiedzenie wojny.

Przekonał się o tym Matthew R. Simmons, autor bestsellera „Twilight in the Desert” (Zmierzch na pustyni). Przestudiował ponad 200 dokumentów niezależnego Society of Petroleum Engineers i doszedł do wniosku, że królestwo zawyża rezerwy. Został za to wyklęty przez Saudów. Choć fakty potwierdzają jego tezy, np. w 1989 roku Arabia Saudyjska twierdziła, że ma zasoby ropy sięgające 170 mld baryłek, a rok później podwyższyła dane do 257,5 mld baryłek, chociaż w tym czasie nie dokonano znacznego odkrycia.

Tak naprawdę nikt poza urzędnikami ministerstwa w Rijadzie i najwyższymi władzami saudyjskimi nie wie, jaką metodą wydobywana jest ropa ani z jakich pól pochodzi, a nawet ile jej zostało. Niezależni eksperci zaś nie mają prawa do inspekcji. – Nikt panu o tym nie powie, i to się nie zmieni – mówił w rozmowie z Peterem Maasem, autorem książki „Crude World”, rzecznik ministerstwa Ibrahim al-Muhanna. – Czemu państwa miałyby zdradzać swój sekret konkurentom – pyta dr Werner Zittel z Energy Watch Group. - Saudom nie zależy na tym, co będzie za 40 lat. Dbają o bieżące zyski. Utrzymywanie świata w niepewności jest korzystne – przyznaje w filmie „Crude Awakening” człowiek, który wie, o czym mówi, czyli były sekretarz generalny OPEC, Irakijczyk Fadhil Chalabi. Londyński analityk zajmujący się cenami ropy w prywatnej rozmowie z „Newsweekiem” przyznaje, że wątpi w solidność danych z Rijadu. – Wolę mieć takie liczby na temat złóż niż żadne. Inaczej musiałbym je sam wymyślić.

Do dziś państwom OPEC opłaca się zawyżać rezerwy: bogatsze zasoby ropy dają prawo do sprzedaży większej ilości surowca. Wygląda to często jak licytacja, kto da więcej. Tak było na początku października br. Irak ogłosił, że jego rezerwy surowca zwiększyły się ze 110 mld do 143 mld baryłek. Tydzień później Iran obwieścił, że jego zasoby są większe o 12 mld baryłek i wynoszą 150 mld. Równie szybko zareagował Kuwejt, zwiększając zasoby do 101,5 mld baryłek. Według raportu „Petroleum Intelligence Weekly” z 2006 r. Kuwejt ma 48 mld baryłek ropy, ale prawdziwej liczby nie zna nawet kuwejcki parlament. Szkopuł w tym, że papierowymi baryłkami nie da się w przyszłości napełnić baków aut.

– Nawet Międzynarodowa Agencja Energetyki nie ma prawa niezależnej inspekcji, a rezerwy państw OPEC znajdowały się na tym samym poziomie przez lata mimo ciągłego wydobycia – mówi Richard Heinberg. To naftowe kłamstwo może doprowadzić cywilizację – za kilka lub kilkanaście lat – do wstrząsu. Przez ponad dekadę świat zachodni ufał bankierom szastającym ukrytymi kredytami i wylądował w kryzysie finansowym. – Obawiam się, że rządy w sprawie kryzysu naftowego kierują się podobną filozofią – ostrzega Jeremy Leggett, brytyjski ekolog, były menedżer koncernów naftowych. Jeśli w sprawie ropy rządy światowe schowają dla świętego spokoju głowę w piasek, spełnią się ponure scenariusze. Choć może nie tak katastroficzne jak w powieści „Witaj, Ameryko” Jamesa Ballarda, na której kartach najsilniej dotknięta kryzysem energetycznym Ameryka zmienia się w pustynię, a mieszkańcy emigrują do Europy, która cofa się technologicznie do XIX wieku i zaczyna racjonować żywność.

źródło: http://www.newsweek.pl/artykuly/wydanie/0/koniec-ropy,69202,1

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane

To, co naprawdę ważne, musi być odkryte,
lecz nigdy zrealizowane (S. Bellow)
mephistopheles
Aktywny użytkownik
***
Wiadomości: 61




Zobacz profil Email
« Odpowiedz #1 : Grudzień 26, 2010, 11:40:51 »


Ropy nie zabraknie, niestety

Piotr Kossobudzki:
Kiedy zabraknie nam węgla i ropy? Być może nigdy. Bo to, co nam wciskali w szkole o tak zwanych paliwach kopalnych, wcale nie musi być prawdą!

Z grubsza zapamiętałem to tak: drzewiaste paprocie umierają, przewracają się, a bagnisty, pozbawiony tlenu grunt zabezpiecza je przed rozkładem. Z czasem szczątki roślin pokrywają różne osady, piasek, przez co zapadają się coraz głębiej pod ziemię. I tam pod wpływem podwyższonej temperatury i ogromnego ciśnienia po milionach lat dochodzi do przemiany martwych roślin w węgiel. A ropa naftowa? Przez pewien czas żyłem w przekonaniu, że to upłynnione dinozaury... Ale to chyba skrzywienie po jednym z tomów „Tytusa, Romka i A’Tomka”, bo oficjalne wyjaśnienie mówi, że ropa to przekształcone szczątki morskich glonów. Tak czy inaczej, biologia dała składniki, a geologia przerobiła je na paliwo. Proces ten trwał naprawdę długo, a my zużywamy węgiel i ropę w szalonym tempie. Wkrótce więc grozi nam wyczerpanie zapasów paliw, które według tej teorii nazwać można nieodnawialnymi.

Tymczasem od lat istnieje konkurencyjna teoria spójnie i przekonująco tłumacząca pochodzenie gazu, ropy, a nawet węgla. Wedle niej substancje te powstały wskutek procesów chemicznych i geologicznych, a biologia co najwyżej przy tym asystowała. Stąd nazwa: teoria abiogeniczna (czyli mówiąca o powstawaniu bez udziału życia). Ale mniejsza o nazwę, najważniejsze, że według tej hipotezy nowe złoża ciągle się tworzą. I będą się tworzyć przez kolejne miliony lat.

Naftowa żelazna kurtyna
Początki hipotez, że ropa naftowa powstaje bez wkładu ze strony żywych organizmów, pochodzą z XVI wieku. Jednak mocy nabrały 300 lat później, gdy zajęli się nimi giganci ówczesnej nauki. Alexander von Humboldt po obserwacji wycieków ropy na północnowschodnich wybrzeżach Wenezueli napisał: „Ropa jest produktem destylacji powstającym na wielkich głębokościach i wydobywa się z prymitywnych skał, pod którymi kryją się wszystkie siły wulkaniczne”.

Dmitrij Mendelejew, ojciec klasyfikacji pierwiastków, również był przekonany, iż źródeł czarnego złota należy szukać wyłącznie w głębinach ziemi i że nie ma ono nic wspólnego z wcześniejszym życiem na jej powierzchni. Zainspirował tym pokolenia rosyjskich (następnie radzieckich i ponownie rosyjskich) geologów oraz chemików. Koncepcję najbardziej rozwinął Nikołaj Kudriawcew, jednak nie przyjęła się ona na Zachodzie, gdzie dominującym poglądem stało się przekonanie, że paliwa kopalne to przekształcone szczątki roślinne. W efekcie w latach 50. i 60. ubiegłego wieku doszło do utrzymującego się do dziś podziału świata na dwa obozy geologiczne: wierzące w biologiczne pochodzenie ropy Amerykę i Europę (w tym Polska) oraz wyznającą teorię o abiogenicznym pochodzeniu tego surowca Rosję, a później także Ukrainę.

Przedstawicieli „biologicznego Zachodu” próbował przekonywać profesor Thomas Gold, zmarły pięć lat temu amerykański naukowiec o renesansowej rozległości zainteresowań. Zajmował się możliwościami ludzkiego słuchu, pochodzeniem pulsarów, zmianami osi obrotu Ziemi, pochodzeniem Wszechświata, życia na Ziemi i naszych zasobów energetycznych. Niemal na każde z tych pól wkraczał przy wtórze oburzonych ekspertów z danej dziedziny. Dlaczego? Bo żaden specjalista nie lubi, gdy jego poletko zaczyna uprawiać jakiś amator i wywraca wszystko do góry nogami. Tymczasem „pomysły Golda są zawsze oryginalne, zawsze istotne, zazwyczaj kontrowersyjne i... przeważnie trafne” – pisał jego przyjaciel i współpracownik Freeman Dyson w przedmowie do książki „Gorąca podziemna biosfera”*, w której Thomas Gold wykłada swoją teorię o pochodzeniu paliw kopalnych. Teorię, która mnie osobiście przekonała do zmiany poglądów.

Ropa z serca ziemi
Węglowodory (czyli metan, etan i kolejne coraz większe cząsteczki związków wchodzących w skład ropy naftowej) wydobywają się ciągłym strumieniem z głębi ziemi – twierdzi Gold. Skąd się tam wzięły? Są tam od zawsze, odkąd cztery i pół miliarda lat temu powstała nasza planeta.

Wedle obecnej wiedzy Ziemia na początku nie była wcale wirującą kulą gazów, a potem płynnych, stopniowo stygnących skał. Powstała raczej w wyniku sklejania na zimno okruchów kosmicznej materii różnej wielkości. Fragmenty te zawierały węglowodory, które są dość powszechną we Wszechświecie klasą związków chemicznych. W miarę jak z kosmicznego śmiecia tworzyła się nasza planeta, rosła temperatura jej wnętrza. W części dzięki rozpadom promieniotwórczym, w części dzięki oddziaływaniom grawitacyjnym. Doszło do częściowego stopienia skał, które zaczęły się przemieszczać zgodnie ze swoją gęstością: te o niskiej gęstości uformowały skorupę ziemską. Jednocześnie ze stopionych skał zaczęły się uwalniać węglowodory i wędrować w stronę powierzchni planety (czyli właśnie skorupy). A ponieważ topnienie głęboko położonych skał zachodzi do tej pory, więc i dziś płynie ku nam strumień węglowodorów. Cząsteczki najprostszego z nich – metanu – nie tylko nie rozkładają się w warunkach wysokiej temperatury, ale nawet pod wpływem ogromnego ciśnienia panującego na głębokości kilkudziesięciu, a czasem kilkuset kilometrów łączą się w większe łańcuchy wchodzące w skład ropy naftowej (teorię tę potwierdzono doświadczeniami w laboratorium).

Śladami metanu
Węglowodory na swojej drodze ku powierzchni natrafiają na różne porowate skały oraz puste przestrzenie i wypełniają je, tworząc złoża. Fakt, że w miejscach eksploatacji ropy i gazu nierzadko wykrywa się je w formie pionowo ułożonych złóż znajdujących się w skałach z różnych okresów geologicznych, przemawia na korzyść teorii abiogenicznej. Podobnie jak rezultaty niezwykle głębokich odwiertów przechodzących przez warstwy skał osadowych i docierających aż do skał podłoża krystalicznego. Na ich dnie również odkrywano węglowodory. Metan wydobywa się też z pęknięć w skałach pochodzenia wulkanicznego i z ryftów oceanicznych, gdzie osadów jest bardzo mało lub nie ma ich wcale. Skąd miałyby się tam wziąć szczątki roślin, z których po wiekach powstałby gaz?

Przeciwko hipotezie o biologicznym pochodzeniu gazu ziemnego i ropy świadczy też fakt,  że zawierają zaskakująco dużo helu. Rośliny nie gromadzą w sobie tego gazu, za to węglowodory płynące z wnętrza ziemi mogą go z powodzeniem porywać ze skał, przez które się przeciskają. Tak samo można wyjaśnić duże stężenie uranu, rtęci czy galu w pokładach węgla.

Hipoteza o węglowodorach z wnętrza ziemi spotkała się oczywiście ze zmasowaną krytyką zwolenników tezy o biologicznym pochodzeniu paliw kopalnych. Ich kluczowym argumentem jest obecność w ropie naftowej i węglu substancji chemicznych produkowanych przez żywe istoty. Co na to Thomas Gold? Zgodził się z nimi: w ropie naftowej rzeczywiście pełno jest związków wytworzonych przez organizmy. Tyle tylko, że nie są one wytworem pradawnych roślin, lecz tętniącego życiem podziemnego świata drobnoustrojów! – Może on sięgać nawet 10 kilometrów w głąb naszej planety i rozwijać się w temperaturach przekraczających 100 stopni Celsjusza – twierdzi profesor Gold. W takich warunkach może kwitnąć świat odpornych mikroorganizmów niepotrzebujących słońca i tlenu, a bazujących na przemianach innych związków chemicznych, na przykład węglowodorów. – Ich łączna biomasa może przekraczać rozmiary całej biosfery na powierzchni ziemi, i to przy bardzo ostrożnych szacunkach – uważa amerykański naukowiec.

Zyskujemy coraz więcej dowodów na to, że może mieć rację. W Szwecji z odwiertu o głębokości ponad pięciu kilometrów wydobyto uszczelnioną próbkę, z której na powierzchni udało się wyhodować bakterie dzielące się wyłącznie w temperaturze 60–70 stopni Celsjusza. W 2006 roku w kopalni złota w RPA odkryto bardzo liczne bakterie w skałach znajdujących się trzy kilometry pod ziemią. I nie są to wcale biologiczne zanieczyszczenia z powierzchni, jak twierdzą niedowiarki. W 1997 roku bowiem skamieniałe pozostałości mikrobów odkryto w granitowej skale.

No dobrze, a czy węgiel też pochodzi z głębi ziemi? – Tak – twierdzi Gold. – Może być wynikiem działania podziemnych bakterii przerabiających węglowodory albo powstawać wprost z gazu (w laboratorium udawało się to przy przepuszczaniu metanu przez podgrzewaną rurkę). Ha, to jak znalazły się w nim odciski liści i roślinnych łodyg? – To proste – odpowiada twórca koncepcji podziemnej biosfery. – A skąd się biorą skamieniałe drzewa? Gdy ich obumarłe pnie znajdą się w wodzie zawierającej dużo dwutlenku krzemu, to z czasem substancja ta wytrąca się wewnątrz drewna, utrwalając jego strukturę. Analogicznie dzieje się ze szczątkami roślinnymi, gdy znajdą się w osadach, przez które przepływa strumień węglowodorów płynący z wnętrza ziemi. Zachowają swój kształt, ale wysycą się węglem – tak samo jak otaczająca je skała. To zjawisko na styku dwóch światów – podziemnego i naziemnego. Podobnie jak powstawanie złóż torfu i węgla brunatnego. Tam składniki pochodzenia roślinnego są bezsprzecznie obecne, ale w ich zwęgleniu mogą brać udział węglowodory płynące z głębin.

Benzyna forever
Jeśli Gold (a wcześniej Łomonosow i Humboldt) ma rację, to konsekwencje ich teorii są wstrząsające. Po pierwsze, ropa, węgiel i gaz przestają być paliwami kopalnymi i przenoszą się do kategorii zasobów odnawialnych. Po drugie, dotarcie do nowych złóż mogłoby sprawić, że obecni eksporterzy paliw stracą monopol na ich wydobycie. Oba te czynniki mogłyby docelowo doprowadzić do spadku ceny surowców energetycznych. Co więcej, już teraz mamy przykłady, że powyższa wizja jest prawdopodobna. Na Bliskim Wschodzie i w Zatoce Meksykańskiej wielokrotnie stwierdzano, że doszło do tajemniczego odnowienia się eksploatowanych złóż. Tak więc w wielu miejscach w razie spadku wydajności wydobycia można by po prostu poczekać. A gdy nie można czekać, pozostają poszukiwania – ale w innych miejscach niż obecnie prowadzone.

Dziś firmy i naukowcy z USA i Europy Zachodniej szukają nowych złóż tam, gdzie są (lub mogą być) skały z epok geologicznych bogatych w szczątki organiczne. Tymczasem ich konkurenci z Rosji czy Ukrainy wiercą zupełnie gdzie indziej – tam gdzie skały osadowe przykrywają głęboko popękaną skorupę ziemską (czyli tam, gdzie węglowodorom łatwiej byłoby wędrować z wnętrza ziemi). Kto ma rację? Zwycięzcę wyznacza... statystyka. Poszukiwacze z Europy i Ameryki trafiają na ropę mniej więcej w jednym na pięć wytypowanych miejsc. Rosjanie i Ukraińcy – podczas co drugiej próby! Tak przynajmniej twierdzą w swoich publikacjach.

Czy w takim razie jest szansa, żebyśmy wrócili do beztroskiego, nieograniczonego wydobycia paliw kopalnych? Teoretycznie tak. Problem tylko w tym, że przekonanie o kończących się zasobach mamy mocno wbite do głowy. A poza tym nasz lęk o wysychające źródła energii starł się ze strachem przed zmianami klimatu. Potencjalny szturm na węgiel i ropę nie byłby więc zbyt poprawny politycznie. No, chyba że ktoś poważniej zabierze się do obalania hipotezy o globalnym ociepleniu. 

źródło: http://www.przekroj.pl/cywilizacja_nauka_artykul,5714,0.html

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane

To, co naprawdę ważne, musi być odkryte,
lecz nigdy zrealizowane (S. Bellow)
mephistopheles
Aktywny użytkownik
***
Wiadomości: 61




Zobacz profil Email
« Odpowiedz #2 : Grudzień 26, 2010, 11:57:51 »



Z tematem kojarzy mi się ten materiał:

<a href="http://www.youtube.com/watch?v=0UiaYiZDzlo" target="_blank">http://www.youtube.com/watch?v=0UiaYiZDzlo</a>
<a href="http://www.youtube.com/watch?v=sRDI-5ZwaKQ" target="_blank">http://www.youtube.com/watch?v=sRDI-5ZwaKQ</a>

Animacja metody wydobycia gazu łupkowego, który być może wydobywany będzie na terenie Polski:
<a href="http://www.youtube.com/watch?v=YBb8nfcTs44" target="_blank">http://www.youtube.com/watch?v=YBb8nfcTs44</a>

Otóż, czy możliwym jest by Ziemia sama wytwarzała tzw. "paliwa kopalne"?
Jeśli tak jest, to czy opłacałoby się prowadzić pseudo poszukiwania alternatywnych źródeł energii, by wprowadzać sztaby inżynierów od paliw kopalnych oraz opinię publiczną w błąd?
Lecz z drugiej strony, poszukiwania m.in. gazów łupkowych lub innowacyjnych metod wydobywania węgla kamiennego wraz z metodami jego przetwarzania mogłoby poświadczać prognozy o nieuchronnie zbliżającym się kryzysie naftowym.

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane

To, co naprawdę ważne, musi być odkryte,
lecz nigdy zrealizowane (S. Bellow)
Lucyfer
Administrator
Ekspert
*****
Wiadomości: 604




Zobacz profil Email
« Odpowiedz #3 : Grudzień 26, 2010, 12:16:23 »


Ropa z plastiku

<a href="http://www.youtube.com/watch?v=qGGabrorRS8" target="_blank">http://www.youtube.com/watch?v=qGGabrorRS8</a>

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane
Michał-Anioł
między niebem a piekłem
Moderator Globalny
Ekspert
*****
Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 1338


Nauka jest tworem mistycznym i irracjonalnym



Michał Anioł
Zobacz profil WWW
« Odpowiedz #4 : Luty 20, 2011, 21:44:57 »


Z Zatoką Meksykańską jest gorzej niż myślano
20-02-2011 13:24
Zatoka Meksykańska · BP · platforma · wyciek · Samantha Joye

Odradzanie się Zatoki Meksykańskiej po katastrofie na platformie BP nie przebiega tak, jak byśmy chcieli. Najnowsze badania przeprowadzone przez Samanthę Joye z University of Georgia dowodzą, że, wbrew twierdzeniom BP, do roku 2012 przyroda nie poradzi sobie ze skutkami wycieku.
Pani Joye badała w 2010 roku dno Zatoki i porównywała uzyskane wyniki z tymi sprzed kilku miesięcy. Okazało się, że ropa w wielu miejscach ciągle znajduje się przy dnie tworząc gęstą, zabójczą warstwę. Mamy tu do czynienia z jakimś zatorem, czymś co musimy zbadać, gdyż nie wiemy, dlaczego nie dochodzi do degradacji ropy w tych obszarach - powiedziała Joye podczas niedawnej dorocznej konferencji American Association for the Advancement of Science.
Jej odkrycia stoją w wyraźnej sprzeczności z innymi badaniami, które wykazały szybki rozkład ropy przez mikroorganizmy. Szefowa agencji odpowiedzialnej za Zatokę powiedziała, że sądziła, iż większość ropy została rozłożona. Terry Hazen z Lawrence Berkeley National Lab mówi, że uzyskane przez niego wyniki różnią się od tych zaprezentowanych przez Joye, gdyż badał on inne obszary i w innym czasie.
Joye wraz ze swoim zespołem odbyła pięć wypraw badawczych, podczas których pobrano 250 próbek rdzeni z dna i zbadano obszar o powierzchni niemal 7000 kilometrów kwadratowych. Wiele tych miejsc badała również przed wyciekiem i mówi, że sytuacja wyraźnie się pogorszyła. Badania nie pozostawiają wątpliwości, że zostały one zanieczyszczone ropą z platformy BP.
Problemem jest nie tylko ropa. Jej spalanie na powierzchni spowodowało, że na dno opadło dużo sadzy. Ponadto w wodzie znajdują się duże ilości metanu, który został pominięty podczas większości badań.
Przed kilkunastoma dniami Kenneth Feinberg, urzędnik odpowiedzialny za Zatokę Meksykańską, stwierdził, opierając się na dotychczasowych badaniach, że Zatoka niemal w całości poradzi sobie ze skutkami wycieku do roku 2012. Joye i Jane Lubchenko, szefowa NOAA (National Oceanic and Atmospheric Administration) mówią, że tak się nie stanie.
Byłam tam przy dnie, na własne oczy widziałam jak to wygląda. Nie ma szans, by do 2012 roku wszystko było w porządku - powiedziała Joye.


Autor: Mariusz Błoński

Źródło: PhysOrg

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

Zapisane

Wierzę w sens eksploracji i poznawania życia, kolekcjonowania wrażeń, wiedzy i doświadczeń. Tylko otwarty i swobodny umysł jest w stanie zrozumieć świat!

www.imaginarium.org.pl
mephistopheles
Aktywny użytkownik
***
Wiadomości: 61




Zobacz profil Email
« Odpowiedz #5 : Marzec 26, 2011, 01:49:08 »


Do 2050 roku z europejskich miast znikną samochody na benzynę?

2,5 bln euro trzeba zainwestować w transport w Europie w ciągu najbliższych trzech dekad. Ale nie w każdy transport. Stopniowo mają znikać samochody na benzynę, za to częściej będziemy podróżować koleją - według brukselskich mediów takie wytyczne ma za kilka dni przedstawić Komisja Europejska.

Portale Euractiv oraz EUobserver dotarły do "mapy drogowej" na rzecz transportu w Europie, czyli harmonogramu działań dotyczących transportu, które do 2050 r. chce podejmować Komisja. Według zachodnich mediów w ciągu najbliższych lat Bruksela będzie chciała poprawić infrastrukturę w całej Europie oraz zmienić sposób podróżowania na bardziej ekologiczny. Europa potrzebuje "sieci szkieletowej korytarzy dla większego i skondensowanego transportu osób i towarów, przy zachowanej wysokiej efektywności i niskiej emisji zanieczyszczeń."

Jak zauważono w dokumencie, jeśli chodzi o infrastrukturę drogową, to wciąż widać podział na starą i nową Unię. Dlatego konieczne jest poprawienie sieci połączeń między stolicami unijnych państw, portami i lotniskami. W transporcie pasażerów Komisja Europejska chce w najbliższych latach ograniczyć, a docelowo zlikwidować mocno zanieczyszczające powietrze samochody na benzynę. W zamian częściej mamy podróżować autami elektrycznymi i innymi, bardziej ekologicznymi formami transportu, np. koleją. Aby to osiągnąć, ma m.in. paść propozycja zwiększenia podatków nakładanych na samochody nieprzyjazne dla środowiska przy jednoczesnym zwiększeniu inwestycji i promocji pojazdów elektrycznych lub innych, bardziej ekologicznych. Jeszcze inną możliwością braną pod uwagę jest podobno rozwój transportu rzecznego.

Zmiany mają nastąpić również w transporcie towarów. Do 2030 r. 20 proc. transportu towarowego na trasach dłuższych niż 300 km ma się odbywać kolejami bądź szlakami wodnymi, a do 2050 r. ma to być już 50 proc. Podobnie jak w wypadku aut osobowych, tak i tutaj Bruksela może zwiększyć obciążenia finansowe posiadaczy samochodów ciężarowych.

Szacuje się, że wspomniane inwestycje w infrastrukturę będą kosztowały 1,5 bln euro. Kolejny bilion ma pójść na inwestycje w pojazdy.

Oficjalnie harmonogram działań na rzecz transportu w Europie zostanie opublikowany pod koniec marca.

źródło: http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,9311638,Do_2050_roku_z_europejskich_miast_znikna_samochody.html

Share this topic on FacebookShare this topic on GoogleShare this topic on MagnoliaShare this topic on TwitterShare this topic on Google buzz 

« Ostatnia zmiana: Marzec 26, 2011, 01:52:14 wysłane przez mephistopheles » Zapisane

To, co naprawdę ważne, musi być odkryte,
lecz nigdy zrealizowane (S. Bellow)
Strony: 1   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Powered by SMF 1.1.21 | SMF © 2006-2009, Simple Machines
BlueSkies design by Bloc | XHTML | CSS